
-
Według raportu przygotowanego dla Konwencji o ochronie wędrownych gatunków dzikich zwierząt populacje wędrownych ryb słodkowodnych spadły globalnie o 81 proc. od 1970 roku.
-
Raport wskazuje pięć głównych presji na migracyjne ryby: utratę łączności rzek, zmianę przepływów, degradację siedlisk, nadmierne odłowy i zanieczyszczenie oraz skutki zmian klimatu.
-
Autorzy raportu proponują wspólny monitoring, uzgadnianie zasad połowów, ochronę korytarzy migracyjnych i skoordynowane zarządzanie przez państwa dla ratowania gatunków.
-
Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Pod powierzchnią rzek rozgrywa się jeden z największych spektakli przyrody, choć zwykle pozostaje niezauważony. Łososie, jesiotry, sumy, węgorze i dziesiątki innych gatunków przemierzają setki, a czasem tysiące kilometrów między tarliskami, żerowiskami i terenami, na których dorastają.
Nowa globalna ocena stanu populacji migracyjnych ryb słodkowodnych nie zostawia złudzeń. Według raportu populacje wędrownych ryb słodkowodnych zmniejszyły się o 81 proc. w ciągu ostatnich 50 lat. W przypadku największych gatunków, określanych jako freshwater megafish, spadek sięga 94 proc. To właśnie te największe ryby często odbywają najdłuższe migracje i najdotkliwiej odczuwają skutki przegradzania rzek.
Autorzy raportu wskazują 349 gatunków transgranicznych ryb wędrownych, które potencjalnie spełniają kryteria ochrony w ramach Konwencji o ochronie wędrownych gatunków dzikich zwierząt. Aż 325 z nich nie jest jeszcze objętych odpowiednimi zapisami, choć kwalifikowałoby się do pilnych działań.
„Ta ocena pokazuje, że migracyjne ryby słodkowodne są w poważnych tarapatach, a ich ochrona będzie wymagała współpracy państw” – powiedział Zeb Hogan, główny autor oceny, cytowany w komunikacie CMS.
Ryby, które potrzebują drogi, a nie tylko wody
Problem nie sprowadza się do tego, że w rzekach jest mniej ryb. Te gatunki potrzebują drożnych korytarzy migracyjnych, a właśnie one są dziś systematycznie niszczone. Raport wymienia pięć głównych presji: utratę łączności rzek, zmianę przepływów, degradację siedlisk, nadmierne odłowy i zanieczyszczenie. Do tego dochodzą skutki zmian klimatu, które nakładają się na wcześniejsze zniszczenia.
Najbardziej namacalnym symbolem tego kryzysu są zapory i inne bariery. Nawet jeśli ryba zdoła pokonać przeszkodę, płaci za to wysoką cenę: traci energię, dociera do gorszych siedlisk, może odbyć tarło w niewłaściwym miejscu albo nie odbyć go wcale. Raport podkreśla, że usuwanie barier i przywracanie ciągłości rzek należy do działań o najwyższej stopie zwrotu z punktu widzenia ochrony tych gatunków.
Sama ilość wody też nie wystarcza. Istotne jest, jak rzeka płynie i kiedy. Elektrownie wodne, pobór wody czy regulacja koryta zmieniają naturalny rytm przepływów, od którego zależą migracja, tarło i dryf larw. Odcięcie terenów zalewowych dodatkowo odbiera rybom miejsca żerowania, schronienia i rozrodu. W praktyce rzeka może nadal istnieć na mapie, ale przestaje działać jak żywy system.
Autorzy raportu używają tu pojęcia „swimways”, czyli wodnych szlaków migracyjnych, które powinny być chronione podobnie jak ptasie trasy migracji. Bez takich korytarzy ryby nie są w stanie dotrzeć do miejsc rozrodu, żerowania i wzrostu.
Mekong, Amazonka, Dunaj. Najważniejsze rzeki na liście alarmowej
Raport wskazuje kilka dorzeczy, gdzie potrzeba działań jest szczególnie pilna. To przede wszystkim Amazonka i układ La Plata Paraná w Ameryce Południowej, Dunaj w Europie, Mekong oraz Ganges Brahmaputra Meghna w Azji, a także Nil i Jezioro Czad w Afryce. To nie przypadek. Chodzi o wielkie systemy rzeczne, które przekraczają granice państw i od których zależą zarówno ekosystemy, jak i miliony ludzi.
