
Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda chce wprowadzić limit wynagrodzeń dla lekarzy pracujących na kontraktach – 240 zł za godzinę pracy. To dobra propozycja?
Andrzej Sośnierz: Tak naprawdę nie wiadomo, jaki jest merytoryczny cel tej obniżki, kto ma na tym zyskać, a kto stracić. Zagrano na argumencie, który ludzi zawsze najbardziej denerwuje: „ten zarabia za dużo, to mu zabierzemy”. To populistyczne uproszczenie, które pacjentowi nic nie da, a zaspokaja jedynie najniższe instynkty.
Może to jednak ostudzi zapędy lekarzy-milionerów.
Nie sądzę. Polacy potrafią świetnie obchodzić przepisy. Dopóki w systemie będą krążyć duże i łatwe pieniądze za konkretne rzeczy, dopóty ktoś po nie sięgnie – taką, czy inną metodą. Szkoda, że minister nie ma pomysłu, jak usprawnić leczenie pacjentów.
Nie ma tygodnia, byśmy nie dowiadywali się o kolejnych rekordzistach w służbie zdrowia. Okazuje się, że Dawid Kacprzyk, główny bohater afery w Szpitalu Południowym w Warszawie, który zainkasował w rok 1,6 mln zł, nie zarabiał najwięcej. Są medycy, np. w Wielkopolsce, którzy zarabiają nawet dwa miliony rocznie. Dlaczego tak wysokie płace w ogóle stały się możliwe?
To złożona sprawa i resort zdrowia powinien się tym zająć w pierwszej kolejności. Wycena procedur medycznych w Polsce to jeden wielki chaos. Kolejni ministrowie – poprzez swoje urzędnicze decyzje – ustalali absurdalnie wysokie stawki dla wąskiej grupy procedur. Wysoko wycenione świadczenia stały się łakomym kąskiem. Szpitale kusiły wysokimi zarobkami lekarzy, byleby drogie procedury wykonywali właśnie u nich.
Winny jest ten, kto te stawki tak głupio skalkulował.
Tyle że ten problem nie narodził się wczoraj. Wadliwa wycena procedur to przewlekła choroba naszego systemu i nic z tym nie robiły poprzednie ekipy rządzące.
Oczywiście, to bardzo stary grzech, dlatego nikt nie bierze za to odpowiedzialności. Nikt się tym nie przejmował, dopóki NFZ-owi nie zaczęło brakować pieniędzy na wszystko. Jeśli ceny usług medycznych ustala odgórnie urzędnik państwowy w Warszawie, to zawsze znajdzie się grupa lobbystów, która tak temu urzędnikowi namiesza w głowie, by wybić stawkę dla swojej specjalizacji pod sufit. Zatem z jednej strony część procedur jest drastycznie przeszacowana, a z drugiej – cała masa podstawowych świadczeń jest wyceniona rażąco za nisko.
W efekcie szpitale generują na nich straty i nikt nie chce ich wykonywać. To bezpośrednia konsekwencja monopolu i centralizacji.
Kasy Chorych, które zastąpił NFZ, działały lepiej?













