Czy te oczy mogą kłamać?. Sąd ma wątpliwości, czy to „Marek z Marek” rzeczywiście strzelał w Tartaku

Festyn z okazji końca roku szkolnego 1999/2000 w Nowym Dworze Mazowieckim planowany jest na 23 czerwca w miejscowym pubie EB. Wcześnie rano właściciel lokalu obchodzi kąty z trzema chłopakami z obsługi, którzy chcą zarobić na wakacje. Sprawdzają, czy wszystko w porządku. Restaurator widzi na tarasie koło stolika poluzowaną kostkę brukową. Kiedy usiłuje ją docisnąć, następuje wybuch. Mężczyzna ginie, siłą podmuchu wyrzucony na dach. Śmiercionośny ładunek rozszarpuje ciała chłopców na kawałki.

Policyjny pirotechnik ocenia, że bomba pod stolikiem ważyła ponad pięć kilogramów. Do eksplozji miało dojść wieczorem, kiedy w pubie spotkają się Paweł G. (ps. „Głębik”) i Krzysztof B. (ps. „Szczurek”), członkowie mafii nowodworskiej. Na razie podejrzenia śledczych sprowadzają się do konstatacji, że tragedię spowodowały jakieś porachunki gangsterskie. Dochodzenie stoi w miejscu.

10 listopada G. i B. grają na automatach w miejscowym pubie Tartak. Wiedzą, że to oni mieli zginąć w EB, dlatego noszą kamizelki kuloodporne.

Jest wieczór, za oknem ciemno, a i w lokalu mrok, bo zadymione wnętrze oświetlają tylko świece na stolikach. Nagle z hałasem otwierają się obrotowe drzwi – wpada dwóch mężczyzn w kominiarkach, strzelając z broni maszynowej. „Nowodworscy” nie mają żadnych szans. Ich kamizelki kuloodporne nie chronią przed 34 pociskami. Gdy ranni gangsterzy upadają na podłogę, mordercy trącają ich ciała butami, by upewnić się, że egzekucja była skuteczna. Przez nikogo niezatrzymywani, wychodzą z lokalu i wsiadają do stojącego w pobliżu czerwonego forda sierry, w którym już czeka kierowca. Odjeżdżają.

Spojrzenie przez szybę

Mija kilka miesięcy, śledztwo w sprawie tragicznych wydarzeń w EB i Tartaku nie przynosi odpowiedzi, kto stał za gangsterskimi wyrokami i kim są tzw. cyngle. Nie znaleziono żadnych odcisków palców ani innych śladów biologicznych. W porzuconym przez morderców samochodzie nie ma dowodów obecności użytkowników.

Pomaga przypadek. W jednym z hipermarketów policjanci z ówczesnego wydziału ds. terroru kryminalnego Komendy Stołecznej Policji zatrzymują podejrzanych o wymuszenia rozbójnicze. Do aresztu odjeżdżają Marek N., pseudonim „Marek z Marek” oraz Daniel E., zwany „Chulio”. To gangsterzy związani z mafią wołomińską, współpracujący jako cyngle z innymi bandami, m.in. z grupą zorganizowaną przez braci K. z Modlina: Grzegorza o ksywie „Gienek” i Dariusza znanego jako „Kary”. Grupa modlińska podlega Jackowi „Klepakowi” – bossowi Wołomina. „Nowodworscy” są częścią gangu z Żoliborza.

Młodszy K. akurat siedzi w areszcie. Służby więzienne przechwytują jego gryps wysłany do członka modlińskiego gangu, aby dał mu alibi w sprawie wybuchu w pubie EB. Dla śledczych to ważny trop.

