
Rządowe Centrum Bezpieczeństwa ostrzega, że w najbliższych dniach temperatury będą bardzo wysokie. Szczególnie narażone są dzieci, seniorzy i osoby przewlekle chore. RCB zaleca ograniczenie przebywania na słońcu, picie dużej ilości niegazowanej wody, noszenie nakrycia głowy i stosowanie kremów z filtrem UV. Przypomina też, by pod żadnym pozorem nie zostawiać dzieci ani zwierząt w samochodzie.
Takie zalecenia mogą ograniczyć bezpośrednie ryzyko, ale nie rozwiązują problemu, który z każdym rokiem staje się poważniejszy. Fale upałów przestają być rzadkim ekstremum, a coraz częściej stają się stałym elementem lata. Oznacza to większą liczbę udarów cieplnych, więcej interwencji ratownictwa medycznego i dodatkowe obciążenie dla szpitalnych oddziałów ratunkowych.
Dr Michał Zabdyr-Jamróz, adiunkt w Instytucie Zdrowia Publicznego UJ CM i gościnny wykładowca Uniwersytetu Kopenhaskiego, wyjaśnia jednak w rozmowie z Gazeta.pl, że sama rekordowa temperatura nie jest największym zagrożeniem. Równie ważne jest to, że polskie miasta i osiedla często potęgują skutki upału. Betonowe place, asfalt, brak dużych drzew, niedostateczna retencja wody i zabudowa bez korytarzy przewiewu sprawiają, że temperatura odczuwalna rośnie, a budynki nagrzewają się przez wiele godzin.
Niektóre prognozy mówią o tym, że w Polsce mogą nas czekać na koniec tygodnia upały powyżej 40 st. Celsjusza. Czy największym zagrożeniem jest taki pojedynczy rekord temperatury, czy raczej to, że klimat się zmienia i możemy mieć kilka dni z rzędu z temperaturami 33-35 stopni Celsjusza?
Takie zjawiska pogodowe będą coraz częstsze. Niestety, będziemy musieli się na nie przygotować. Takie upały – w sensie gwałtownych zmian temperatury – raczej przestaną być ekstremum, a będą stawały się coraz bardziej normalne wraz z postępującym globalnym ociepleniem. Klimatolodzy mówią to od lat i niestety bardzo wiele ich prognoz się potwierdza.
Z perspektywy systemu zdrowotnego, bezpośrednim skutkiem tych zmian klimatycznych i częstotliwości upałów jest dodatkowe obciążenie choćby ratownictwa medycznego. Konieczna jest gotowość oddziałów ratunkowych do podejmowania interwencji i ratowania ludzi z udarami cieplnymi. Upały szczególnie zagrażają osobom starszym, dzieciom oraz osobom z chorobami przewlekłymi. Dla systemu ochrony zdrowia jest to zatem dodatkowe wyzwanie i test jego odporności.
Wysokie temperatury uderzają jednak nie tylko w najsłabszych, ale i każdego z nas. Trzeba tu brać pod uwagę zwiększone ryzyko innych problemów zdrowotnych oraz ogólne pogorszenie samopoczucia i koncentracji, a tym samym ryzyka wypadków itp.
Wciąż niedostatecznie rozpatrywanym aspektem upałów jest zapobieganie ich negatywnym skutkom. Chodzi o to, jak zorganizowana jest przestrzeń publiczna, jak wygląda planowanie przestrzenne. Czy miasto chroni przed skutkami upałów, czy je pogłębia? I tu dociera do nas, że zdrowie obecne jest we wszystkich politykach: urbanistyce, architekturze, planowaniu transportu i energetyce. Jaki model rozwoju miasta przyjmujemy? Czy jest on zorientowany na lanie betonu i asfaltu, wycinanie drzew i generowanie wysp gorąca, czy rozumiemy, że odpowiednia urbanistyka i architektura mogą zapobiegać negatywnym skutkom upałów?
