
Zaplanowane na 12 kwietnia wybory parlamentarne na Węgrzech rozegrają się nie tylko na polu realnego poparcia, ale przede wszystkim w obrębie ściśle skrojonej architektury prawnej.
Analiza wprowadzonych w ostatnich latach zmian ordynacji wyborczej jasno wskazuje, że obóz rządzący zabezpieczył się na wypadek utraty poparcia. Fidesz wykorzystał większość parlamentarną m.in. do asymetrycznego przemodelowania mapy okręgów wyborczych.
Przyjrzyjmy się, które z jej mechanizmów oraz jakie zmiany prawne uchwalone w 2024 r. mają zadziałać na korzyść Fideszu, maksymalnie utrudniając TISZY walkę o zwycięstwo.
Wybory na Węgrzech. Fidesz kreśli okręgi na nowo
W grudniu 2024 r., w sytuacji, w której TISZA prowadziła już w sondażach, rządząca większość (Fidesz-KDNP) arbitralnie i bez konsultacji z Narodowym Biurem Wyborczym znowelizowała ordynację.
Z jednej strony zmieniono okręgi wyborcze, dostosowując je do poparcia Fideszu. Z drugiej – zmieniono kryteria dotyczące ponownego przeliczania głosów.
Ten drugi zabieg może okazać się absolutnie kluczowy, biorąc pod uwagę, że w wielu miejscach rywalizacja rozstrzygnie się „o włos”. Eksperci szacują, że takich „okręgów bitewnych” będzie w kraju aż 28 – czyli ponad jedna czwarta wszystkich 106 okręgów jednomandatowych.
Co więcej, prognozowane różnice między kandydatami potrafią tam wynosić zaledwie od 40 do 700 głosów.
Nowelizacja przeforsowana przez Fidesz objęła 39 ze 106 okręgów jednomandatowych. Największe modyfikacje zaszły w samym Budapeszcie oraz w otaczającym go komitacie (województwie) Peszt. W komitacie liczba okręgów wzrosła z 12 do 14, natomiast w Budapeszcie zmalała z 18 do 16. Trzeba pamiętać, że stolica pozostaje tradycyjnym bastionem opozycji – w 2022 roku siły opozycyjne zdobyły tam 17 spośród 18 możliwych do uzyskania mandatów. Mandaty przeniesione do Pesztu zmniejszają niemal gwarantowaną pulę mandatów dla opozycji. Wprawdzie w ostatnich miesiącach TISZA buduje bardzo nieznaczną przewagę również w tym komitacie, jednakże rezultat starcia pozostaje niepewny.
Politycy z innych ugrupowań, takich jak Koalicja Demokratyczna (DK), zwracali uwagę, że nowe granice w stolicy i otaczającym ją regionie zostały wytyczone w sposób bardzo precyzyjny. Celem było połączenie dzielnic i miejscowości silnie opozycyjnych z tymi, w których to Fidesz ma przewagę. Zabieg ten rozwadnia i neutralizuje głosy oddawane na kandydatów partii opozycyjnych, jednocześnie zwiększając szanse koalicji rządzącej na zwycięstwo na styku stolicy z aglomeracją.
Fidesz zmienił także wewnętrzny podział okręgów w dwóch innych komitatach:
-
Fejér
-
Csongrád-Csanád.
Stolicą pierwszego z nich jest rodzinne miasto Viktora Orbána – Székesfehérvár, a sam region przylega od zachodu do komitatu Peszt. Z kolei Csongrád-Csanád położony jest na południowym wschodzie kraju, przy granicy z Rumunią i Serbią. Jego ośrodkiem administracyjnym jest jedno z najważniejszych węgierskich miast – Segedyn.
Rządzący argumentowali, że modyfikacje mają na celu dostosowanie mapy wyborczej do zmian demograficznych. Zmiany te miały uwzględniać wytyczne Narodowego Biura Wyborczego, wedle których różnica w liczbie ludności pomiędzy najmniejszym a największym okręgiem nie powinna przekraczać ustawowych norm.
Faktem jest, że w ostatnim czasie – m.in. z uwagi na wysokie ceny nieruchomości w stolicy – wielu mieszkańców wyprowadziło się poza Budapeszt. Zjawiskiem tym można zresztą tłumaczyć coraz lepsze notowania opozycji w aglomeracji, która wcześniej stanowiła zdyscyplinowane i pewne zaplecze Fideszu.