W 2003 roku do Sądu Okręgowego w Warszawie trafia akt oskarżenia przeciwko liderom modlińskiej grupy przestępczej. Na rozprawę przyjeżdża dziewięciu gangsterów. Są wśród nich dwaj bracia K. oraz Marek N. ksywa „Marek z Marek” i Daniel E. „Chulio”. „Kary” ma m.in. zarzut kierowania grupą przestępczą, usiłowania zabójstwa liderów rywalizującej grupy i posiadania materiałów wybuchowych. Natomiast jego młodszy brat odpowiada za zlecenia zabójstwa. Podczas procesu młodszy K przekonuje sąd, że został wrobiony w zarzuty. Nie ma gangu Modlin, a on nie jest kilerem.

Co do oskarżonego Marka N., jedynym bezpośrednim dowodem, że to on strzelał w Tartaku, są zeznania Agnieszki P., młodej kobiety, która wieczorem 10 listopada 2000 roku była w tym pubie.

P. twierdzi, że widziała Marka N. zaglądającego kilkakrotnie do wnętrza lokalu. Wówczas nie miał na twarzy kominiarki. Następnie zobaczyła tego mężczyznę chwilę przed dintojrą, gdy wyszła na parking, aby wsiąść do samochodu swojego kolegi. Rozległy się strzały, dwóch zamaskowanych sprawców wybiegło z lokalu. Jeden z nich zatrzymał się na kilkadziesiąt sekund przy szybie wozu, w którym siedziała świadek i zlustrował ją wzrokiem. Agnieszka P. zeznaje, że mężczyzna, zaglądający do pubu z odkrytą twarzą, to ten sam, który w kominiarce lustrował jej samochód. Rozpoznała go po kolorze oczu i sylwetce.

Tak łatwo zabić

Jest rok 2004. Kiedy oskarżeni siedzą w celach, w Nowym Dworze trwa ostra walka o pozbawienie władzy braci K. Dla dotychczas posłusznych „żołnierzy” obu mafiosów to okazja, aby przejąć kontrolę nad zyskami z przydrożnej prostytucji, wymuszania haraczy, napadów na tiry. Pierwsi sięgają po władzę Andrzej B., ps. „Broda” i Mariusz S., ps. „Skowron”. Aby zamach się udał, przeciągają na swoją stronę liczącego się gangstera Konrada O., ps. „Obój”. I wtajemniczają w swój plan Rafała Ł., ksywa „Zwierzak”, który jest znany w modlińskim gangu z nieprawdopodobnego okrucieństwa.

Żeby opić odsunięcie od władzy mocarnych braci (którzy nawet z aresztu wydają polecenia członkom swej bandy za pośrednictwem przekupionych strażników więziennych), „Zwierzak” umawia się ze „Skowronem” i „Brodą” w restauracji. Potem w szampańskich humorach wsiadają do samochodu, którym kieruje Andrzej B. Obok niego siada Mariusz S., a „Obój” i „Zwierzak” zajmują fotele z tyłu. W pewnej chwili Konrad O. zaczyna symulować, że zbiera mu się na wymioty, muszą się zatrzymać. Samochód skręca w stronę lasu. Tam Rafał Ł. strzela do „Brody” i „Skowrona” przez oparcia foteli. Ciała zamordowanych porzucają pod gałęziami.

Niespełna miesiąc później 26-letni Konrad O. traci życie od kuli w Szpitalu Bielańskim, gdzie leczono mu nogę zranioną podczas gangsterskiej potyczki w ogródku piwnym na Stadionie Olimpii. Egzekucja odbywa się na oczach pacjentów i odwiedzających ich rodzin. Bandyci w maskach po wycelowaniu pistoletów w klatkę piersiową unieruchomionego gangstera, uciekają z czwartego piętra przez okno po linie. Nigdy na nich nie trafiono.

Dla „Zwierzaka” przekonanego, że zabójstwa „Oboja” dokonano na zlecenie braci K., jest to ostatni moment, żeby zdradzić swych mafijnych chlebodawców i przejąć władzę. Dochodzi do tego w 2005 roku. Przy osadzonych w więzieniu braciach zostają tylko bandyci bez większego znaczenia.