Dobrą architekturą, zarządzaniem przestrzenią i zielenią możemy kompensować część tych problemów. Architektura tworząca naturalne przeciągi i zdrowy mikroklimat może sprawić, że zaoszczędzimy mnóstwo energii potrzebnej do chłodzenia budynków. Tutaj korzyści z właściwej polityki to nie tylko ochrona zdrowia, ale i np. niższe koszty energii, więc także zapobieganie inflacji.
Kiedy robi się bardzo gorąco, w miastach rozstawia się kurtyny wodne. Czy to działanie wizerunkowe, czy rzeczywiście obniża temperaturę w mieście? Sadzenie dużych drzew, rozszczelnianie placów, odbetonowywanie ich? Co byłoby najprostszym i najskuteczniejszym rozwiązaniem?
Kurtyny wodne są oczywiście reakcją, która może doraźnie pomagać i zapobiegać niektórym skutkom upałów. Trzeba jednak pamiętać, dlaczego muszą być ustawiane właśnie na takich placach. Jest to skutek bardzo dziwnej wizji rewitalizacji placów, rynków i innych przestrzeni, które w minionych latach zamienialiśmy w betonowe patelnie.
Betonoza i asfaltoza stały się zresztą plagą. Tak naprawdę pieniądze zostały wyrzucone w błoto, ponieważ teraz wypadałoby to wszystko zrywać, budować kwietniki i sadzić drzewa. W wielu przypadkach powinniśmy zacząć od tego, żeby po prostu przestać asfaltować kolejne powierzchnie oraz wycinać drzewa i zieleń pod coraz szersze drogi i parkingi.
Bardzo ważnym problemem jest też duża swoboda, jaką mają deweloperzy starający się maksymalizować komercyjnie użyteczną powierzchnię mieszkaniową przeznaczoną do sprzedaży.
Jest tutaj mnóstwo powiązanych wątków. Oczekiwanie, że parkingi będą budowane wszędzie, gdzie tylko jest to możliwe, wynika między innymi ze słabo zorganizowanego transportu publicznego. W sytuacji, w której oboje rodzice pracują i muszą dojeżdżać, rodzina często potrzebuje dwóch samochodów. To zwiększa zapotrzebowanie na miejsca parkingowe.
Zamiast drzew ludzie, patrząc doraźnie na swoją sytuację, wolą mieć gdzie zaparkować. To niestety będzie miało bardzo poważne konsekwencje w przyszłości dla kosztów utrzymania infrastruktury miejskiej. Innym zastrzeżeniem do tych kurtyn wodnych jest narastający problem dotyczący gospodarki wodnej. Wraz ze zmianami klimatu woda staje się zasobem coraz bardziej deficytowym. Wysychająca Odra to niestety znak tego, co nas czeka. W tym kontekście marnowanie wody na kurtyny wodne nie jest rozwiązaniem przyszłościowym.
Musimy bardzo poważnie przemyśleć, jak budujemy miasta, żeby zachowywać wodę i przygotowywać się na pogłębiające się problemy związane z suszą.
Czy deweloperzy nie powinni być zobowiązani do zachowania zieleni albo posadzenia określonej liczby drzew przy okazji budowy? Wszyscy znamy historie inwestycji reklamowanych rzekomo znajdujących się w zielonej okolicy, po czym okazywało się, że na całym osiedlu jest kilka metrów kwadratowych trawy.
Niestety, obecnie wygląda to tak, że deweloperów w kwestii wycinania drzew ograniczają jedynie przepisy prawa. Bardzo często są one obchodzone na wszystkie możliwe sposoby.
Gdybyśmy mieli budownictwo mieszkaniowe niezorientowane w tak dużym stopniu na spekulację i maksymalizację zysku, to po pierwsze mieszkania mogłyby być tańsze, a po drugie moglibyśmy poważniej myśleć o zieleni, utrzymaniu korytarzy przewiewu. Jest to istotne nie tylko podczas upałów, ale również z punktu widzenia przewietrzania miasta i ograniczania smogu.
