
-
Prokuratura po 28 latach od zaginięcia Justyny Zawadzkiej wszczęła śledztwo o zabójstwo zawodniczki.
-
Z ostatnich ustaleń wynika, że pojawiły się nowe dowody, które śledczy zamierzają przeanalizować.
-
Cień podejrzeń w sprawie zaginięcia padł na znajomego dziewczyny, z którym miała utrzymywać tajemniczą relację.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Justyna miała zaledwie 13 lat i wielkie marzenia. Była wybitną zapaśniczką, która stała u progu międzynarodowej kariery i upragnionego wyjazdu na mistrzostwa świata do Anglii. Jednak 17 maja 1998 r., na kilkanaście tygodni przed wyjazdem, dziewczyna przepadła bez śladu.
Teraz, po 28 latach od zaginięcia, śledczy ponownie zajmą się sprawą. Jak dowiedziała się Interia, Prokuratura Rejonowa w Przysusze wszczęła śledztwo w tej sprawie. Śledczy uważają, że nastolatka została zamordowana.
Z naszych ustaleń wynika, że w ostatnim czasie pojawiły się nowe dowody w tej sprawie, a śledczy chcą teraz wszystkie dokładnie przeanalizować.
Zaginięcie Justyny Zawadzkiej. Miała iść w ślady wujka
Pod koniec grudnia w Interii opublikowaliśmy reportaż śledczy, dotyczący zaginięcia Justyny Zawadzkiej.
W rodzinnych Polanach pod Radomiem nastolatka była znana, jako osoba niezwykle dojrzała i pomocna. Babcia nazywała ją „aniołem”, dziewczynka opiekowała się chorym dziadkiem, gotowała, pomagała w dbaniu o dom. W wolnych chwilach, jak każda nastolatka, słuchała muzyki i cieszyła się sympatią rówieśników.
Jej pasją były zapasy. Gdy jej wuj, Włodzimierz, przywiózł do domu złoty medal olimpijski w zapasach z Atlanty, zapragnęła pójść w jego ślady.
Sportowa kariera została przerwana 17 maja 1998 r. W niedzielę Justyna wyszła z domu i nigdy do niego nie wróciła.
Rano wspólnie z mamą uczestniczyła we mszy w kaplicy. Po powrocie nastolatka rzuciła tylko, że idzie odwiedzić koleżankę i wróci na obiad.
Wychodząc z domu, dziewczyna ubrana była w bluzę z długim rękawem, granatowe, dżinsowe spodnie i sandały. Miała charakterystyczną biżuterię: metalowy zegarek Casio oraz srebrny pierścionek ze skarabeuszem – pamiątkę przywiezioną przez ojca z Egiptu.
Sprawa Justyny Zawadzkiej. Tropy prowadzą do znajomego
Zaginięcie nastolatki wywołało falę spekulacji w miejscowości.
Cień podejrzeń szybko padł na 19-letniego wówczas Roberta (imię zmienione). Młody mężczyzna pochodził z tej samej wsi co Justyna, ale miał narzeczoną w sąsiedniej miejscowości, jednak nie przeszkadzało mu to w bliskiej, utrzymywanej w tajemnicy, relacji z nastolatką. Sama Justyna też nie powiedziała o niej rodzicom.
Według koleżanek nastolatki dziewczyna była w nim zakochana, ale jednocześnie się go bała. Zwierzyła się jednej z nich, że Robert zapytał ją kiedyś, co by zrobiła, gdyby wywiózł ją gdzieś daleko i zostawił. Choć później twierdził, że żartował, to pytanie wywołało w niej niepokój.
Opowieść Roberta i jego zeznania po zaginięciu Justyny są pełne sprzeczności. Chłopak twierdził, że słabo znał dziewczynę i nie miał z nią bliskich relacji. Bilingi telefoniczne z kwietnia 1998 r., miesiąc przed zaginięciem, wykazały liczne i częste połączenia z telefonów stacjonarnych pomiędzy domami, w których mieszkali.
Dodatkowo, dwie bliskie koleżanki Justyny potwierdziły, że nastolatka spotykała się z Robertem. Głównie za wsią, w pobliskich lasach, gdzie Robert zabierał ją swoim małym fiatem.
To nie jedyny rozdźwięk w opowieści chłopaka. Zapewniał on, że 17 maja przed południem jechał samochodem wyłącznie ze swoją narzeczoną, która dała mu alibi. Dziewczyna zeznała, że w dzień zaginięcia byli razem.
Szkopuł w tym, że dwie koleżanki Justyny zeznały, że widziały Roberta w samochodzie z Justyną w dniu zaginięcia. Co więcej, alibi, które otrzymał od swojej narzeczonej, nigdy nie zostało dokładnie sprawdzone. Kobieta zeznała, że w dzień zaginięcia chłopak przebywał w jej rodzinnym domu. Jednak kiedy tam dotarł, czy gdzieś wychodził lub o której się rozstali, nigdy nie zostało dokładnie sprawdzone.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: dawid.serafin@firma.interia.pl