Dobrym przykładem jest Mekong. Według raportu jego dorzecze dostarcza 15 proc. światowych połowów ryb śródlądowych i o łącznej wartości ponad 11 mld dolarów rocznie. Jednocześnie właśnie tam presja infrastrukturalna i hydrologiczna najmocniej uderza w gatunki migrujące. Autorzy podkreślają, że w regionie Mekongu liczba gatunków wymagających pilnych działań jest bardzo wysoka, ale problemem pozostaje ograniczona gotowość polityczna i instytucjonalna do skoordynowanej ochrony.
W Amazonii skala zależności od ryb migrujących jest jeszcze większa. Raport podaje, że ponad 90 proc. połowów w dorzeczu stanowią właśnie gatunki wędrowne, a ich znaczenie gospodarcze przekracza 436 mln dolarów rocznie.To gatunki podtrzymujące lokalne rybołówstwo, wyżywienie i elementy kultury wielu społeczności rdzennych.
Jednym z najbardziej widowiskowych przykładów jest dorado, czyli Brachyplatystoma rousseauxii. Ta ryba odbywa jedną z najdłuższych znanych migracji w pełni słodkowodnych: ponad 11 tys. km od andyjskich dopływów po estuaria Amazonki i z powrotem.
-
Posadź ją i zapomnij o kleszczach. Ta roślina wraca do łask i robi furorę
-
Były uznane za wymarłe. Nowe mieszkanki pojawiły się w Poznaniu
Nie chodzi tylko o jesiotry i łososie
W debacie publicznej ryby wędrowne kojarzą się głównie z łososiami albo jesiotrami. Tymczasem lista gatunków wymagających ochrony jest znacznie szersza. Obejmuje m.in. węgorze, minogi, azjatyckie karpie, pangi, mahseery, południowoamerykańskie sumy i wiele ryb anadromicznych, które przemieszczają się między wodami słodkimi a morzem. W samej Azji autorzy naliczyli 205 gatunków transgranicznych ryb migrujących zagrożonych lub będących w złym stanie, wobec 55 w Ameryce Południowej i 50 w Europie.
Niektóre z nich już zniknęły. Raport przypomina o wiosłonosie chińskim, uznanym za wymarłego w 2022 r. Była to pierwsza ryba objęta konwencją CMS, którą oficjalnie utracono. W przypadku innych gatunków przetrwanie zależy od hodowli zachowawczej i reintrodukcji. To oznacza, że w części rzek dawne migracje już nie istnieją jako naturalne zjawisko, tylko jako wspomnienie lub projekt ratunkowy.
Szczególnie wymowne są dane dotyczące ryb już wpisanych do systemu CMS. Z raportu wynika, że 97 proc. takich gatunków jest zagrożonych wyginięciem, a ich liczebność spadła od lat 70. o około 90 proc. Nawet formalna obecność na liście nie gwarantuje więc odwrócenia trendu, jeśli za ochroną nie idą realne działania w całym dorzeczu.
Bez współpracy państw ta historia się nie odwróci
To właśnie jest główny wniosek raportu. Ryby migrujące nie uznają granic administracyjnych, ale systemy zarządzania rzekami nadal są zwykle krajowe, rozproszone i fragmentaryczne. Tymczasem około 47 proc. powierzchni lądów leży w dorzeczach współdzielonych przez więcej niż jedno państwo. Jeśli jedna część szlaku migracyjnego zostanie zablokowana, wysiłki podejmowane gdzie indziej mogą nie dać żadnego efektu.
Autorzy raportu proponują więc działania bardzo konkretne: wspólny monitoring, uzgadnianie zasad połowów, ochronę wąskich gardeł migracyjnych, odtwarzanie łączności ekologicznej, lepsze zarządzanie przepływami i włączanie ryb słodkowodnych do szerszej polityki dotyczącej energii, infrastruktury i zmian klimatu. CMS ma być tu narzędziem nie tyle do symbolicznego wpisywania gatunków na listy, ile do skoordynowania pracy państw nad całymi dorzeczami.
Najbardziej praktyczny aspekt raportu polega na tym, że nie kończy się on na alarmie. To raczej lista działań do wykonania. Wskazuje gatunki gotowe do objęcia ochroną, regiony wymagające pilnej współpracy i elementy, bez których odbudowa migracji się nie uda. W tej sprawie stawką nie jest tylko uratowanie kilku imponujących ryb. Chodzi o to, czy największe rzeki świata pozostaną żywymi systemami, czy zamienią się w serię odciętych od siebie zbiorników i kanałów.

