
Osiem wyborów parlamentarnych i siedmiu różnych premierów. Wszystko to w zaledwie pięć ostatnich lat. Powiedzieć, że Bułgaria jest pogrążona w politycznym chaosie i stała się krajem, którym nie sposób rządzić, to nie powiedzieć nic.
Czy odbywające się 19 kwietnia wybory parlamentarne przerwą trwający od 2021 roku impas? To pytanie za milion euro, na które nikt w Sofii nie zna jeszcze odpowiedzi.
Szansa jest, bo przedwyborcze sondaże pokazują wyraźnego faworyta do zwycięstwa. To koalicja o nazwie Progresywna Bułgaria (PB), którą zmontował i której twarzą jest Rumen Radew, do niedawna jeszcze prezydent kraju.
Formacja przewodzi we wszelkich sondażach, uzyskując średnio około 31 proc. głosów. To o mniej więcej 10 pkt proc. więcej od drugich w stawce Obywateli na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii-Związku Sił Demokratycznych (GERB-SDS) byłego premiera Bojko Borisowa. Inni kluczowi w wyborczej rozgrywce gracze to Kontynuujemy Zmiany-Demokratyczna Bułgaria (PP-DB) z mniej więcej 12-proc. poparciem, Ruch na Rzecz Wolności i Praw (DPS) cieszący się mniej więcej 10 proc. głosów, Odrodzenie (około 7 proc.) oraz Bułgarska Partia Socjalistyczna-Zjednoczona Lewica (BSP-OL) popierana przez około 4 proc. wyborców.
Bułgaria pod ścianą. Kraj targany problemami
Zanim zaczniemy rozważać szanse poszczególnych ugrupowań na dojście do władzy albo rozbierać na czynniki pierwsze polityczne CV Rumena Radewa, należy zrozumieć samą Bułgarię i samych Bułgarów.
Bułgaria w kwietniu 2026 roku to kraj o bardzo niestabilnej scenie politycznej, przeżywający poważny kryzys instytucji demokratycznych oraz rządów prawa, a także skorumpowany i (relatywnie, na standardy Unii Europejskiej) biedny. Nic dziwnego, że niezadowolenie społeczne i potężne antyrządowe protesty dopiero co obaliły gabinet wspieranego przez GERB Rosena Żelazkowa.
Korupcja, kolesiostwo i upolitycznienie kluczowych instytucji państwa to dzisiaj zarzut numer jeden podnoszony przez rozczarowanych i zniechęconych do życia publicznego obywateli. Według Indeksu Percepcji Korupcji (CPI) Transparency International za 2025 rok, pokazującego skalę korupcji w poszczególnych państwach świata, Bułgaria zajmuje odległe 84. miejsce. Dzieli je m.in. z Węgrami. Oba kraje są najbardziej skorumpowanymi państwami Unii Europejskiej.
Bułgarzy skarżą się nie tylko na układy i układziki między rządzącymi, które zabetonowały tamtejszą scenę polityczną i uczyniły z państwa udzielne księstwo polityków, w którym trudno o realną zmianę i pociągnięcie do odpowiedzialności winnych nadużyć. Na korupcję i zawłaszczenie państwa skarżą się też mieszkańcy prowincji, którzy uważają, że nie mogą liczyć na państwo, a „wszyscy politycy to jedno zło”.
Korupcja to niejedyny instytucjonalny problem Bułgarii. Kraj trawi też coraz poważniejszy kryzys rządów prawa, który był jednym z motorów napędowych masowych protestów społecznych na przełomie 2025 i 2026 roku.
Kluczowymi problemami Bułgarii są brak niezależności prokuratury (prokurator generalny posiada hierarchiczną i niemal nieograniczoną władzę nad prokuraturą, co przy braku skutecznej kontroli sądowej pozwala na wybiórcze stosowanie prawa), paraliż reformy sądownictwa (w 2024 roku bułgarski Trybunał Konstytucyjny uchylił poprawki zmierzające do ograniczenia wszechwładzy prokuratora generalnego i reformy Krajowej Rady Sądownictwa), a także oligarchizacja państwa (nieformalne sieci powiązań i wpływów decydują o kursie kraju i destrukcyjnym status quo).