Rafał Ł., ogłaszając się przywódcą, stawia warunek: wszyscy „żołnierze” muszą mieć na sumieniu, co najmniej jedno zabójstwo, aby nie mogli się starać o status świadka koronnego. Na wieść, że „Kary” wyszedł na wolność, postanawia zlikwidować swego dawnego szefa. Nie jest to proste, gangster chodzi z obstawą. Ł. uparcie poluje na swą ofiarę. Ale Dariusz K. też wydaje na swego dawnego przybocznego wyrok. Kiedy „Zwierzak” wraca do domu z nadzorowanej przez siebie dyskoteki, na klatce schodowej ktoś wita go strzałami. Przywódca „młodych wilków” ma szczęście – broń się zacięła. Niedoszła ofiara chce poznać nazwisko kilera. Podobno zna je Artur Z., diler narkotyków.

O świcie „Zwierzak” wraz ze swymi pomagierami wyciąga z łóżka tego mężczyznę z ciężarną narzeczoną i po uzyskaniu torturami informacji od Z., że zleceniodawcą jest Dariusz K., zabija oboje.

To nie jest jedyna egzekucja „Zwierzaka”. Pierwszej dokonał, mając niespełna 20 lat. Na polecenie jednego z szefów gangu zastrzelił członka tej bandy Artura H. ps. „Czacha”, podejrzewanego, że nie rozlicza się z mafijnych pieniędzy. Uprowadził go z siłowni w Łomiankach, wywiózł do lasu i zamordował z pomocą Konrada O.

W 2008 roku sąd skazuje Rafała Ł. na dożywocie. Jest już po prawomocnym wyroku, gdy dobiega końca proces oskarżonych o podłożenie bomby w pubie EB i zastrzelenie dwóch mężczyzn w Tartaku. Na wyrok czekają: Marek N., Daniel E. i Dariusz K. W ławie oskarżonych brakuje drugiego z braci K. „Gienek”, po prawie pięciu latach tymczasowego aresztu, decyzją Sądu Okręgowego (a następnie Apelacyjnego) został zwolniony z aresztu i miał odpowiadać z wolnej stopy. Niedługo cieszył się wolnością. Zginął od kuli przed blokiem, w którym mieszkał.

Marek N. i Daniel E. którzy zdaniem prokuratury wykonywali w Nowym Dworze mafijne wyroki, zostali skazani na dożywocie. Dariusz K. poszedł do więzienia na 25 lat.

Katalog wątpliwości

Prokuratura Generalna ogłasza na konferencji prasowej we wrześniu 2013 roku koniec gangsterskich porachunków w okolicach modlińskiej twierdzy. Ci, którym tak łatwo przychodziło zastrzelenie drugiego człowieka, pozostaną za kratami do końca życia.

Nie są to prorocze słowa. Kilka miesięcy później Sąd Apelacyjny w Warszawie uchyla wyrok w sprawie zabójstw w nowodworskich klubach.

Proces toczy się od nowa. I trwa cztery lata. W maju 2019 r. Sąd Okręgowy dla Warszawy-Pragi, ku zaskoczeniu prokuratury uznaje, że winnymi morderstw w pubach są tylko dwaj oskarżeni: Daniel E. jako cyngiel i zlecający zabójstwo Dariusz K. Obaj otrzymują karę dożywocia. Natomiast Marek N. wychodzi na wolność, uniewinniony z braku dowodów.

To nie koniec sądowej odysei. W czerwcu 2020 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie uchyla wyrok uniewinniający Marka N. i nakazuje jego ponowny proces. Rozprawy w Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga ciągną się trzy lata. W marcu 2023 r. N. znów usłyszy wyrok dożywocia.

W uzasadnieniu wyeksponowano zeznania świadka Agnieszki P., „która nie miała żadnej motywacji, żeby kłamać podczas rozpoznania podejrzanego, widzianego przez szybę samochodu i w drzwiach pubu”. W przekonaniu sądu wiarygodność zeznań kobiety wzmacnia fakt, że trudniła się zawodowo sprzedażą ubrań, miała zatem doświadczenie w ocenie sylwetek nawet nieznanych jej osób.

