Zarówno w rządzie, jak i w prezydium Sejmu dowiedzieliśmy się, że temat obsady ostatniego wolnego miejsca w prezydium Sejmu, bądź też poszerzenia tego gremium, nie znajdzie się w porządku obrad pierwszego powakacyjnego posiedzenia Sejmu.
To strategiczna decyzja rządzących, obliczona na zyskanie czasu. Czas ten jest potrzebny, żeby wyklarować kilka kwestii w samym obozie władzy.
Źródło w KPRM: – To nie wydarzy się na tym posiedzeniu Sejmu. Nie będzie tej dyskusji, bo i nie może być. Nie ma u nas jeszcze zgody na to, jak dokładnie temat rozegrać. Jest za dużo zmiennych w grze, również po naszej stronie.
Głos z rządu: – Na razie odkładamy ten temat. Na pewno nie zajmiemy się nim na pierwszym powakacyjnym posiedzeniu Sejmu. Wrócimy do tego za dwa tygodnie.
Wyścig po wicemarszałka. Jedno stanowisko, trzech chętnych
Przypomnijmy, jak obecnie wygląda sytuacja.
Skład prezydium Sejmu jest ustalany na początku każdej kadencji parlamentu poprzez uchwałę Sejmu, która opiera się na Regulaminie Sejmu. Oczywiście uchwałę można w dowolnym momencie zmienić, a co za tym idzie dostosować skład i liczebność prezydium do bieżących potrzeb i okoliczności politycznych.
Obecnie prezydium Sejmu liczy sześć osób. Są to: marszałek Włodzimierz Czarzasty (Nowa Lewica) i wicemarszałkowie Dorota Niedziela (Koalicja Obywatelska), Monika Wielichowska (również KO), Piotr Zgorzelski (PSL), Szymon Hołownia (Polska 2050) i Krzysztof Bosak (Konfederacja).
Skład prezydium ustalony jest jednak na siedem osób. Jedno miejsce zostało bowiem zachowane dla przedstawiciela Prawa i Sprawiedliwości.
PiS chciało na tym stanowisku widzieć byłą marszałkinię Sejmu Elżbietę Witek. Na tę kandydaturę zgody nie wyraziła jednak koalicja rządząca, argumentując, że Witek to jedna z twarzy rządów Zjednoczonej Prawicy i fatalnych praktyk politycznych, które miały wówczas miejsce przy Wiejskiej.
PiS uznało, że jeśli nie ma zgody na Witek, to nikogo innego wystawiać nie będą i zostawią puste miejsce w prezydium.
Taka sytuacja utrzymywała się przez niemal trzy lata. Aż do rozpadu PiS-u, do którego doszło w te wakacje.
Po odejściu z partii frakcji Mateusza Morawieckiego i założeniu klubu Rozwój Plus, PiS momentalnie wyraziło zainteresowanie wzgardzonym wcześniej miejscem w prezydium Sejmu. Nowogrodzka zmieniła nawet kandydaturę. Nie chciała forsować już Elżbiety Witek, a zamiast niej wskazała Marcina Ociepę.
To właśnie Ociepa ma być nową twarzą umiarkowanego skrzydła PiS-u. Kalkulacja Nowogrodzkiej jest prosta: stanowisko wicemarszałka Sejmu to idealne miejsce, żeby politycznie zbudować młodego polityka i pokazać wyborcom prawicy, że frakcja Morawieckiego wcale nie ma monopolu na umiarkowany przekaz.
Patrząc na to jak na polityczne szachy i grę bez żadnych zasad, powinniśmy to zrobić. Oni zrobiliby tak bez mrugnięcia okiem. Dlatego byłaby to dla nas bardzo ciekawa opcja. Ciekawy szach-mat
„Rozwojowcy” też chcą mieć swojego wicemarszałka. Z 40 posłami na pokładzie są przecież trzecim najliczniejszym klubem w Sejmie. Mają też nawet kandydata – w otoczeniu Morawieckiego mówi się, że do prezydium Sejmu miałby trafić poseł Marcin Horała, jeden z najbliższych ludzi byłego premiera.