Ważną rolę odgrywają też kwestie ekonomiczne. Bułgarzy masowo skarżą się na wysokie koszty życia. Ich obawy tylko spotęgowało wejście wraz z początkiem 2026 roku do strefy euro. Bułgaria to też jednak obiektywnie najbiedniejszy kraj UE. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego na kwiecień 2026 roku średni PKB na mieszkańca w Bułgarii wynosi zaledwie 20 260 euro i jest najniższy w całej Unii. Średnia dla całej UE jest ponad dwukrotnie wyższa (43 350 euro).
Jesteśmy jedynym w UE krajem, który jest zarówno słowiański, jak i prawosławny. Możemy być bardzo ważnym ogniwem w tym mechanizmie, w przywróceniu relacji z Rosją
Nie powinno dziwić też, że kluczową rolę w antyrządowych protestach odgrywa młode pokolenie Bułgarów. Drożyzna, mało konkurencyjne płace, niski standard życia oraz kryzys systemu edukacji sprawiły, że młodzi Bułgarzy masowo opuszczają swoją ojczyznę w poszukiwaniu lepszego życia. Obecnie w Bułgarii mówi się już o „straconym pokoleniu”, a analitycy przestrzegają przed potężnym kryzysem demograficznym, który czai się tuż za rogiem.
Rumen Radew. Ostatni sprawiedliwy czy zupa pomidorowa?
Wiedząc, co trawi aktualnie bułgarską duszę, dużo łatwiej zrozumieć to, co dzieje się na tamtejszej scenie politycznej. Przede wszystkim dużo łatwiej zrozumieć Rumena Radewa, który ma wszelkie szanse, żeby zostać następnym premierem Bułgarii i spróbować pokonać trwający od pięciu lat polityczny impas.
Radew to nie tylko były prezydent kraju, którą to funkcję pełnił przez niemal dwie pełne kadencje (lata 2017-26). Przed wejściem do polityki był dowódcą Bułgarskich Sił Powietrznych, a jeszcze wcześniej pilotem MiGa-29. Nie bez kozery w bułgarskich mediach mówi się o politycznej historii bułgarskiego „Top Guna”.
Wizerunek twardego wojskowego i konkretnego człowieka sprzyja Radewowi, który w obliczu potężnego kryzysu zaufania opinii publicznej do polityków stara się grać rolę ostatniego sprawiedliwego. Ułatwia mu to fakt, że jest jedną z zaledwie kilku figur publicznych, które wciąż cieszą się jeszcze szacunkiem i zaufaniem wyborców. W grudniu 2025 roku zaufanie do Radewa deklarowało 54 proc. Bułgarów, podczas gdy nieufność zaledwie 28.
Były wojskowy postanowił wykorzystać ten kapitał, ale też przełomowy moment na bułgarskiej scenie politycznej, i w styczniu tego roku zrzekł się sprawowanego urzędu. Urzędu, którego kompetencje w ostatnich latach rządzący i tak ograniczyli, jak tylko mogli. Radew nie chciał być „strażnikiem żyrandola”, wiedział, że realną zmianę może zrealizować jedynie w polityce partyjnej.
Ograniczenia czasowe i proceduralne sprawiły, że Radew nie zdołał założyć i rozbudować własnej partii. Musiał skorzystać z poparcia trzech marginalnych ugrupowań i stworzyć koalicję pod nazwą Progresywna Bułgaria. Co ciekawe, to nie Radew jest formalnym liderem nowej siły politycznej. Tę funkcję pełnią były premier tymczasowy (2022-23) i były szef Kancelarii Prezydenta (2023-26) Gyłyb Donew oraz Dimityr Stojanow, wieloletni sekretarz generalny (2017-22) i sekretarz ds. bezpieczeństwa (2023-26) przy prezydencie. Twarzą projektu i jego lokomotywą jest jednak Radew.
