Niedawna niezapowiedziana wizyta w Moskwie Johna Ratcliffe’a, szefa CIA, natychmiast wywołała skojarzenia z listopadem 2021 roku, gdy jego poprzednik William Burns przestrzegał Rosję przed inwazją na Ukrainę. Czy obecna wizyta oznacza, że grozi nam kolejna wojna lub poważna eskalacja tej obecnej? 

Anna Maria Dyner: Na pewno wizyta była czymś niestandardowym, specjalnym. Wbrew temu, co Donald Trump powiedział w wywiadzie dla ABC News, że była „półrutynowa”. Różnica względem wizyty Burnsa polega na tym, że obecny szef CIA nie rozmawiał z Władimirem Putinem. Spotkał się wyłącznie z Siergiejem Naryszkinem, szefem Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej. 

Możemy tylko spekulować, o czym rozmawiali. „Eskalacja”, przed którą Racliffe mógł ostrzegać Rosjanina, może być rozumiana dwojako: jako eskalacja wobec Ukrainy, na przykład poprzez rozpoczęcie szerzej zakrojonych działań lub otwarcie nowej linii frontu, albo jako eskalacja wobec państw NATO, zwłaszcza wschodniej flanki i przede wszystkim państw bałtyckich. Na to drugie mogły wskazywać ostatnie ćwiczenia lotnicze Sojuszu. W spekulacjach medialnych o możliwych tematach rozmowy przewijał się też wątek amerykańskiej wojny z Iranem, na który Kreml ma pewien wpływ. 

Mam jednak wrażenie, że wszystkie te sprawy mogą być ze sobą powiązane. Nawet jeśli Ukraina była głównym tematem rozmowy, mogło przy okazji paść ostrzeżenie, żeby Rosja nie robiła niczego głupiego wobec państw NATO. Niewykluczone też, że chodziło o propozycję pewnego rodzaju układu: jeśli Rosjanie zgodzą się na coś w sprawie Iranu, Stany Zjednoczone zgodzą się na coś w sprawie Ukrainy.

Gdyby chodziło głównie o ostrzeżenie przed próbą poważniejszego ataku na państwa NATO, to coś, co mogłoby się przerodzić w poważniejszą wojnę, wymagałoby przygotowań. Koncentracji sił. Tak jak w 2021 roku. Wtedy kiedy Burns odwiedzał Moskwę, to od pół roku cały świat wiedział o gromadzeniu przez Rosję wojska na granicy z Ukrainą. Dzisiaj coś podobnego widać? 

Nie. Nie widzimy koncentracji sił w Leningradzkim Okręgu Wojskowym, przylegającym do granicy z państwami bałtyckimi. Nie ma też żadnych danych o przerzucie istotniejszych sił na Białoruś. Z informacji jawnych nie wynika więc, by Rosja przygotowywała się do jakiejś nowej dużej operacji. 

Eskalacja wobec państw NATO nie musi jednak mieć charakteru konwencjonalnej wojny. To mogą być kolejne „zielone ludziki”, kolejne drony albo kolejne ataki na infrastrukturę krytyczną na Bałtyku. Takie działania – nazwijmy je roboczo „hybrydą plus” – nie wymagają koncentracji dużych sił i środków. 

Przyjmując wariant maksymalny mogący wywoływać najwięcej obaw, czyli próbę konwencjonalnego uderzenia na państwa NATO, to abstrahując od tego, że teraz nie widzimy koniecznych przygotowań, to czy Rosja w ogóle ma na coś takiego dość sił? Kiedy jest uwikłana w wyczerpującą wojnę z Ukrainą? 

Gdyby chodziło o działanie na niewielką skalę, prawdopodobnie tak. Czyli coś na poziomie batalionu lub najwyżej brygady. Kilkaset ludzi, maksymalnie – kilka tysięcy. Jakieś ograniczone wtargnięcie przez granicę wspomnianych „zielonych ludzików” albo nawet pełnoprawnych żołnierzy pod sfingowanym pretekstem. Można wyobrazić sobie na przykład oddział, który przedziera się na przygraniczne terytorium państwa NATO pod pretekstem ratowania ludzi po katastrofie śmigłowca. 

Można też wyobrazić sobie atak z powietrza. Dronowy albo rakietowy, oficjalnie oczywiście „omyłkowy”, na bazy NATO rozmieszczone w państwach bałtyckich. Mam nadzieję, że po lekcjach z wojny w Ukrainie i po niedawnych ćwiczeniach sojuszniczych te obiekty są dobrze chronione przed takim atakiem. 

