Justyna Kaczmarczyk, Interia: Nowy rok szkolny i, jak co roku, zmiany…
Marek Pleśniar, Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kadry Kierowniczej Oświaty (OSKKO): – Teraz jest ich tak wiele, że musieliśmy wydłużyć szkolenia przygotowawcze.
To znaczy?
– Co roku przed rozpoczęciem roku szkolnego jako OSKKO organizujemy szkolenia dla około 30 tys. dyrektorów w całym kraju. To najczęściej jeden dzień. Dwa były dotychczas w związku z pandemią i jak wybuchła wojna w Ukrainie. Teraz też musieliśmy zrobić dwa dni, ponieważ liczba – od drobnych po duże – zmian prawnych oraz nowych wytycznych z nadzoru pedagogicznego jest ogromna.
Zmieniają się na przykład zasady dotyczące budzącej spore emocje edukacji zdrowotnej. Ta staje się obowiązkowa z wydzieloną częścią dotyczącą seksualności, która pozostaje nieobowiązkowa.
– To już jest polityczno-oświatowy folklor. Mam na myśli spory ideologiczne wokół tego, czego uczyć obowiązkowo, a czego nie. Podobnie rzecz ma się z lekcjami religii, które władza próbuje na nowo poukładać w planach lekcji (lekcje religii mogą być na początku albo na końcu zajęć w danym dniu, chyba, że uczęszcza na nie cała klasa – red.), co tylko komplikuje pracę dyrektorom odpowiedzialnym za ich układanie.
A ma kto uczyć dzieci edukacji zdrowotnej?
– Dyrektorzy nie zgłaszają tu większych problemów, ale też dlatego, że rozporządzenie daje im dosyć szerokie możliwości. Za to wyzwaniem, naprawdę dużym, jest podwójne uczenie.
Co na pan na myśli?
– To jest związane z nowymi podstawami programowymi, czyli z „Kompasem jutra”. W praktyce oznacza to, że na przykład w klasach czwartych uczymy już według nowej podstawy z „Kompasu jutra”, a w klasach piątych kontynuujemy pracę na starych zasadach.
Dzieci nie uczą się podwójnie.
– Ale nauczyciel realizuje równolegle dwie podstawy programowe. Idzie do klasy 4 „a” i musi zrealizować nową podstawę, na następnej lekcji ma 5 „b” i tam realizuje starą. To jest podwójna praca. Łatwiej będą miały jedynie nauczycielki w klasach 1-3, gdzie nowa podstawa wchodzi w sposób naturalny od pierwszej klasy.
– Problem polega na tym, że prawo oświatowe jest pisane właściwie do ostatniej chwili. Na przykład nowe rozporządzenie w sprawie nadzoru pedagogicznego podpisano zaledwie 26 sierpnia, na kilka dni przed rozpoczęciem roku szkolnego. To są ważne sprawy, nie do pominięcia. Dyrektorzy musieli błyskawicznie dostosowywać swoje plany nadzoru i omawiać je z nauczycielami na radach pedagogicznych, które końcem wakacji odbywały się właśnie w całej Polsce. Wchodzi też nowa organizacja przyrody i zajęć praktyczno-technicznych.
Problem polega na tym, że prawo oświatowe jest pisane właściwie do ostatniej chwili.
Przyroda ma być interdyscyplinarna i łączyć zagadnienia z biologii, geografii, chemii i fizyki. To już kiedyś było.
– Sam kierunek zmian uważam za bardzo dobry. Jako stowarzyszenie od lat postulowaliśmy wprowadzenie nauczania zintegrowanego w starszych klasach szkoły podstawowej. Ale to wymaga inwestycji w kadrę, dobrych szkoleń.
– Obecnie z przyrodą, czy też z edukacją zdrowotną, jest tak, że do nauczania ich dopuszczono nauczycieli bardzo różnych specjalności. Przyrody może uczyć i wuefista, i chemik. Także elastyczność jest tu spora, co na pewno ułatwia zapełnienie wakatów. Ale z punktu widzenia rzetelności nauczania to już większe wyzwanie. Jak ktoś będzie chciał porządnie do tego podejść, to będzie chciał podzielić przedmiot na bloki tematyczne i rozdzielać je między różnych nauczycieli.
Mówi pan o rozdzielaniu jednego przedmiotu na bloki tematyczne, a wcześniej o wprowadzeniu zintegrowanego nauczania w starszych klasach podstawówki. Coś tu mi się tu nie klei.
– Tu chodzi przede wszystkim o przygotowanie nauczyciela. Dzisiaj kadra nie jest do takiego nauczania kształcona. Ale wiem, że to działa, bo sam mam takie doświadczenia. Jako – były już dziś – dyrektor wprowadziłem w swojej szkole system francuski, działający pod nadzorem tamtejszego ministerstwa edukacji. W małej szkole dla dzieci ekspatów całe nauczanie opierało się na pracy zaledwie dwojga nauczycieli – jedna osoba prowadziła nauczanie początkowe, a druga uczyła starsze klasy wszystkich przedmiotów. Sprawdzało się to znakomicie.
A jak dyrektorzy szkół podstawowych podchodzą do zakazu z telefonów i podobnych im urządzeń?
– Raczej z dystansem. Nikt w ministerstwie, projektując te przepisy, nie pomyślał o aspektach technicznych, ani o tym, że szkoły nie mają realnych narzędzi prawnych do egzekwowania tego zakazu. Nie określono także, ile te zmiany będą kosztować i kto za nie zapłaci.
O jakich kosztach pan mówi?