Argument demograficzny nie przekonał jednak ekspertów. Wskazywali oni, że skoro migracja ludności posłużyła jako pretekst do odebrania mandatów opozycyjnej stolicy, to dlaczego podobnych korekt nie dokonano wokół innych dużych miast, będących dotąd bastionami władzy?
Dodatkowym narzędziem, które budzi poważne obawy analityków (m.in. TASZ czy Political Capital), jest likwidacja wymogu weryfikacji faktycznego adresu zamieszkania. Decyzja ta de facto legalizuje masową „turystykę wyborczą” – przenoszenie grup wyborców do okręgów „wahających się”, co stwarza ryzyko wypaczenia w nich wyników.
Węgry. Ponowne przeliczanie głosów – JOW
Nowelizacja z 2024 r. przyniosła również daleko idące zmiany w procedurze rozpatrywania protestów wyborczych. Mechanizmy te zostały zróżnicowane w zależności od tego, czy dotyczą 106 okręgów jednomandatowych i głosowania w lokalach za granicą, czy też oddawania głosu korespondencyjnie. Każda z tych odmienności może mieć ogromne znaczenie w sytuacjach, w których o ostatecznym wyniku zadecyduje minimalna przewaga.
W przypadku okręgów jednomandatowych wprowadzono istotne novum. Zgodnie z nowymi przepisami wniosek o ponowne przeliczenie głosów rozpatrywany jest automatycznie – bez konieczności uprawdopodobnienia ewentualnych nieprawidłowości – jeżeli różnica między kandydatami wynosi 101 głosów lub mniej.
Co jeśli różnica wynosi ponad 101 mandatów? Wówczas wkracza pełna, standardowa procedura, w którą zaangażowany może zostać wymiar sprawiedliwości. Aby sprawa w ogóle została rozpatrzona, wnioskodawca musi jasno uprawdopodobnić konkretne zarzuty wobec wyniku:
-
wykazać naruszenie prawa,
-
błędy matematyczne
-
lub uchybienia proceduralne.
W takim trybie zaskarża się decyzję Komisji Wyborczej (danego) Jednomandatowego Okręgu Wyborczego (OEVB) do Narodowej Komisji Wyborczej (NVB). Jeżeli ta nie uwzględni skargi, sprawę można skierować do Sądu Najwyższego (Kúria), który ocenia zasadność wniosku i może, lecz nie musi, nakazać ponowne przeliczenie głosów.
Bardzo zbliżona procedura obowiązuje w przypadku głosowania za granicą, czyli w placówkach dyplomatycznych i konsularnych. Wyborców oddających tam głos traktuje się analogicznie do osób głosujących w kraju. Oznacza to, że karty z zagranicznych punktów wyborczych trafiają ostatecznie do odpowiednich komisji obwodowych w poszczególnych okręgach w kraju, gdzie zostają przemieszane z głosami oddanymi w kraju.
Nawet 700 tys. głosujących korespondencyjnie. W tym… zmarli
Kilka tygodni temu tłumaczyłem mechanizm głosowania korespondencyjnego – systemu, w którym teoretycznie swój głos mogą oddać nawet ci, którzy już dawno nie żyją. 18 marca ostatecznie minął termin rejestracji w tej formule. Chęć takiego głosowania zgłosiło łącznie niemal 700 tys. osób. Prawo do oddania głosu przyznano prawie 500 tys. z nich, a baza uprawnionych rośnie i docelowo może być o 200 tys. większa niż podczas wyborów w 2022 r.
Najwięcej głosów tradycyjnie popłynie z Rumunii – od diaspory zamieszkującej Siedmiogród (62 proc. całej puli, ok. 311 tys. osób). Na drugim miejscu jest Serbia i region Wojwodiny (17 proc., 86 tys.). Trzecią siłą są państwa zabraniające posiadania podwójnego obywatelstwa: Austria, Słowacja i Ukraina (8 proc., ok. 40 tys. osób). Warto dodać, że łączna liczba uprawnionych do głosowania we wszystkich wyborach wyniesie ponad 8,1 mln osób.
Wątpliwości wokół głosowania korespondencyjnego sprowadzają się do trzech kluczowych kwestii. Po pierwsze, to brak weryfikacji bazy i ryzyko „martwych dusz” – wpis na listę zachowuje ważność przez 10 lat, przez co państwo nie wyłapuje z urzędu zgonów.