To jednak nie koniec. W koalicji rządzącej tajemnicą poliszynela jest, że wielki apetyt na funkcję wicemarszałka Sejmu ma też klub Centrum, czyli rozłamowcy z Polski 2050.
Powód jest banalny: zarówno oni, jak i Polska 2050 mają po 15 posłów, więc ich wartość dla obozu władzy jest identyczna, a jednak „żółci” wicemarszałka mają, a Centrum nie.
Rzecz w tym, że Donald Tusk nie zamierza robić żadnych ustępstw wobec Centrum. Premier nie uważa ich za partnera do jakichkolwiek rozmów. Wie, że są „na musiku”, a ich polityczne być albo nie być w przyszłej kadencji parlamentu zależy wyłącznie od niego.
Z kolei gdyby stanowisko wicemarszałka otrzymało i PiS, i Rozwój Plus, to naraziłoby Tuska na zgrzyty w koalicji i ośmieliło Centrum do buntu. Buntu, który zapewne udałoby się stłumić, ale szef rządu nie chce ryzykować, bo na jesień ma dużo ważnych politycznych planów i spójność koalicji rządzącej jest priorytetem.
Od totalnego spokoju do totalnego chaosu. Cztery opcje rządzących
Tu przechodzimy do wielkiej polityki. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zmienienie uchwały Sejmu i poszerzenie składu prezydium o trzy osoby. Tak, żeby i PiS, i Rozwój Plus, i Centrum znalazły w nim swoje miejsce. Byłoby to logiczne i zrozumiałe. Ale dla rządzących: kompletnie bezużyteczne politycznie.

Na stole są dzisiaj cztery opcje.
Pierwsza: dać wicemarszałka i PiS-owi, i Rozwojowi Plus. Rządzący zyskują spokój ze strony opozycji, nie ma oskarżeń pod adresem rządu o dyktaturę, niszczenie demokracji i deptanie standardów parlamentarnych. Minus? Koalicja rządząca zupełnie nic na tym rozwiązaniu nie zyskuje, a jest też małe ryzyko, że klub Centrum się zbuntuje, będąc jako jedyny pozbawiony własnego wicemarszałka.
Druga: dać wicemarszałka tylko PiS-owi. Przemawia za tym fakt, że nie trzeba wówczas zmieniać liczebności prezydium i można taki krok łatwo wytłumaczyć tym, że rządzący trzymają się ustaleń przyjętych na początku kadencji.
Kandydatura Marcina Ociepy również nie budzi niechęci u rządzących. – Jakby co, byłoby dla niego od nas zielone światło – mówi nam osoba z rządu. Minus? Pójście na rękę PiS-owi w sytuacji, gdy ten ma poważne problemy wewnętrzne (Morawiecki) i zewnętrzne (afera Zondacrypto), a obóz prezydencki toczy z rządem regularną wojnę.
Trzecia: dać wicemarszałka nie PiS-owi, a Rozwojowi Plus. Nawet w rządzie od naszych rozmówców słyszymy, że „byłaby to zdecydowanie najgrubsza z opcji”. PiS zapewne zareagowałoby na to karczemną awanturą i przez tygodnie mówiło o prześladowaniu opozycji. Pokusą dla rządzących jest jednak – jak sami to nazywają – włożenie kija w prawicowe mrowisko, w którym od tygodni i tak temperatura jest bliska wrzenia.
– Wiadomo, że gra na prawicy to gra między oryginalnym PiS-em a ludźmi Morawieckiego – uśmiecha się jeden z ministrów.
– Moglibyśmy powiedzieć PiS-owi: wicemarszałka dostanie Morawiecki, bo wy mieliście trzy lata, żeby obsadzić tę funkcję i nie byliście tym zainteresowani – zastanawia się osoba z prezydium Sejmu.
I dodaje: – Patrząc na to jak na polityczne szachy i grę bez żadnych zasad, powinniśmy to zrobić. Oni zrobiliby tak bez mrugnięcia okiem. Dlatego byłaby to dla nas bardzo ciekawa opcja. Ciekawy szach-mat.
