
W ocenie analityka pojawiające się w przestrzeni publicznej twierdzenia i analizy, że wojna z Iranem to tak naprawdę element strategii USA, wymierzonej w Chiny, nie mają oparcia w rzeczywistości. Chodzi o sugestie, że Donald Trump w ten sposób chce zlikwidować ostatniego zadeklarowanego przeciwnika USA na Bliskim Wschodzie, jakim jest Iran, aby móc wycofać się z regionu i skupić uwolniony potencjał na Chinach oraz Pacyfiku.
USA pomagają chińskiej narracji
– W tabeli zysków i strat, wynikających z tej wojny, z chińskiej perspektywy nadal wyraźnie przeważają te pierwsze. Chodzi głównie o dalsze obnażanie polityki Trumpa jako chaotycznej i destruktywnej. Daje to paliwo chińskiej dyplomacji i propagandzie, które niezmiennie rysują swoje państwo jako ostoję przewidywalności i stabilnego gracza na arenie międzynarodowej – mówi Marcin Przychodniak.
Pekin od dekad uważa Waszyngton za niebezpiecznego hegemona, który wykorzystując swoją siłę gospodarczą i militarną, zmusza innych do robienia tego, co korzystne dla USA. Chiny starają się temu przeciwstawić i proponują „wielobiegunowość”, czyli świat, w którym nie ma jednego dominującego państwa. W praktyce oznacza to istnienie kilku mocarstw o podobnie dużych możliwościach, które będą narzucać swoją wolę innym. W tym gronie znajdzie się też USA, ale osłabione.
To, co robi aktualnie Trump, wpływając na globalną gospodarkę, daje Chińczykom amunicję do przekonywania o słuszności swojej wizji. – Pozwala na przykład robić pozytywne wrażenie na krajach Azji Południowo-Wschodniej, mocno dotkniętych przez skutki zaburzenia dostaw surowców, poprzez granie roli stabilnego partnera, który w momencie kryzysu wyciąga pomocną dłoń. Taka retoryka już jak najbardziej jest, choć faktycznych działań na razie nie widać – ocenia Przychodniak.
Chińczycy z wielką chęcią osłabią wpływy USA w tym regionie, który Waszyngton od lat starał się przeciągnąć na swoją stronę. Ponadto z ich perspektywy, ta wojna jest też przykładem zużycia potencjału militarnego przez USA. – Zwłaszcza amunicji precyzyjnej, w produkcji której dużą rolę odgrywają chińskie surowce – mówi ekspert. I dodaje: – Pekin ma więc poczucie, że obecna sytuacja zwiększa jego możliwości do zarządzania relacjami z USA z korzyścią dla siebie.
W opinii Przychodniaka to właśnie te relacje są niezmiennie najważniejszym elementem polityki zagranicznej Chin. – Chińczycy są przekonani, że mogą wygrywać spięcia z Amerykanami, a konkretniej z Trumpem. Tak samo jak – z perspektywy chińskiej – wygrali starcie o cła, będąc jedynym państwem, które zdecydowanie postawiło się USA i de facto zmusiło je do cofnięcia się – mówi ekspert.
Po stronie kosztów
Oczywiście koszty trwającej wojny w Zatoce Perskiej też są. Tak gospodarcze, jak i polityczne. – Te pierwsze są odczuwalne, choć nie w takim stopniu, by skłonić Chiny do jakiejś zdecydowanej reakcji. Iran był istotnym źródłem surowców, ale nie kluczowym – mówi Przychodniak. Kraj ten odpowiadał między innymi za maksymalnie kilkanaście procent chińskiego importu ropy. Większym problemem jest zablokowanie cieśniny Ormuz, bo ogólnie z Zatoki Perskiej Chiny sprowadzały około połowy importowanych strategicznych surowców jak ropa, gaz skroplony czy nafta.
– Chiński rząd aktywnie stara się ograniczać wpływ wojny na gospodarkę. Ma ku temu narzędzia i środki. Na przykład ceny paliw są w Chinach regulowane przez państwo, które z tego rozwiązania aktualnie korzysta, choć nie jest w stanie całkowicie zniwelować skutków tego, co się dzieje. Ceny wyraźnie wzrosły, ale to nadal nie jest sytuacja wymagająca podejmowania radykalnych kroków – mówi analityk. Zastrzega jednak, że tak jest na razie. Tak jak właściwie cały świat, Chińczycy mają nadzieję, że sytuacja się unormuje w perspektywie kilku tygodniu. – Jeśli nie, to problemy będą narastać i kalkulacje mogą się zmienić – stwierdza Przychodniak.
– Najważniejsze jest moim zdaniem to, że na razie Chińczycy nie mają problemów, które zmuszałyby ich do zmiany strategii gospodarczej i długofalowych planów rozwojowych. Nie mają też problemów, które skłoniłyby ich do wykonania jakiegoś ruchu, który mógłby zaszkodzić temu, co jest dla Chin priorytetem, czyli relacjom z USA – mówi Przychodniak. Tak więc: żadnych gwałtownych ruchów. Na razie.