Progresywna Bułgaria to intrygujący twór. Oficjalnie centrolewicowa, w praktyce łączy społeczny konserwatyzm z prosocjalnym skrętem w gospodarce. PB to jednak przede wszystkim partia typu „catch all”, a więc od prawa do lewa. Powód jest oczywisty. Tylko szeroka baza wyborcza daje szansę na wysoki, ponad 30-procentowy wynik w wyborach, który jest konieczny jeśli nie do samodzielnego rządzenia, to przynajmniej do dominującej pozycji przy formowaniu przyszłego rządu. Zdobycie mitycznych 30 proc. to jednak zadanie niełatwe. Od 2017 roku nie udało się żadnej partii, co wymiernie przyczyniło się do politycznego pata, z jakim od lat zmaga się Bułgaria.
Próba stworzenia „partii dla wszystkich” ma też jednak swoje minusy. Chociaż Radew jest obecnie najpopularniejszym politykiem w kraju, nawet bułgarskim politologom i analitykom z trudem przychodzi przedstawienie jego faktycznych poglądów. Były prezydent stara się być jak przysłowiowa zupa pomidorowa – lubiany przez wszystkich. Dlatego jak tylko może unika wypowiedzi na drażliwe tematy, stroni od udzielania wywiadów, a także niechętnie przedstawia swoją polityczną agendę po ewentualnym zdobyciu władzy.
Wszystko to sprawia, że Radew jest jak polityczne jajko-niespodzianka. Ładne i kuszące z zewnątrz, ale kryjące sekret w środku. Jedyne czego lider Progresywnej Bułgarii nie unika, to mówienie o trawiących Bułgarię korupcji, kolesiostwie i oligarchizacji państwa. Raz po raz obiecuje Bułgarom walkę z politycznym układem i przywrócenie państwa obywatelom.
– Oligarchia jest głęboko zakorzeniona w życiu społecznym i gospodarczym kraju. To piramida finansowa, która systematycznie wysysa społeczeństwo, jednocześnie zapewniając sobie bezkarność poprzez kontrolę instytucji, partii, wyborów, mediów i biznesu – wyliczał podczas marcowego spotkania z wyborcami w Sofii. – Dopóki ten model nie zostanie zdemontowany, każda forma rządzenia będzie skazana na porażkę – podsumował.
Strategia Radewa i jego formacji jest prosta: grać na jak najwyższą frekwencję przy urnach i przekonać do siebie wyborców zniechęconych poprzednimi rządami (zwłaszcza GERB i Bojko Borisowem). Mają temu pomóc ogólnikowe i powszechnie akceptowalne propozycje programowe – m.in. podniesienie płacy minimalnej i emerytur, wsparcie dla przedsiębiorców poprzez ograniczenie biurokracji, modernizacja systemów edukacji i ochrony zdrowia, stabilizacja cen energii i dywersyfikacja źródeł surowców energetycznych, reforma konstytucyjna (wzmocnienie urzędu prezydenta albo wręcz wprowadzenie systemu prezydenckiego).
„Bułgarski Orban” i koń trojański Kremla?
Rumen Radew w swoim politycznym przekazie mocno akcentuje też kwestię silnego przywództwa i narodowej suwerenności Bułgarii. Co prawda podkreśla znaczenie obecności swojego kraju zarówno w Unii Europejskiej, jak i NATO, ale w zauważalny sposób dystansuje się od obecnego kursu obu organizacji.
Oligarchia jest głęboko zakorzeniona w życiu społecznym i gospodarczym kraju. To piramida finansowa, która systematycznie wysysa społeczeństwo, jednocześnie zapewniając sobie bezkarność poprzez kontrolę instytucji, partii, wyborów, mediów i biznesu
Przede wszystkim jest krytyczny wobec wszelkiej eskalacji napięcia z Rosją. Bułgarię widzi w roli pomostu między Unią a Rosją. – Jesteśmy jedynym w UE krajem, który jest zarówno słowiański, jak i prawosławny. Możemy być bardzo ważnym ogniwem w tym mechanizmie, w przywróceniu relacji z Rosją – przyznał w jednym z nielicznych wywiadów udzielonych w trakcie kampanii wyborczej.