Marek N., któremu sąd wcześniej uchylił areszt, nie wraca do więzienia. Przez kilka miesięcy ukrywa się. W ręce policjantów wpada w listopadzie 2023 roku podczas akcji oblężenia nielegalnej wytwórni papierosów.

Z pomocą adwokata wznawia walkę o uniewinnienie. W apelacji od wyroku mecenas wspiera się opinią prof. Ewy Gruzy z Katedry Kryminalistyki Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego oraz prawników Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Jak wynika z tych ekspertyz, od początku postępowania przygotowawczego i następnie sądowego, jest duży problem z dowodami w postaci zeznań świadków. Wielu w toku procesu zmienia wersje.

Nie bez znaczenia jest fakt, że większość świadków oskarżenia to byli przestępcy, związani z bandami konkurującymi z tą, do której przypisano „Marka z Marek”. Niektórzy przekonują organy ścigania, że to sam N. przyszedł do nich i pochwalił się sukcesem cyngla. Żaden nie widział N. z bronią w Tartaku (tym bardziej w klubie EB), oni tylko słyszeli o zabójstwie.

Natomiast ci, którzy – jak wynika z aktu oskarżenia – mieli zobaczyć Marka N. na miejscu zbrodni, twierdzą w sądzie, że policja, głównie z Centralnego Biura Śledczego, wymusiła na nich zeznania. Albo, że podpisali się pod protokołem przesłuchań, nie czytając go.

Szczególnie wnikliwie analizowane są zeznania Agnieszki P., która rozpoznała Marka N. po oczach i sylwetce, mimo że ten miał na twarzy kominiarkę.

Podczas przesłuchiwań kobieta zmienia godzinę swego przyjścia do klubu, nie jest też zdecydowana, kiedy i gdzie minęła się ze sprawcami zabójstwa. Raz twierdzi, że zdarzyło się to w obrotowych drzwiach pubu, innym razem – że pokazał ich kolega, z którym siedziała w samochodzie.

Nie ma pewności, czy mężczyzną w kominiarce, który przez kilka sekund przyglądał się jej przez szybę pojazdu, na pewno był Marek N. Po co miałby się zatrzymywać przy przypadkowym samochodzie uciekając z miejsca zbrodni? I jak można w ciemnościach rozpoznać kogoś tylko po oczach, gdy wcześniej widziało się go tylko przez chwilę?

Kolega Agnieszki P., który czekał na nią w samochodzie przed klubem już na pierwszej rozprawie dementuje swoje zeznania z protokołu: – Policjant pytał, czy zabójcy mieli coś w rękach. Powiedziałem, że mieli. To on napisał, że to był karabin.

W przedstawionej w apelacji opinii ekspertów wiele zaostrzeń budzi tzw. parada identyfikacyjna, podczas której Agnieszka P. miała rozpoznać sprawcę spośród kilku mężczyzn stojących za lustrem weneckim. Kiedy doszło do okazania, upłynęło już osiem miesięcy od zabójstwa. Ponadto dobrani mężczyźni całkowicie różnili się wyglądem od Marka N. Jeden był bardzo otyły, inny wyjątkowo wysoki. „Trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś chciał zasugerować świadkowi wskazanie konkretnej osoby” – pisze prof. Ewa Gruza.

Do sądu odwoławczego wysyła też swoją skargę skazany Marek N. Skrupulatnie wylicza wątpliwości, niewyjaśnione podczas wieloletniego procesowania. Jego napisany w celi wielostronicowy list zawiera głównie pytania. Przede wszystkim – dlaczego nie przesłuchano jeszcze raz Dariusza K. i Rafała Ł. po skazaniu ich na dożywocie? Może w sytuacji, gdy ich los był już przesądzony, chcieliby ujawnić prawdę. Tylko oni znają szczegóły krwawych porachunków sprzed 25 lat między gangsterskimi grupami w Nowym Dworze Mazowieckim.