Strategiczny partner pod bombami
Kosztem dla Chin jest też to, że na tej wojnie ucierpiał trochę ich wizerunek. – Iran był ich strategicznym partnerem, a współpraca z nim jednym z ważnych przykładów aktywności ChRL na arenie międzynarodowej – opisuje analityk, według którego Pekin traktował Teheran jako istotnego partnera regionalnego. – Głównie z powodu jego antyamerykańskości, a w tym kontekście potencjału do destabilizacji regionu. Oba państwa łączy ideologiczna niezgodna na to, jaką rolę USA odgrywają obecnie na świecie – mówi Przychodniak. – Nie przeszkadzało to jednak Chińczykom utrzymywać relacji z innymi państwami regionu, które w ostatnich latach nabrały specjalnego znaczenia: Arabią Saudyjską, ZEA czy Katarem. Dla Chińczyków kluczowa jest współpraca gospodarcza, zwłaszcza w branżach nowoczesnych technologii, a w tej kwestii Iran miał niewiele do zaoferowania – dodaje.
Koniec końców, żadnej konkretnej i wyrazistej pomocy Irańczycy od Chin nie dostali w obliczu ataku ze strony Amerykanów i Izraelczyków. Prawdopodobnie poza skrytym wsparciem w postaci dostępu do zdjęć satelitarnych, pomagających Irańczykom planować swoje ataki rakietowe i dronowe oraz pomocy w zakresie łączności czy dostaw produktów podwójnego zastosowania. Na przykład materiałów wykorzystywanych do produkcji paliwa rakietowego. – Tego rodzaju relacje z Chinami to jednak jest coś bardziej skomplikowanego i ich partnerzy o tym wiedzą. Ani Iran, ani wcześniej Wenezuela nie mogły mieć złudzeń, że Chińczycy staną zbrojnie w ich obronie, czy będą słali im statki z bronią. Chiny nie angażują się w sojusze, w zachodnim rozumieniu tego słowa – tłumaczy analityk.
Chodzi o dwa czynniki. Po pierwsze w ocenie eksperta Chińczycy są świadomi swoich ograniczonych możliwości. Jak mówi Przychodniak ich siły zbrojne nie są w stanie działać w taki sposób jak amerykańskie. Między innymi po to prowadzą szeroki proces ich modernizacji, aby w długiej perspektywie uzyskać większe możliwości operowania poza swoimi granicami. – Jednak wymaga to jeszcze doświadczenia oraz zmiany mentalności i decyzyjności politycznej. Tego im brakuje. To nie tak, że Chińczycy są z natury gołąbkami pokoju, ale po prostu w erze nowoczesnej nie używali swojej siły w skali globalnej do obrony własnych interesów, tak jak już od wielu dekad robią to Amerykanie – mówi analityk. Dlatego na razie Chińczycy uciekają się głównie do dyplomacji.
Ponadto zdaniem eksperta Chińczycy inaczej rozumieją samą koncepcję sojuszu. Nie jako związanie się militarnym traktatem obronnym, ale w sposób selektywny. – Jako współpracę w ramach wspólnego celu, tak jak choćby w ramach ich relacji z Rosją, pełną sprzeczności i braku zaufania, ale jednak kontynuowaną i rozwijaną ze względu na nadrzędny interes rywalizacji z USA – tłumaczy.
Zarządzanie relacją z Trumpem
W ocenie Przychodniaka wojna nie zmieniła też w żaden sposób tego, jak Chińczycy zapatrują się na Tajwan i kwestię tego, co nazywają „zjednoczeniem ze zbuntowaną prowincją”. Ani w kwestii oceny skłonności USA do użycia siły do jego obrony, ani jeśli chodzi o ocenę zdolności do obrony Tajwanu przed znacznie silniejszym przeciwnikiem. – Na pewno to jakiś kolejny element szacowania ryzyka, ale nie taki o kluczowym znaczeniu. Dla Pekinu podstawą oceny polityki USA, zarówno w kontekście relacji dwustronnych, jak i wsparcia dla Tajwanu jest postrzeganie rywalizacji jako elementu stałego – uważa analityk. Kluczowa jest świadomość sprzeczności interesów obu mocarstw. – Co nie oznacza jednak, że nie można zarządzać relacjami z USA na własną korzyść – zastrzega.
Dla Chińczyków istotne jest to, co obecna administracja pisze w swoich dokumentach strategicznych, które opublikowano w minionym roku (zwłaszcza Strategia Bezpieczeństwa Narodowego). – W ocenie ChRL zawarte w nich treści dotyczące Azji, rywalizacji z Chinami i współpracy z Tajwanem są w mniejszości, na przykład w porównaniu do krytyki UE. W połączeniu z chaotyczną polityką USA i niejednoznacznym podejściem do sojuszników azjatyckich, takich jak Australia, Filipiny, Korea Południowa i Japonia, daje to władzom chińskim powód do pozytywnego postrzegania możliwości konkretnych rozmów z USA na temat Tajwanu, czy stabilizacji relacji dwustronnych – uważa Przychodniak.
Mają ich w tym utwierdzać przygotowania i rozmowy dotyczące planowanej na maj wizyty Trumpa w Chinach oraz późniejszej rewizyty Xi Jinpinga w Waszyngtonie. W ocenie Chińczyków prezydent USA bardzo potrzebuje tego bezpośredniego kontaktu i relacji, co stwarza kolejne możliwości zadbania o chińskie interesy. – Konsekwencje wojny z Iranem to dodatkowy element, który będą chcieli wykorzystać w bezpośrednich rozmowach – podsumowuje Marcin Przychodniak.