– Na przykład szafek czy pojemników na te urządzenia. Ale radzimy dyrektorom, aby nie popadali w skrajności i nie obciążali rodziców ani budżetu szkoły kosztami zakupu specjalnych depozytów. Też większość szkół już od lat ma te kwestie sprawnie uregulowane we własnych regulaminach, które wypracowano wspólnie ze społecznością szkolną i rodzicami. Zakazy korzystania z urządzeń działają w wielu placówkach od dawna.
A czy w dietę planetarną już się państwo, nomen omen, wgryźli? Bo szykują się też zmiany na stołówkach.
– To kolejny stały element programu obecnej ekipy rządzącej. Kiedy rządzili poprzednio, wprowadzili rygorystyczny zakaz używania soli i pieprzu w szkołach.
Przyznam, że z zaskoczeniem czytam komentarze do nadchodzących obecnie zmian – że bez sensu, bo dzieci warzyw nie zjedzą.
– Bo nie zjedzą.
Ale skąd wiadomo?
– Naprawdę szkoda tego jedzenia i pieniędzy na utylizację.
Widzę spore poruszenie wokół sprawy stołówek i nie mogę się nadziwić – przecież chodzi o to, żeby dzieci zdrowiej jadły.
– Też miałem takie podejście, kiedy rząd Ewy Kopacz wprowadzał poprzednie zmiany, o których wspomniałem. Bardzo się w to wkręciliśmy. Ekspertki stowarzyszenia wymyślały szkolenia, webinaria, jak przygotowywać posiłki bez soli, żeby dzieci w ogóle chciały je tknąć. Ja osobiście za świetny uznałem pomysł, żeby w dodatku zapewnić wszystkim dzieciom posiłek w szkole. Dyrektorzy szybko sprowadzili mnie na ziemię, a to są ludzie naprawdę doświadczeni. Z ich praktyki wynika, że dzieci po prostu nie chcą jeść zdrowego jedzenia, jeśli drastycznie różni się ono od tego, co jedzą w domach.
Z praktyki dyrektorów wynika, że dzieci po prostu nie chcą jeść zdrowego jedzenia, jeśli drastycznie różni się ono od tego, co jedzą w domach.
– W efekcie marnują się ogromne ilości wartościowego pożywienia. Szkoły i przedszkola muszą płacić tysiące złotych za utylizację tych odpadów, ponieważ zgodnie z przepisami nie wolno już oddawać tych resztek na przykład do chlewni. Nadregulacje bywają irytujące dla społeczeństwa. Myślę, że ostatnio to mógł być czynnik, który przelał czarę goryczy.
I…?
– …i, wraz z podobnymi pomysłami, doprowadził ówczesną ekipę rządzącą do utraty władzy.
Marchewka z groszkiem odbierają władzę?
– Ludzie nie chcą, żeby im układać życie na siłę.
A nawyków żywieniowych nie da się zmienić?
– Nie od góry na zasadzie nakazów i zakazów. To, jak się odżywiamy, zależy w dużej mierze od kapitału społecznego danej rodziny – tam, gdzie jest on wysoki, zdrowe nawyki są naturalnie rozumiane.
– I chcę podkreślić: mamy naprawdę dobre stołówki. Obecnie szkolne czy przedszkolne jadłospisy są rygorystycznie kontrolowane przez sanepid pod kątem obecności składników odżywczych i witamin, a za wszelkie uchybienia dyrektorom grożą kary. Polska szkoła żywi dobrze, podobnie jak dobrze uczy. Nadmiar biurokracji w tym obszarze stworzy jedynie niepotrzebne problemy. Zderzenie się z oświatową biurokracją to też jedna w większych trudności dla młodych nauczycieli.
Co jeszcze? Bo coś na pewno, skoro – jak pan mówił – w Polsce zaledwie 4 proc. nauczycieli stanowią osoby poniżej 30. roku życia.
– Młodzi nie przychodzą do szkół z bardzo konkretnych powodów. Przede wszystkim chodzi o zarobki. Nauczyciel rozpoczynający pracę na pełnym etacie otrzymuje na rękę około 3,9-4,4 tys. zł netto.
– Kiedy taki młody człowiek przychodzi do mnie pytać o pracę, muszę mu uczciwie powiedzieć, że po 25 latach pracy jego pensja wzrośnie do około 6 tys. zł netto. Obiecuję mu zatem perspektywę niespełna sześciu tysięcy na rękę po ćwierć wieku. Oczywiście przy nadgodzinach, wychowawstwie i dodatkach może zbliżyć się do siedmiu tysięcy, ale to wciąż jest cała jego ścieżka kariery zawodowej. Druga sprawa, młodym nauczycielom jest trudno.
Tylko młodym?
– Młodym dlatego, że nie są uczeni do bycia wychowawcami. Pierwsze lata pracy w szkole są wyzwaniem właśnie z powodu dzieci. Potem dochodzi kontakt z rodzicami i wspomniana biurokracja szkolna. Ale to początki.
– Ogólnie nauczyciele w badaniach statystycznych właściwie w ogóle nie narzekają na pracę z dziećmi. Badania z Pomorza sprzed lat również to pokazały: dzieci lubią szkołę i swoich nauczycieli, a nauczyciele lubią dzieci. Problemem są zarobki i system.
Rozmawiała Justyna Kaczmarczyk.
(justyna.kaczmarczyk@firma.interia.pl)
-
Nietypowe ogłoszenie o pracę hitem chińskiego internetu. Setki chętnych
-
Rodzice chcą dla swoich dzieci szkoły, której nie da się stworzyć. „Zbyt wygórowane oczekiwania”