Buduje się obecnie tak, żeby zmaksymalizować powierzchnię przeznaczoną na mieszkania i towarzyszące funkcje typu parkingi. Skutkuje to tym, że osiedla stają się wyspami ciepła i musimy wydawać ogromne pieniądze na klimatyzację.
To jest moment, w którym powinniśmy wrócić do pewnych tradycji architektury i budownictwa. Będziemy musieli inspirować się kulturami, które od dawna kształtowały swoją architekturę w cieplejszym klimacie. Budynki tworzono tam tak, żeby generowały naturalne przeciągi w pomieszczeniach.
Przykładem są mieszkania zorientowane na więcej niż jedną stronę świata. Dzięki różnicy temperatur i ciśnienia są one w naturalny sposób wentylowane, bo powstaje w nich przeciąg.
Może się to wydawać trywialne, ale może mieć ogromne konsekwencje także dla naszych kieszeni. Zieleń sprawia również, że domy nie nagrzewają się tak mocno, a więc przynosi bezpośrednie korzyści ekonomiczne.
Jest tutaj mnóstwo powiązanych wątków. Nie da się jednak myśleć o nich w sposób kompleksowy i sensowny, dopóki jedynym bodźcem pozostaje maksymalizacja zysku i maksymalne zagospodarowanie działki budowlanej pod powierzchnię mieszkaniową i parkingową.
Efekt jest taki, że nowoczesne osiedle staje się patelnią do smażenia pokoleń młodszych i starszych.
Wspomina pan o klimatyzacji, ale nie każdego na nią stać. Tak samo nie każdego stać na mieszkanie w domu jednorodzinnym w podmiejskiej miejscowości, gdzie ma się zieloną działkę. Osoby mieszkające w domu z działką mogą być bezpieczniejsze od tych, które mieszkają w nagrzewającym się, zabetonowanym mieście?
Niby tak, ale i tu widzimy problemy. Patrząc na to, jak wyglądają współczesne osiedla podmiejskie, jestem ogromnie rozczarowany. Powiem szczerze, że na wielu z nich nie chciałbym mieszkać.
Tam nagminnie ma być trawnik, ale bez drzew. Drzewa są wycinane z przyczyn, których absolutnie nie rozumiem. Czasem mówi się o względach estetycznych, o tym, że jesienią spadają liście i trzeba je grabić. W ten sposób oszczędzamy sobie grabienia, ale pozbawiamy się cienia i mikroklimatu.
Zresztą, polskie miasta zaczęły się rozrastać według modelu samochodowych przedmieść. Aspekt nierówności społeczno-ekonomicznych jest tu bardzo ważny.
Jest to trend bardzo przypominający to, co działo się w Stanach Zjednoczonych przez ostatnie dziesięciolecia. Pogłębia on problemy, o których wcześniej mówiliśmy, ponieważ uzależnia funkcjonowanie mieszkańców miasta od samochodów.
To z kolei powoduje konieczność budowania większych i szerszych dróg oraz kolejnych parkingów. Jeżeli ktoś mieszka na osiedlu domów jednorodzinnych poza miastem, to bardzo często może wydostać się z niego właściwie tylko samochodem. To tworzy problemy z dostępem do infrastruktury typu szkoły, przychodnie, sklepy.
Istnieją oczywiście tradycyjne, stare przedmieścia, tak zwane przedmieścia tramwajowe, ale ten model niestety zanikł. Kiedyś deweloperzy najpierw budowali linie tramwajowe, żeby przyciągnąć mieszkańców do swoich osiedli. Teraz polegają tylko na samochodach i komunikacja publiczna – dostępna dla młodzieży, starszych, mniej majętnych – staje się reakcyjnym zadaniem władz publicznych.
Warto dodać jeszcze jeden wątek bardziej polski. W wielu miejscach budujemy domy jednorodzinne w modelu tak zwanej urbanistyki łanowej. Od jednej drogi, która kiedyś przechodziła przez wieś i pola, tworzy się odchodzące od drogi wewnętrzne, przy których wydzielane są działki pod domy.