Tak czy inaczej, chodziłoby o przetestowanie mechanizmów sojuszniczych. Czy i jaka będzie reakcja. Moskwa nie mogłaby mieć jednak pewności, czy taki w zamierzeniu ograniczony konflikt nie przerodzi się w coś znacznie poważniejszego. Bo co jeśli państwa sojusznicze okażą się zdeterminowane? Natychmiast zareagują na wtargnięcie, zaatakują obwód królewiecki i zneutralizują stacjonujące tam siły? Zrobią to samo z całą Flotą Bałtycką? Nie wydaje mi się, żeby Rosjanie mogli mieć pewność, iż nic takiego się nie stanie. Natomiast im mniej jej mają, tym lepiej dla nas. 

Tym bardziej że Rosja raczej nie ma zdolności, zwłaszcza jeśli chodzi o siły lądowe, do działania jednocześnie na dwóch frontach: jednym pełnoskalowym w Ukrainie i drugim, nawet ograniczonym na kierunku NATO. 

Czyli w takim ograniczonym incydencie nie chodziłoby o zajęcie jakiegoś terenu czy zniszczenie jakiejś bazy, ale służyłby on sprawdzeniu spójności i gotowości NATO do reakcji? Bo jeśli jej nie będzie, to sojusz okazuje się wydmuszką i Rosja odnosi wielkie zwycięstwo małym wysiłkiem? 

Tak, to byłby test mechanizmów sojuszniczych. Dlatego istotne jest, że Rosjanie najwyraźniej otrzymują sygnał: widzimy, że coś knujecie, i jesteśmy gotowi bronić naszego terytorium. Niezależnie od tego, czy Rosja rzeczywiście planuje przeprowadzić jakieś działania hybrydowe, to przestrzeżenie jej, aby nawet o tym nie myślała, jest dobrą rzeczą. Pokazuje, że Sojusz „widzi, wie i pozostaje czujny”.

Kreml zabrał się za odstrzeliwanie co popularniejszych kandydatów na deputowanych do Dumy, już nie tych z opozycji szczerej, lecz „systemowej”, którą sam karmi z ręki i trzyma na krótkiej smyczy – pisze na Wyborcza.pl Wacław Radziwinowicz.

Możemy na tej podstawie optymistycznie zakładać, że NATO ma ciągle dobry wgląd w zamiary Kremla? Tak samo, jak miał w 2021 roku, choć wówczas wielu polityków wolało nie wierzyć w to, co mówił wywiad? 

Wydaje mi się, że tak i że Rosjanie mają tego świadomość. Codziennym dowodem na zdolności wywiadowcze państw Sojuszu jest między innymi to, jak bolesne dla Federacji Rosyjskiej są ukraińskie uderzenia dalekiego zasięgu. Ukraina przecież nie ma własnych zdolności rozpoznawczych na takim poziomie. Nie jest wielką tajemnicą, że w tym zakresie korzysta z wydatnego wsparcia państw NATO, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. 

Zakładając, że Rosjanie rzeczywiście wszystko to wiedzą to, czy interpretują tę rzeczywistość tak samo jak my? Inwazja w 2022 roku z naszej perspektywy była nielogiczną głupotą, ale Kreml patrzył na tę samą rzeczywistość inaczej i podjął decyzję o ataku. Czy teraz też możemy popełnić ten sam błąd? Założymy, że Kreml nie zrobi czegoś, bo to nie ma sensu, ale to tylko z naszej perspektywy tak będzie wyglądać? 

Tu owszem w grę wchodzi inna logika – ta rosyjska. Wojnę przeciwko Ukrainie da się przy jej pomocy wyjaśnić jako mającą sens. Choć z naszej perspektywy była ona całkowicie niepotrzebna i błędna. To inny sposób myślenia, nacjonalistyczno-imperialny, który jest obecnie mocno zakorzeniony w Rosji. Podejrzewam jednak, że gdyby Putin wiedział, jak rozwinie się sytuacja, nie zdecydowałby się na taki ruch. Prawdopodobnie liczył, że może nie będzie to operacja trzydniowa, ale na przykład trzytygodniowa albo trzymiesięczna. Że zakończy się sukcesem, zmianą władz w Ukrainie i ponownym podporządkowaniem tego państwa Rosji. Nie posłuchał na przykład Naryszkina, który w zasadzie jako jedyny odradzał wyprawę na Kijów i z którym teraz spotykał się szef CIA.

Mając świeże doświadczenie tego rodzaju, Kreml będzie próbował drugi raz podobnego ryzykownego zagrania, narażając się na poważny konflikt tym razem nie z Ukrainą, ale z NATO?

Wydaje mi się, że tak na 90 procent jest to bezsensowne też z punktu widzenia Rosjan. Jednak zawsze pozostaje te 10 procent, że zrobią coś, co wydaje nam się po prostu głupie. Co wcale nie jest takim małym prawdopodobieństwem. Jednak jest ewidentne, że Rosjanie otrzymali sygnał ze strony NATO, iż Sojusz nie będzie biernie przyglądał się ich działaniom. Muszą to uwzględniać w swoich kalkulacjach i być świadomi, że nawet jeśli coś, co zaplanują jako drobną eskalację, to może ona szybko przerodzić się w konflikt o szerszej skali i poważniejszych reperkusjach. Tym bardziej że NATO to jednak inna kategoria przeciwnika niż Ukraina, przy całym szacunku dla Ukraińców. Zwłaszcza w powietrzu i na morzach.

