Trzy lata temu, w kampanii wyborczej, niewiele komitetów potraktowało naukę i szkolnictwo wyższe poważnie. Jeden z najbardziej rozbudowanych i konkretnych pakietów obietnic dla żaków i nauczycieli akademickich przedstawiła Nowa Lewica: „Stypendium 1000 zł dla studenta. Studia dostępne dla wszystkich. Zamożność rodziny nie może być przeszkodą w rozpoczęciu i zakończeniu studiów”.
Dalej czytamy o rządowym programie, który miał zaspokoić potrzeby mieszkaniowe studentów przez budowę i modernizację akademików do dobrego standardu, ze stołówkami, obiektami sportowymi i bibliotekami.
Kilka akapitów niżej Lewica zapowiadała „skokowy wzrost wynagrodzeń na uczelniach” – by powstrzymać odpływ kadry – i deklarowała: „Zadbamy o należytą ochronę i wsparcie dla kobiet na uczelniach”.
Dziś aż nadto wyraźnie widać, jak bardzo te obietnice rozminęły się z rzeczywistością po blisko trzech latach rządu Donalda Tuska, w którym kierowanie Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego przypadło partii Włodzimierza Czarzastego. Polska uczelnia przypomina garnek z żabą: woda nagrzewa się powoli, ale nieustannie, zarówno dla studentów, jak i dla wykładowców, którym zaczyna brakować sił.
Akademik dla wybranych
Wyobraźmy sobie 19-latkę z małego miasta na Podkarpaciu. Dostała się na wymarzony kierunek w Warszawie albo w Krakowie. Jej rodzice pracują za niewiele więcej niż płaca minimalna. W akademiku miejsca nie ma.
W całej Polsce na jedno miejsce w domu studenckim przypada dziś około 12 studentów, a w Warszawie, według szacunków, nawet 17.
Zostaje prywatny rynek. Tam czeka na nią pokój za 1300 do 1400 zł miesięcznie (tyle wynoszą dziś średnie stawki w stolicy), do tego kaucja i prowizja. Albo „mikrokawalerka”, czyli maleńki lokal użytkowy, którym deweloperzy latami obchodzili przepisy o minimalnej powierzchni mieszkań. Albo pokój wydzielony z salonu cienką ścianką, który ogłoszenie z wdziękiem nazywa „przytulnym”.
Na ten sam rynek najmu trafiają młodzi pracownicy z całego kraju i z zagranicy, bo to duże miasta przyciągają pracę. Nie ma w tym ich winy. Wszyscy szukają dachu nad głową w tych samych dzielnicach, a dostępnych mieszkań od lat jest za mało.
Nasza 19-latka tej licytacji nie wygra. Na studia w Warszawie czy Krakowie zwyczajnie nie będzie jej stać. Wybierze uczelnię bliżej domu albo pracę zamiast studiów. Nikt nie odnotuje tego w statystykach jako porażki państwa ani jako utraty talentu, w który to samo państwo inwestowało od przedszkola aż do matury.
Rządzący są w tej sprawie rozbrajająco szczerzy. Rok temu Marcin Kulasek, minister nauki i szkolnictwa wyższego, przyznał w RMF FM:
„W moim idealnym świecie ja chciałbym, żeby akademiki były za złotówkę, no ale wiemy, że to nie jest do końca możliwe w obecnej sytuacji z obecnym deficytem budżetowym”.
Owszem, w tym roku Bank Gospodarstwa Krajowego podpisał 14 umów na budowę lub modernizację domów studenckich, obejmujących blisko 3,3 tys. miejsc. Tyle że w ciągu dwóch poprzednich lat liczba miejsc w akademikach spadła o prawie 5 tys., a studentów przybyło. Z obiecanym rządowym programem ma to niewiele wspólnego.
Żaba, która wyskoczyła
Po drugiej stronie katedry dzieje się coś równie niepokojącego. We wrześniu Ośrodek Przetwarzania Informacji opublikował przygotowany na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego raport o wypaleniu zawodowym kadry akademickiej.
Najmocniej zapada w pamięć wypowiedź jednego z profesorów biorących udział w badaniu. Zapowiada, że w ciągu tygodnia złoży wypowiedzenie, a ostatnie lata na uczelni nazywa „gotowaniem żaby”: absurdalna „punktoza”, coraz więcej biurokracji, coraz słabiej przygotowani studenci. Cieszy się, że zdążył wyskoczyć z garnka, zanim było za późno.
Nie jest wyjątkiem. Pewna nauczycielka akademicka opowiada o „mnóstwie nikomu niepotrzebnej, zbędnej pracy” przy tabelkach i sprawozdaniach.
Ktoś inny pracuje w domu albo w bibliotece, bo w instytucie nie ma dla niego biurka, a kto nie ma zewnętrznego grantu, ten nie ma komputera. Młody doktor mówi wprost, że z pasji się nie wyżywi i nie spłaci kredytu, skoro absolwent w pierwszej lepszej korporacji czy urzędzie marszałkowskim zarobi więcej.
Potwierdzają to liczby z tego samego raportu. Trzech na czterech badanych regularnie pracuje w czasie wolnym. Prawie co piąty chce zmienić pracę w ciągu roku, a najczęściej nie myśli o innej uczelni, lecz o odejściu z nauki w ogóle. W tej grupie dominują doktorzy.
Objawy wypalenia częściej zgłaszają kobiety i osoby opiekujące się bliskimi, czyli ci, na których ma się opierać przyszłość polskich uniwersytetów. To właśnie kobietom na uczelniach szczególną ochronę obiecywała w programie wyborczym Nowa Lewica, która dziś kieruje resortem nauki.
Ostatnia prosta i ostatni dzwonek
Za rok o tej porze kampania wyborcza do Sejmu wejdzie na ostatnią prostą, a Koalicja 15 Października będzie musiała rozliczyć się z obietnic. Studenci i naukowczynie mogą wtedy poczuć się zwyczajnie oszukani.
W budżecie na 2026 rok na naukę i szkolnictwo wyższe zaplanowano nieco ponad 1 proc. PKB, podobnie jak za rządów PiS. Łączne nakłady na badania i rozwój spadły według GUS z 1,56 proc. PKB w 2023 roku do 1,41 proc. w 2024 roku, przy średniej unijnej wynoszącej ok. 2,2 proc.
Po 30-procentowej podwyżce minimalnych stawek w 2024 roku skok płacowy się skończył. Minimalna pensja zasadnicza asystenta przewyższa dziś najniższą krajową zaledwie o 19 złotych. W tym samym budżecie na obronność zapisano ponad 200 mld zł, czyli 4,81 proc. PKB. Potrzeby zbrojeń nikt rozsądny dziś nie podważa. Tyle że o bezpieczeństwie kraju decydują również laboratoria i sale wykładowe.
To przestroga dla Nowej Lewicy. Partia, która słusznie wytykała PiS ubożenie uniwersytetów, dziś utrzymuje finansowanie nauki na poziomie poprzedników. Zmienił się głównie ton. Zamiast ministra wojującego z „ideologią” mamy ministra, który z empatią rozkłada ręce i mówi o braku pieniędzy.
Bez lawinowego wzrostu nakładów na naukę, pensji powiązanych z przeciętnym wynagrodzeniem i prawdziwego programu budowy akademików zostanie tylko przekonanie, że Lewica w ministerstwie niewiele różniła się od PiS. Żabie w garnku jest zresztą obojętne, kto podkręca gaz.
Żaba w garnku nie protestuje. Wyborcy akademiccy mogą to zrobić za rok, przy urnach.
Bartosz Rydliński