„Jedynymi świadkami, zwerbowanymi przez śledczych do oskarżenia mnie byli zawodowi oszuści, uznani za niewiarygodnych w wielu procesach, w których zapadły wyroki uniewinniające. Z wszystkimi miałem zatarg, niektórzy byli mi winni duże pieniądze. Pogrążenie mnie leżało w ich interesie. Oskarżenie nie powinno też się opierać głównie na zeznaniach Agnieszki P., a w każdym razie należało zanalizować jej motywy – niewątpliwie chciała chronić swego kolegę – kierowcę samochodu, z którym przyjechali do klubu. Był podejrzany o nielegalne posiadanie broni. P. dała mu alibi, zdecydowanie twierdząc, że widziała sprawcę morderstwa. Byłoby to czytelne dla śledczych, gdyby przesłuchano koleżankę Agnieszki P., z którą bawiła się tego wieczoru w Tartaku. Ale do tego nie doszło” – żali się N.

Zdaniem skazanego, w czasie wizji lokalnej nie zostały odtworzone warunki widoczności tragicznej nocy w pubie. W aktach śledczych nie ma informacji, co widział podejrzany o zabójstwo stojąc w wahadłowych drzwiach i co mogła widzieć Agnieszka P. Nim doszło do wizji lokalnej, w pubie wymieniono drzwi na zwykłe.

Bardzo dużo błędów zostało popełnionych podczas tzw. okazania.

„Agnieszka P. najpierw rozpoznała mnie ze zdjęcia, które wcześniej jej udostępniono. Do przesłuchania nie dopuszczono adwokata. Nie bez znaczenia jest to, że zrobiona mi fotografia była kolorowa, a figurantów czarno białe. Jestem przekonany, że chodziło o to, aby świadek nie rozpoznała sprawcy, tylko potwierdziła, że go rozpoznaje. Nerwowa atmosfera panująca w czasie owego okazania wynikła głównie z tego, że przesłuchiwana nie chciała sprostać oczekiwaniom śledczych. Dlatego policjanci nie utrwalili tej czynności kamerą” – pisze do sądu Marek N.

„Okazanie, na które wprowadzono mnie po raz ostatni, było bardzo krótkie – niecałą minutę od podniesienia żaluzji do momentu wejścia funkcjonariusza, który oznajmił, że zostałem rozpoznany jako sprawca podwójnego zabójstwa. Kazał mi się podpisać na protokole. Czy w ciągu jednej minuty mógł powstać taki dokument?” – pyta gangster.

N. podejrzewa, że policja przekazała świadkowi informacje o szczegółach jego wyglądu.

„Coś się dzieje z moim patrzeniem”

Sąd Apelacyjny w Warszawie (w składzie Małgorzata Piekarska, Małgorzata Janic, Ewa Jethon, Agnieszka Domańska) dał się przekonać i uniewinnił Marka N. od zarzutu podwójnego zabójstwa.

W uzasadnieniu wyroku zaznaczono, że nawet gdyby uznać, że mężczyzną, który kilkukrotnie zaglądał do pubu był Marek N., nie stanowi to jeszcze niezbitego dowodu, że to on pociągnął za spust. Przestępców było trzech: dwóch strzelców i kierowca. Sąd zauważył, że rozpoznanie Marka N. w pubie było prawie niemożliwe. W zadymionym, bardzo słabo oświetlonym lokalu nikt z kilkudziesięciu gości – poza jedną P. – nie dostrzegł wchodzącego i wychodzącego Marka N. Również zastrzeleni chwilę później mężczyźni, którzy musieli być czujni, skoro założyli kamizelki kuloodporne.

Dla sądu pierwszej instancji atutem Agnieszki P., sprzyjającym zapamiętaniu wyglądu mężczyzny było to, że znała Marka N. W ocenie sądu odwoławczego może to być przeszkodą w rozpoznaniu osoby widzianej w niekorzystnych warunkach. Wnętrze pubu było mroczne. Na cztery latarnie w pobliżu parkingu, dwie się nie paliły. Zdolność obserwacji świadka mogłaby być oceniona przez przesłuchanie towarzyszącej jej kobiety, ale tego nie uczyniono. Obecnie jest już za późno.