Czy Rosjanie rzeczywiście tak to NATO postrzegają? Czy choćby te niedawne niezapowiedziane duże ćwiczenia lotnicze Sojuszu nad Polską albo nasze zbrojenia i wielkie defilady, są czymś, co ich odstrasza? Zauważają to? 

Oczywiście. Bardzo dobrze, że takie wojskowo-polityczne sygnały są wysyłane Rosjanom. Oni nakładają na nas swoje klisze: jeśli oni ćwiczą, to ćwiczą po to, by coś pokazać. Dlatego zakładają, że my również ćwiczymy, aby zademonstrować zdolność do zaatakowania ich. 

Natomiast gdyby polskie zbrojenia nie miały znaczenia, to Rosjanie nie zwracaliby na nie uwagi. Tymczasem po defiladzie Wojska Polskiego 15 sierpnia rosyjska telewizja przez trzy dni poruszała ten temat w głównych wydaniach wiadomości. W dniu defilady komentatorzy mówili wprost, że była największa w historii Wojska Polskiego i pokazywano szeroko nowoczesny sprzęt w Warszawie: F-35, Abramsy i śmigłowce. Ton zdecydowanie nie był szyderczy. Inaczej niż w poprzednich latach. Główne wydanie wiadomości ogląda istotna część rosyjskiego społeczeństwa. Ten przekaz trafił do znacznej części opinii publicznej.

Jaką rolę w kalkulacjach Kremla odgrywa zdanie tejże opinii publicznej? Czy ewentualne bezpośrednie zadarcie z NATO albo eskalacja wojny z Ukrainą, mogą być kolejną klasyczną próbą odwrócenia uwagi społeczeństwa od problemów w państwie? 

Nie do końca. Eskalacja wobec Ukrainy wymagałaby kolejnej przynajmniej częściowej mobilizacji. Dekret o mobilizacji z 2022 roku nadal obowiązuje, ale nie spodziewałabym się, by rosyjskie władze zdecydowały się na jej przeprowadzenie zupełnie otwarcie. Na pewno nie chciałyby nazywać tego powszechną mobilizacją, bo byłoby to przyznanie się do porażki dotychczasowej polityki. 

Natomiast próba destabilizowania sytuacji na granicy z NATO, jak już mówiliśmy, wiązałaby się z poważnym ryzykiem eskalacji i otrzymania bolesnych ciosów. Rosyjskie społeczeństwo nie jest aż tak oderwane od rzeczywistości, żeby entuzjastycznie przyjęło kolejny poważny konflikt, kiedy już ten trwający obecnie wiąże się z ogromnymi problemami, kosztami i nie widać jego końca. 

Czy można więc przyjąć odwrotne założenie? Że to obawy o utrzymanie wewnętrznej stabilności mogą ograniczać chęć Kremla do eskalacji?

Moim zdaniem istnieje taka ewentualność. Widać to także w kontekście wyborów do Dumy, które odbędą się za niecały miesiąc. Formalne wyniki są oczywiście już rozpisane, ale te liczby są tylko dla publiki. Rosyjskie władze mają wgląd w te realne rezultaty oraz sondaże i one służą właśnie jako narzędzie oceny prawdziwych nastrojów społecznych. Moim zdaniem dlatego partia Jabłoko została wykluczona z wyścigu wyborczego. Gdyby rzeczywiście miała 3-3,5 procent poparcia, tak jak w oficjalnych sondażach, nikt nie przejmowałby się jej startem. Skoro jednak się przejęto, oznacza to, że jej poparcie musiało być znacznie wyższe. Jabłoko to natomiast jedyna partia, na którą Rosjanin mógłby zagłosować, chcąc wyrazić sprzeciw wobec władzy i wojny. 

Jeśli założymy, że rzeczywiście ta partia mogła realnie dostać dużo głosów, jest to czytelny sygnał nastrojów antywojennych w rosyjskim społeczeństwie. Rosyjskie władze, znające historię tego państwa, zwłaszcza XX wieku, nie powinny takich sygnałów lekceważyć. Otwarcie drugiego frontu mogłoby wymagać szeroko zakrojonej mobilizacji i w konsekwencji wywołać nastroje buntownicze w społeczeństwie. Wojny wszczynane z obietnicą szybkiego zwycięstwa łatwo mogą skończyć się równie szybką destabilizacją państwa.

Anna Maria Dyner – analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, koordynatorka programu Bezpieczeństwo Międzynarodowe. Specjalizuje się w rosyjskiej polityce bezpieczeństwa, roli Rosji na obszarze postsowieckim oraz polityce wewnętrznej oraz zagranicznej Białorusi.

Udział