I jest czwarta opcja: nie zmieniać liczebności prezydium Sejmu, a zainteresowanym powiedzieć, żeby się dogadali i wyłonili jednego kandydata.
Jeśli tego nie zrobią, miejsce pozostanie nieobsadzone tak jak do tej pory. To opcja spod znaku świętego spokoju, bo przynajmniej w teorii zdejmuje z rządzących konieczność kalkulowania i zajmowania się sejmowymi układankami. Odbiera im też jednak inicjatywę i możliwość wykorzystania sytuacji.
Polityczny efekt domina i burzliwe negocjacje w koalicji
Jak twierdzą nasi rozmówcy z rządu i prezydium Sejmu, stan na 2 września jest taki, że sprawa zostaje odłożona na drugie wrześniowe posiedzenie izby niższej parlamentu.
Obecnie rządzący skłaniają się do tego, żeby nie zmieniać liczebności prezydium Sejmu i ostatnie brakujące miejsce przyznać albo PiS-owi, albo Rozwojowi Plus.
Sytuacja nie jest jednak prosta także po stronie rządowej.
Zmiany w prezydium Sejmu wiążą się bowiem z dwiema absolutnie kluczowymi dla Koalicji 15 Października sprawami na jesienny sezon polityczny: wyborem Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego oraz powrotem Szymona Hołowni do wielkiej polityki, przejęciu przez niego klubu parlamentarnego Polski 2050 i wejściem do rządu.
Jak to możliwe? Powrót Hołowni do gry oznacza, że zagospodarowany politycznie musiałby zostać obecny szef klubu Polski 2050 Paweł Śliz. Wedle informatorów Interii, to właśnie on miałby trafić do prezydium Sejmu w miejsce Hołowni, gdy ten znalazłby się w rządzie.
Liderzy koalicji nie chcą jednak robić ciągnącej się miesiącami politycznej telenoweli ze zmianami w prezydium Sejmu. Chcą załatwić wszystko za jednym razem.
Dlatego zanim powrót Hołowni nie zostanie dopięty na ostatni guzik – a z tego, co słyszmy, są tu wciąż pewne kwestie do wyjaśnienia – zmian w prezydium nie będzie.
Wszystko się ze wszystkim wiąże: wicemarszałkowie ze sprawą Hołowni, a sprawa Hołowni z wyborem Berka do TK. Wypadnie jeden klocek i mamy efekt domina. Dlatego tak trudno cokolwiek zdecydować. Szykuje się u nas w koalicji kilka dni trudnych negocjacji
Polska 2050 ma też jeszcze ostatnią atutową kartę w ręku. W piątek 4 września w Sejmie odbędzie się głosowanie nad kandydaturą Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego.
Wcześniej przesłuchiwać kandydata będzie komisja sprawiedliwości i praw człowieka, której przewodniczącym jest… Paweł Śliz.
Od naszych źródeł w rządzie słyszmy natomiast, że w chwili pisania tego artykułu Berek nie ma wymaganej liczby głosów, żeby zostać sędzią TK. Klub Polski 2050 ma być w większości przeciwny jego kandydaturze.
Również w Lewicy na ten moment nie wszyscy zamierzają poprzeć Berka. Od naszych rozmówców słyszymy, że „jest duży rozdźwięk” i sytuacja „mniej więcej pół na pół”.
Jeśli Włodzimierz Czarzasty nie postawi sprawy na ostrzu noża i nie zarządzi klubowej dyscypliny w głosowaniu, raczej się to nie zmieni. A bez pełnego poparcia obu klubów szanse Berka na znalezienie sięw TK są znikome.
Mówi rozmówca z rządu: – Sam pan widzi, panie redaktorze, że to nie jest proste. I to nie jest proste głównie po naszej stronie. Wszystko się ze wszystkim wiąże: wicemarszałkowie ze sprawą Hołowni, a sprawa Hołowni z wyborem Berka do TK. Wypadnie jeden klocek i mamy efekt domina. Dlatego tak trudno cokolwiek zdecydować. Szykuje się u nas w koalicji kilka dni trudnych negocjacji.
Łukasz Rogojsz


