Czerwony telefon w rękach prezydenta USA można było zobaczyć w wielu hollywoodzkich hitach. Za stworzenie tego obrazu odpowiada zwłaszcza „Dr. Strangelove” Stanleya Kubricka, który miał premierę w 1964 roku. Zaledwie rok po tym, jak faktycznie uruchomiono „gorącą linię” pomiędzy USA i ZSRR. To, jak wyglądała naprawdę, nie było jednak najwyraźniej wystarczająco atrakcyjne dla kamer. Stworzono więc wizję czerwonego telefonu i bezpośrednich, pełnych emocji rozmów pomiędzy przywódcami dwóch supermocarstw na krawędzi wojny jądrowej. Później legenda żyła już swoim życiem.
Otarcie się o wojnę jądrową przełamało lody
Dlaczego nie było i nie będzie tego rodzaju telefonu, pokazują nawet aktualne wydarzenia. Kiedy Waszyngton chce bezpośrednio zakomunikować Kremlowi coś naprawdę ważnego, aranżuje spotkanie twarzą w twarz. Tak jak w tym tygodniu, kiedy do Moskwy poleciał z niezapowiedzianą wizytą szef CIA John Ratcliffe. Spędził tam kilka godzin, spotykając się na Kremlu ze swoimi odpowiednikami i, być może, samym Władimirem Putinem. O czym dokładnie rozmawiano oficjalnie, nie poinformowano. Nieoficjalne spekulacje mówią jednak o na przykład ostrzeżeniu Rosji, aby nie próbowała bezpośredniej agresji na NATO. Przekaz najwyższej wagi, dlatego nie przez telefon, tylko twarzą w twarz. Tak, aby uniknąć ryzyka pomyłek, niedomówień czy jakiegokolwiek niezrozumienia, oraz być pewnym dotarcia przekazu. Przy okazji szef CIA miał możliwość osobistego obserwowania reakcji Rosjan na swoje słowa.
Wszystkiego tego nie zapewniłby telefon. Oczywiście nie zawsze jest możliwość wysłania osobistego posłańca pół planety dalej. Dlatego w ogóle u szczytu zimnej wojny stworzono „gorącą linię”. Zrobiono to po kryzysie kubańskim w 1962 roku, kiedy USA i ZSRR na chwilę znalazły się na progu rozpętania wojny jądrowej. Wymiana depesz pomiędzy Moskwą i Waszyngtonem była wówczas bardzo powolna. Droga od biurka prezydenta Johna F. Kennedy’ego do biurka I sekretarza Nikity Chruszczowa zajmowała około 6 godzin. Dłuższe komunikaty zajmowały nawet pół dnia. Politycy uciekali się więc nawet do wysyłania wiadomości przy pomocy dziennikarzy korzystających z komercyjnej sieci łączności, działającej szybciej niż ta używana przez głowy supermocarstw.
Doświadczenie kryzysu przełamało opory polityczno-wojskowe zarówno w Moskwie, jak i Waszyngtonie, choć w USA nie brakowało krytyki, że to „układanie się z komunistami” i porównań do ugłaskiwania Hitlera przed II wojną światową. Pomimo tego przystano na proponowane już od kilku lat przez cywilnych analityków oraz dziennikarzy bezpośrednie połączenie przywódców w obu stolicach. Jednak nie telefonem. Od początku założono, że to byłoby niebezpieczne. Rozmowa to ryzyko, że ktoś czegoś nie dosłyszy, coś źle zrozumie albo nieświadomie przekręci. Dochodzi do tego bariera językowa i konieczność tłumaczenia na żywo, co rodzi dodatkowe ryzyko, kiedy jasność, precyzja i wierność przekazu jest absolutnie kluczowa. Na to nakłada się stres i presja czasu, kiedy rozmowa dotyczy na przykład zażegnania incydentu, mogącego prowadzić do wojny jądrowej. Źle zrozumiane zdanie to coś, czego nikt by absolutnie nie chciał. Na dodatek rozmowa nie daje czasu na refleksję i zastanowienie się nad odpowiedzią, tylko wymaga jej od razu.
„Gorąca linia” powstała w czasach, kiedy przewodnictwo USA w bloku państw Zachodu nie ulegało wątpliwości. Dzisiaj to znacznie bardziej skomplikowane, czego bardzo mocno doświadcza Kanada. Jak opisuje Katarzyna Jaremko dla Wyborcza.pl: „Zapobiec temu, by mały pożar przerodził się w pożogę.” To zwięzłe zdanie polityka z Kanady, któremu Trump zazdrości pokojowego Nobla, streszcza cały kanadyjski styl uprawiania polityki zagranicznej.
