
Tomasz Walczak, Interia: Emocjonalna reakcja Ukraińców na decyzję dotyczącą odebrania orderu Wołodymyrowi Zełenskiemu, to sygnał, że tamtejsze elity zrozumiały, że sytuacja w relacjach z Polską wymknęła się im spod kontroli?
Wojciech Konończuk, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich: – Wydaje mi się, że część ukraińskich polityków jednak doszła do wniosku, że sprawa została „przegrzana”, szczególnie w kontekście zwracania polskich orderów. W ostatnim czasie słyszeliśmy głosy, głównie ze strony opozycji – między innymi byłego prezydenta Petra Poroszenki – wzywające do opamiętania, a nawet apelujące do prezydenta Zełenskiego o wyjazd na konferencję o odbudowie Ukrainy do Gdańska.
Po stronie prezydenta Zełenskiego, jak i dużej części społeczeństwa ukraińskiego, brakuje zrozumienia wagi tej sprawy. Owszem, część polskiej sceny politycznej eksploatuje ten temat, ale nie mogłaby tego robić, gdyby problem nie istniał
Wygląda na to, że ukraiński prezydent nie posłuchał, bo do Polski się nie wybiera. Czeka nas eskalacja?
– Wiadomo od dawna, że Zełenski jest osobą emocjonalną i jak widać jego naruszone ego spowodowało, że postanowił zbojkotować udział w wielkiej międzynarodowej konferencji o odbudowie Ukrainy. Zresztą strona ukraińska jest jej współorganizatorem. Mimo nielicznych ukraińskich głosów wzywających do schłodzenia sporu, po stronie ukraińskiego społeczeństwa nie istnieje zrozumienie jego istoty.
– W tamtejszym mainstreamie medialnym dominuje przekaz, że jest to kwestia wykreowana przez polskich polityków, którzy instrumentalizują temat historii ze względu na przyszłoroczne wybory. Brakuje tam zrozumienia tego, co jest faktycznym sednem problemu.
-
Szef MON reaguje na decyzję Zełenskiego. „Powinien wziąć udział”
Od dawna wiadomo było, że sprawa Wołynia jest w relacjach polsko-ukraińskich bombą z opóźnionym zapłonem. Czy Ukraińcy w ogóle to dostrzegali? Wspomniany Poroszenko pisał, że nie wolno tracić sojuszników. Tymczasem elity wokół Zełenskiego zdają się ignorować zagrożenie płynące z nierozwiązanej kwestii rzezi wołyńskiej.
– Po stronie prezydenta Zełenskiego, jak i dużej części społeczeństwa ukraińskiego, brakuje zrozumienia wagi tej sprawy. Owszem, część polskiej sceny politycznej eksploatuje ten temat, ale nie mogłaby tego robić, gdyby problem nie istniał.
– Po 26 maja, kiedy pojawił się dekret Zełenskiego nadający imię „bohaterów UPA” jednostce wojskowej, mamy do czynienia z autentycznymi emocjami polskiego społeczeństwa, które wymykają się prostym podziałom politycznym. Prezydent Zełenski był wielokrotnie ostrzegany w ciągu ostatnich lat, że państwowe czczenie organizacji i osób, które w Polsce uznajemy za zbrodnicze, nie pozostanie bez reperkusji dla relacji dwustronnych. Moment, w którym zdecydował się na ten krok, jest fatalny.
Prezydent Zełenski ewidentnie czuje się obecnie urażony. W swoich wypowiedziach obwinia stronę polską, zapominając, że to on rozpoczął cały ten niepotrzebny kryzys
Pojawiają się głosy, że wojna o niepodległość, którą toczy Ukraina, to nie najlepszy moment na rozdrapywanie historycznych ran. Do maja wydawało się, że spór jest zamrożony – trwały ekshumacje, a historia zeszła na dalszy plan. Czy dekretem z 26 maja prezydent Zełenski wypowiedział swoisty pakt o nieagresji?
– Tak bym to czytał. Skoro prezydent był ostrzegany, powstaje pytanie: dlaczego zrobił to właśnie teraz, wywołując furię polskiej strony? Moim zdaniem była to celowa próba konsolidacji społeczeństwa ukraińskiego – klasyczny mechanizm gromadzenia się wokół flagi. Zełenski mógł nie przewidzieć tak daleko idących skutków, ale prawdopodobnie oczekiwał, że ten ruch mu pomoże. Musiał bowiem przykryć pewne sprawy wewnętrzne, głównie te związane z korupcją w jego najbliższym otoczeniu.
Pamięć historyczna stała się narzędziem polityki wewnętrznej Zełenskiego?
– Tak i rzeczywiście to zadziałało, bo skonsolidowało Ukraińców wokół prezydenta. Poza nielicznymi głosami nie widzę tam zrozumienia dla polskich emocji. Wszystko tłumaczy się instrumentalizacją polityczną w Polsce. To rodzi poważne konsekwencje dla relacji dwustronnych. Uważam bowiem, że polsko-ukraiński konflikt pamięci jest w dającej się przewidzieć przyszłości nierozwiązywalny.
– Niestety, jesteśmy skazani na ten spór, dopóki na Ukrainie nie dojdzie do rezygnacji z symetryzowania win. Kiedy mówimy o mordowaniu polskich cywilów przez UPA, w odpowiedzi słyszymy: „ale AK też mordowało”. Dopóki nie będzie tam uczciwego spojrzenia na ciemne karty własnej historii, będziemy tkwić w tym konflikcie. Warto tu zauważyć coś, o czym w tej sprawie rzadziej się dziś wspomina.