Od zdarzenia minęło 25 lat. Trudno oczekiwać, że teraz świadek mogłaby podać więcej szczegółów mogących np. zidentyfikować jej koleżankę, z którą bawiła się tamtego wieczoru w Tartaku i aktualne miejsce jej pobytu.

Problematyczne było też okazanie Agnieszce P. podczas śledztwa skazanego Marka N. Kobieta swój wybór motywowała rozpoznaniem twarzy, fryzury oraz spojrzenia. Przed laty, gdy policja pokazała jej 17 tablic poglądowych, na których obok Marka N. znajdowali się bardzo różniący się od siebie mężczyźni, nie była w stanie podać jakichkolwiek szczegółów co do twarzy oraz fryzury sprawcy przestępstwa. Nie wiadomo, na jakiej więc podstawie wybrała zdjęcie N. Z czynności nie sporządzono protokołu, choć prawo tego wymaga. Z zacytowanych zeznań świadka wyłania się wniosek, że zanim doszło do bezpośredniego okazania niespełna rok po zdarzeniu, wielokrotnie okazywano jej wizerunek oskarżonego. Zanim na polecenie sądu oskarżony założył kominiarkę, świadek widziała jego twarz, sylwetkę, ubiór.

Dla praskiego sądu okręgowego dowodem wspierającym wiarygodność Agnieszki P. była opinia psychologiczna z lutego 2004 r. Stwierdzono w niej, że w czasie składania zeznań „nie wystąpiło zakłócenie funkcji poznawczych ani tendencja do zmyśleń”. Ale te wnioski biegłych odnoszą się do reakcji świadka w czasie przesłuchania, a nie zdarzenia. Nie można pominąć, że u P., jak sama powiedziała, bardzo silne napięcie emocjonalne powoduje przejściowe gwałtowne reakcje dezorganizujące funkcjonowanie organizmu. Z protokołu: „Jest możliwe, że po strzelaniu byłam zdenerwowana i obraz mężczyzny zaglądającego do pubu i tego przy samochodzie może mi się nakładać. Kiedy się denerwuję, odczuwam blokadę w mówieniu i czasem coś się dzieje z moim patrzeniem”.

Nie udało się też wyjaśnić, czy naprawdę gangster „Marek z Marek” kilka razy zaglądał owego wieczoru do Tartaku. Po co miałby to robić? Był związany z grupą modlińską braci K., a więc doskonale kojarzony przez mafię „nowodworskich”, do której należeli Paweł G. i Krzysztof B. Marek N., pojawiając się w progu baru, nie tylko utraciłby efekt zaskoczenia w chwili użycia broni, ale też naraziłby się na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Kolejne zastrzeżenie sądu apelacyjnego budzi uwzględnianie zeznań świadków mających wiedzę o morderstwie ze słyszenia. Są to gangsterzy, którzy o tym, że strzelał znany im „Marek z Marek” dowiedzieli się od niego w areszcie. Trudno takim osobom dać wiarę, bowiem zeznają to, co akurat jest dla nich korzystne. Łatwo ich złapać na kłamstwie. Np. Mirosław K., który z Markiem N. siedział w tym samym areszcie śledczym, twierdził, że jego towarzysz z celi przyznał mu się podczas nocnych rozmów, że był kilerem w Tartaku. Ale sąd nie zauważył, że świadek początkowo podał, że oskarżony zwierzał się u niego w domu; kiedy się zorientował, że on sam w tym czasie był za kratami, podał inne miejsce – więzienny spacerniak.

Artykuł piąty Kodeksu postępowania karnego stanowi, iż oskarżonego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie udowodniona i stwierdzona prawomocnym wyrokiem. Niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego. Marek N. jest beneficjentem tego, sięgającego starożytności, paragrafu. 

Udział
Exit mobile version