Po drugie, brak weryfikacji tożsamości – pakiety przyjmowane są bez ścisłej kontroli tego, kto je wypełnił, co ułatwia oddawanie głosów za członków rodziny czy fałszowanie kart, otwierając drogę do procederu ich kupowania.
Po trzecie, problemem jest samo bezpieczeństwo pakietów i incydenty w punktach ich zbierania.
Zdecydowana większość uprawnionych figuruje w systemie od jego powstania w 2013 r., a napływ nowych wyborców to zaledwie ok. 40 tys. osób (zwraca na to w swoich analizach ośrodek Political Capital).
Co istotne, ogromnym problemem jest odsetek głosów nieważnych, który w poprzednich wyborach wahał się między 15 a 20 proc. Wynika to ze skomplikowanej procedury – wyborca otrzymuje dwie koperty. Jedna musi zawierać kartę do głosowania i zostać zaklejona, a druga – otwarta – oświadczenie tożsamości, mające chronić przed manipulacjami (choć nie eliminuje to „martwych dusz”). Najczęstszym błędem jest umieszczanie obu dokumentów w jednej kopercie. Szacuje się jednak, że poprawnie oddane głosy korespondencyjne dają rządzącym ostatecznie 1,5 do 2 proc. poparcia w skali kraju.
Ponowne przeliczenie głosów korespondencyjnych
W przypadku głosowania korespondencyjnego procedura powtórnego przeliczania głosów jest znacznie bardziej skomplikowana. Karty przesyłane w ten sposób spływają bezpośrednio na Węgry i wliczane są wyłącznie do puli głosów oddanych na listy krajowe. Wynika to z faktu, że wyborcy korespondencyjni nie dysponują prawem głosu na kandydata w konkretnym okręgu jednomandatowym, a zatem wypełniają tylko jedną kartę wyborczą.
Aby wymusić ponowne przeliczenie tego segmentu głosów, partia polityczna musi złożyć skargę do Narodowej Komisji Wyborczej (NVB), a w ostateczności do Sądu Najwyższego (Kúria), kwestionując całościowy wynik wyborów z list krajowych – co obejmuje zarówno głosy korespondencyjne, jak i wszystkie karty oddane stacjonarnie na Węgrzech oraz w zagranicznych obwodach głosowania.
W toku takiego postępowania skarga musi zawierać twarde, konkretne dowody na to, że pracownicy Narodowego Biura Wyborczego (NVI) masowo łamali procedury podczas weryfikacji oświadczeń tożsamości dołączanych do kopert lub na etapie samego zliczania. W praktyce spełnienie tych warunków i skuteczne podważenie wyników na szczeblu krajowym jest krokiem niemal niemożliwym do zrealizowania.
W analizie z 24 marca 2026 r., opublikowanej na łamach opozycyjnego dziennika „Népszava”, analityk wyborczy Róbert László z think tanku Political Capital wskazuje on, że w spisie węgierskich wyborców zagranicznych może figurować co najmniej kilka, a najprawdopodobniej nawet kilkadziesiąt tysięcy „martwych dusz”.
Z kolei rumuńska organizacja pozarządowa Declic, twierdzi, że węgierskie Narodowe Biuro Wyborcze może wysłać pakiety do głosowania korespondencyjnego nawet do 90 tys. zmarłych osób. W związku z tym wystosowała oficjalną petycję do tamtejszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Państwowej Komisji Wyborczej (AEP), w którym domaga się pilnego zdefiniowania i uregulowania ram prawnych, na podstawie których organizacje pośredniczące mogą angażować się w zagraniczne procesy wyborcze. Obawy dotyczą bezpośrednio Demokratycznego Związku Węgrów w Rumunii (RMDSZ) – partii politycznej, która zbiera i przekazuje pakiety wyborcze na terytorium Węgier.
Biorąc pod uwagę fakt, że o losach poszczególnych mandatów – a ostatecznie o parlamentarnej większości – może decydować kilkaset, a czasem zaledwie kilkadziesiąt głosów w niemal 30 okręgach „bitewnych”, każda z powyższych luk systemowych zyskuje wagę polityczną.
System zaprojektowany w ten sposób sprawia, że opozycyjna TISZA, mimo obiecujących ogólnokrajowych wyników sondażowych, przystępuje do starcia w nierównych warunkach.