Choć pojawiają się na Ukrainie trzeźwe głosy wzywające do opamiętania – i to nie tylko z opozycji – Zełenski prawdopodobnie będzie je ignorował, jeśli uzna, że eskalowanie sporu mu się opłaca. Ma do tego wszelkie instrumenty
– Bardzo zaszkodził naszym relacjom siedmioletni zakaz ekshumacji polskich ofiar, zniesiony przez Kijów dopiero w 2024 roku. Ukraińcy nie zdają sobie sprawy, jak bardzo to uderzyło w polskie poczucie godności, gdyż kwestia pochówku ofiar powinna być wyjęta z kontekstu politycznego.
– Po polskiej stronie też jest problem ze zrozumieniem, że dla Ukraińców pamięć o UPA nie ma wymiaru antypolskiego. Oni postrzegają tę formację przez pryzmat walki z okupacją sowiecką. Natomiast fakt, że czystka etniczna w zasadzie jedynym „sukcesem” UPA, jest albo zamiatany pod dywan, albo symetryzowany.
Skoro gra kartą historyczną przynosi korzyści wewnętrzne, to czy prezydent Zełenski zostawił sobie w ogóle miejsce na krok wstecz? Wydaje się dziś, że przestrzeni dla polityki po prostu nie ma.
– Prezydent Zełenski ewidentnie czuje się obecnie urażony. W swoich wypowiedziach obwinia stronę polską, zapominając, że to on rozpoczął cały ten niepotrzebny kryzys. Prawdopodobnie jest pozytywnie zaskoczony skalą konsolidacji własnego społeczeństwa, co może dawać jemu i innym politykom asumpt do częstszego sięgania po „kwestię polską” w przyszłości.
– Może to być wygodne narzędzie do tłumaczenia ewentualnych niepowodzeń w integracji z Unią Europejską. Już teraz widzimy, jak Zełenski porównuje polskiego prezydenta do Orbána i sugeruje, że Polska będzie blokować negocjacje z UE, choć nic takiego nie padło.
Czy Polska nie stanie się więc wygodnym chłopcem do bicia dla władz ukraińskich?
– Takie niebezpieczeństwo istnieje, zwłaszcza gdy trzeba będzie na kogoś zrzucić odpowiedzialność za trudności akcesyjne. Choć pojawiają się na Ukrainie trzeźwe głosy wzywające do opamiętania – i to nie tylko z opozycji – Zełenski prawdopodobnie będzie je ignorował, jeśli uzna, że eskalowanie sporu mu się opłaca. Ma do tego wszelkie instrumenty.
Trudno wskazać drugą osobę we władzach obu naszych państw, która zrobiłaby tak wiele dla popsucia relacji. Zaczęło się od sporu zbożowego i skandalicznych słów na forum ONZ porównujących Polskę do Rosji.
– Zdecydowanie zabrakło tam wrażliwości i zrozumienia dla polskich argumentów dotyczących chociażby interesów rolnictwa. Trzeba pamiętać, że blokada granicy była spowodowana oddolnym ruchem protestu, a nie decyzją polskiego rządu. Prezydent Zełenski zdaje się uważać, że skoro Ukraina toczy wojnę obronną, to wszystko jej się należy, niezależnie od interesów innych państw. Ta jego nadwrażliwość jest już znana na świecie i tłumaczona zmęczeniem trwającą piąty rok wojną.
-
Tąpnięcie w Pentagonie. Media: Dowódca armii USA w Europie odchodzi
-
Ukraina przeprowadziła zmasowany atak w głębi Rosji. Kluczowy zakład płonie
Nie ma pan wrażenia, że wojna zbudowała we władzach w Kijowie fałszywe przekonanie, że są już graczem „pierwszej ligi”, który nie musi liczyć się z Polską?
– Ukraińcom troszkę zawróciło w głowie od sukcesów – zaproszeń na G7 czy bycia w centrum dyskusji o bezpieczeństwie. Panuje tam przekonanie, że Polska nie jest im już do niczego niezbędna i poradzą sobie bez nas. To błąd.
– Tak jak Polska nie mogła wejść do NATO i UE bez dobrych relacji z Niemcami, tak Ukraina nie przejdzie procesów integracyjnych bez dogadania się z Polską. Polska jest dla nich kluczowym zapleczem strategicznym i logistycznym nie tylko podczas wojny, ale będzie ważna także przy przyszłej odbudowie kraju.
Pytanie, czy nasze relacje uda się poprawić na tyle, żeby stało się to wszystko możliwe. Znaleźliśmy się bowiem w miejscu, z którego naprawdę trudno będzie Ukrainie i Polsce wyjść.
– Liczę, że w najbliższych miesiącach dojdzie do uspokojenia emocji po obu stronach granicy. Trzeba jednak pamiętać, że główne przyczyny napięć między Warszawą a Kijowem pozostaną: historia, brak wrażliwości na polskie argumenty oraz tarcia związane z integracją z UE.
– Po polskiej stronie też mamy zadanie do wykonania: musimy spróbować zrozumieć, że dla przeciętnego Ukraińca pamięć o UPA nie wynika z chęci zrobienia nam na złość, ale z jej walki z Sowietami przy niewiedzy o tym, co ta organizacja robiła w latach 1943-1945. Niemniej, biorąc pod uwagę nadchodzące wyzwania, szczerze mówiąc, trudno być optymistą.
Rozmawiał Tomasz Walczak
-
Zabójstwo w Białej Podlaskiej. Siemoniak potwierdza: Sprawdzamy wątek służb rosyjskich
-
Koledzy z rady dzielnicy o lekarzu milionerze: Nie wyglądał na przepracowanego