Tylko tekst się liczy
Dlatego od początku zdecydowano, że „gorąca linia” będzie przekazywać komunikaty pisemne. 20 czerwca 1963 roku w Genewie podpisano porozumienie o jej utworzeniu. 30 sierpnia tegoż roku system był gotowy i został oficjalnie uruchomiony. Komunikacja była prowadzona poprzez dalekopisy, czyli system korzystający z linii telefonicznych/telegraficznych albo radia do przekazywania tekstu. Na potrzeby „gorącej linii” ustanowiono stałe połączenie poprzez sieć cywilnych kabli biegnących od Waszyngtonu przez Londyn, Kopenhagę, Sztokholm i Helsinki po Moskwę. Dodatkowo zbudowano alternatywne połączenie radiowe poprzez stację w marokańskim Tangerze, mające służyć jako zabezpieczenie. Obie strony wysłały do stolicy po drugiej stronie globu po cztery dalekopisy. Amerykanie i Rosjanie mieli nadawać komunikaty w swoim języku, które byłyby następnie odczytywane oraz zapisywane przez jej maszyny w stolicy rywala. Ten miał następnie tłumaczyć komunikat już samodzielnie. Dodatkowo łączność była szyfrowana przy pomocy jednorazowych kodów, do których klucze przekazywano sobie poprzez pocztę dyplomatyczną.
W latach 70. zdecydowano ulepszyć system poprzez zastąpienie łączności przez Tanger łącznością przez najnowszy krzyk techniki – satelity. Ze względu na ich zawodność, podstawowe połączenie przez kable telefoniczne pozostawiono jako podstawowe. W latach 80. dokonano kolejnego unowocześnienia. Klasyczne dalekopisy zastąpiono faksem. Stało się to w 1986 roku. Dopiero dwa lata później, po dokumentnym przetestowaniu i upewnieniu się co do niezawodności nowego rozwiązania, zdemontowano cały system dalekopisów. Aktualnie podstawową metodą komunikacji są już szyfrowane e-maile. Tego unowocześnienia dokonano w 2008 roku. Podstawowy kanał łączności to satelity, ale istnieje dodatkowe zapasowe połączenie poprzez kable światłowodowe. Dodatkowo zaimplementowano prosty komunikator, przy pomocy którego operatorzy systemu mogą sobie przekazywać robocze wiadomości. Komunikacja oficjalna następuje wyłącznie poprzez e-maile.
Główny koniec systemu po stronie amerykańskiej tak naprawdę nie jest w Białym Domu, ale w Pentagonie w National Military Command Center (NMCC – Narodowe Centrum Dowodzenia Siłami Zbrojnymi), czyli działającym nieustannie centrum dowodzenia i kontroli wojska USA. Trzy dodatkowe zakończenia są w podziemiach Białego Domu, alternatywnym stanowisku NMCC w podziemnym kompleksie Raven Rock i w Departamencie Stanu. Dla strony rosyjskiej nie ma tak szczegółowych danych. Początkowo informowano, że koniec połączenia jest na Kremlu, ale według niektórych relacji mógł być w głównej siedzibie Komitetu Centralnego KPZR. Nie ma pewności, jak jest dzisiaj. Po obu stronach jest jednak jedno główne stanowisko odbierania komunikatów, ich rozszyfrowywania i tłumaczenia. Dopiero z niego wiadomość jest przekazywana dalej. Jeśli jest naprawdę pilna, to przynajmniej w przypadku USA, oficer dyżurny z NMCC może przekazać ją skrótowo przez telefon do prezydenta, zanim zostanie ukończone formalne tłumaczenie.
System jest testowany co godzinę. Amerykanie i Rosjanie wysyłają próbny komunikat. Zazwyczaj są to jakieś ustępy z książek, choć Amerykanie mieli też przesyłać hasła z encyklopedii czy fragmenty podręcznika pierwszej pomocy i podręczników szkolnych. Zdarzało się, że dochodziło do awarii, głównie z powodu problemu na odcinku Londyn-Moskwa biegnącym poprzez północną Europę. Raz fińskiemu rolnikowi udało się podczas orki zerwać kabel telegraficzny, który wykorzystywano do łączności. Innym razem to samo zrobił szwedzki operator koparki. Niezależnie od tego, system od 63 lat ma być wysoce niezawodny i był wielokrotnie wykorzystywany. Głównie podczas kolejnych zimnowojennych kryzysów, takich jak wojny Izraela z państwami arabskimi, inwazji Turcji na Cypr czy napiętej sytuacji wokół potencjalnej interwencji ZSRR w Polsce w 1981 roku.
Czerwone telefony to wojsko
Kiedy aktualnie można usłyszeć o rozmowach telefonicznych Donalda Trumpa i Władimira Putina, to nie są one prowadzone przez „gorącą linię”. Po zakończeniu zimnej wojny i nastaniu znacznie bardziej odprężonych relacji między mocarstwami zaczęto używać bezpośredniego połączenia telefonicznego obu stolic. Jest ono zbudowane równolegle do „gorącej linii” i wykorzystuje tę samą infrastrukturę. Połączenia są prowadzone za pomocą satelitów. Nie jest to jednak metoda łączności na sytuacje kryzysowe. Rozmowy są planowane z wyprzedzeniem. Nie są też używane w ich trakcie żadne czerwone telefony.
Te owszem w historii pojawiały się na biurkach przywódców obu mocarstw. Jednak nie do komunikacji międzynarodowej, ale wewnętrznej, głównie z naczelnymi dowództwami wojskowymi. Siły zbrojnie USA w czasie zimnej wojny w różnych miejscach używały czerwonych telefonów do bezpośredniej łączności alarmowej. Nigdy nie rozmawiali przez nie jednak polityczni przywódcy państw.