NATO obrywa od Radewa za stawanie po stronie Ukrainy w wojnie z Rosją, co jego zdaniem grozi wciągnięciem państw członkowskich do wojny. Jest przeciwny zachodniemu wsparciu militarnemu dla Kijowa, które jego zdaniem wydłuża konflikt i niesie ryzyko dla państw europejskich.
Zwolenników pomocy Ukrainie w przeszłości nazywał m.in. „podżegaczami wojennymi”. Mocno skrytykował też podpisane w marcu tego roku przez bułgarski rząd 10-letnie porozumienie o współpracy w zakresie bezpieczeństwa z Ukrainą, oceniając, że niesie za sobą ryzyko destabilizacji państwa i wciągnięcia go do wojny.
Nic dziwnego, że w Brukseli patrzą na Radewa co najmniej z niepokojem. Komisja Europejska dopiero co fetowała imponujące zwycięstwo Petera Magyara na Węgrzech i zażegnanie wieloletniego problemu z Viktorem Orbanem, tymczasem lada moment może mieć nowy problem, tym razem w Bułgarii. Na brukselskich korytarzach o Radewie często mówi się jako „bułgarskim Orbanie”, choć jego pragmatyzm i zależność Bułgarii od europejskich funduszy każą umiejscowić go bliżej takich polityków jak Andrej Babis czy Robert Fico.
Bułgaria. Kluczowe negocjacje powyborcze
Problem z ewentualnym prorosyjskim kursem Rumena Radewa i jego Progresywnej Bułgarii może jednak rozwiązać się samoistnie. Dzięki bułgarskiej ordynacji wyborczej opartej o metodę Hare’a-Niemeyera oraz stosunkowo niski próg wyborczy na poziomie 4 proc. Sprawia to, że małe i średnie partie mają dużo większe szanse na dostanie się do parlamentu, a pozycja największych graczy jest osłabiana.
Średnie sondażowe poparcie na poziomie 31 proc. przesądza, że Progresywna Bułgaria nie będzie w stanie rządzić samodzielnie. Wybór koalicjanta lub koalicjantów zadecyduje więc o tym, które elementy programu formacji Radewa wybiją się na pierwszy plan, a które zostaną strategicznie przemilczane.
Najtrudniej wyobrazić sobie współpracę Radewa z GERB Bojko Borisowa oraz DPS biznesmena Delana Peewskiego. To tę dwójkę Radew i jego otoczenie obwiniają o oligarchizację państwa, wszechobecną korupcję i upolitycznienie kluczowych instytucji.
Najchętniej były prezydent zawiązałby koalicję z kierowaną przez Asena Wasilewa centroprawicą PP-DB, obecnie trzecią siłą w stawce. Zsumowane wyniki obu partii powinny dać większość w parlamencie, a profile programowe gwarantowałyby realizację kluczowego postulatu Progresywnej Bułgarii, czyli walki z korupcją i oligarchizacją państwa.
Jeśli jednak PP-DB zakończy wybory ze słabym wynikiem albo późniejsze negocjacje potoczą się niepomyślnie, możliwy jest też wariant suwerenistyczny, czyli sojusz ze skrajnie prawicowym, nacjonalistycznym Odrodzeniem Kostadina Kostadinowa. To jednak przepis na otwarty konflikt z Unią Europejską. Odrodzenie to partia jawnie prorosyjska (ma umowę o współpracy z Jedną Rosją Władimira Putina), antyunijna oraz rewizjonistyczna wobec Macedonii Północnej i Ukrainy.
Kogo do współpracy Radew nie wybierze, będzie musiał zacząć podejmować konkretne decyzje, a co za tym idzie zabierać wyraziste stanowiska i narażać się na krytykę. Będzie też musiał wykazać się polityczną zręcznością na dużo większym poziomie niż podczas swoich niemal dwóch kadencji na fotelu prezydenta.
Wygranie wyborów to dopiero początek. Najtrudniejszy krok przyjdzie chwilę później. Jeśli Radew nie zdoła stworzyć stabilnej większości parlamentarnej, Bułgaria jeszcze mocniej pogrąży się w chaosie. On sam straci natomiast swój główny atut – status człowieka z zewnątrz, spoza układów, będącego dla Bułgarów nową nadzieją na wyczekiwaną zmianę.