Generuje to dodatkowe obciążenie komunikacyjne. Wszyscy mieszkańcy tych osiedli spotykają się w jednym kanale komunikacyjnym. W godzinach szczytu wszyscy stoją w korkach.
Takie rozwiązania mają mnóstwo konsekwencji, których człowiek początkowo nie dostrzega, ponieważ traktujemy ten proces jako naturalny kierunek rozwoju miasta. Na przykładzie amerykańskim widzimy jednak, że takie miasta przestają być zrównoważone i mają coraz większe trudności z utrzymaniem infrastruktury.
Do tego dochodzi problem tak zwanej małej retencji. Betonowanie kolejnych powierzchni, budowanie dróg i pokrywanie terenu asfaltem sprawia, że nawet w miejscach znajdujących się daleko od rzek – przy gwałtownych ulewach – powstają lokalne podtopienia, paraliż komunikacyjny i szkody majątkowe.
Czy nasze miasta są więc gotowe na upały? Czy powinny powstawać mapy miejsc najbardziej narażonych na przegrzewanie, żeby można było kierować tam dodatkową pomoc?
Dobre polityki miejskie powinny na poważnie traktować planowanie przestrzenne. A w ich przypadku dbanie o zieleń – w tym zachowanie starych, rozłożystych drzew, dających zdrowy mikroklimat – nie jest fanaberią estetyczną, ale kwestią ekonomii i zdrowia. To oszczędność prądu, to prewencja udarów (oszczędność dla NFZ) i przestrzeń dla dzieci do zabawy bez smartfonów.
To kwestia lokalnej ekonomii, gdzie architektura wyboru zachęca nas do spacerów i lokalnych zakupów.
Wbrew pozorom najnowocześniejsze i oparte na dowodach wizje nowego urbanizmu przywołują wizje tradycyjnych przestrzeni miejskich. Tradycja ta ma oczywiście nowomodną nazwę „miasta 15-minutowego”, w którym do najważniejszych punktów usługowych, zdrowotnych i innych można dotrzeć pieszo. Wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy mamy wtedy pod ręką. Nie jesteśmy skazani na samochód. To podejście ma mnóstwo dodatkowych korzyści, bo w ten sposób unikamy również pustyń żywieniowych, czyli miejsc pozbawionych dostępu do świeżej żywności. Powracamy do idei lokalnych centrów życia społecznego z kawiarnią za rogiem i targiem świeżej żywności w okolicy. Odtwarzamy ideę tzw. trzeciego miejsca, gdzie życie kwitnie sąsiedzkie i wspólnota lokalna, która wspiera opiekę nad starszymi oraz wychowanie dzieci.
Przy okazji. Można powiedzieć wiele złego o PRL-u, ale urbanistyka z tamtego okresu – te blokowiska przez lata odsądzane od czci i wiary – obecnie okazują się bardzo atrakcyjne.
Mieszka się tam wprawdzie w bloku, ale ma pawilon usługowy, przychodnię i szkołę w pobliżu. Wracając do tematu – upałów – na tych starych osiedlach przewidziano przestrzeń na zieleń i te drzewa zdążyły wyrosnąć. Teraz dają wspaniały cień, wytchnienie i mikroklimat.
Zieleń nie musi być luksusem przedmieść.
Czy system ochrony zdrowia jest przygotowany na upały i przyjęcie większej liczby zagrożonych osób? W jaki sposób powinniśmy reagować systemowo?
W dużym uproszczeniu powiem „tak”. Zła urbanistyka jest ogromnie kosztowna dla systemu zdrowotnego. Betonowo-asfaltowe patelnie zwiększają ryzyko udarów i interwencji ratownictwa medycznego. Wszystkie rozwiązania, o których wcześniej wspomniałem, mają ten sens, że zwiększają odporność i zrównoważenie systemu. Ograniczają ryzyko gwałtownego wzrostu liczby przypadków i obciążenia systemu ochrony zdrowia.
Rozmawialiśmy o mieszkaniach. Czy istnieje więc sposób na schłodzenie mieszkania bez klimatyzacji? Co możemy robić w mieszkaniach, biorąc pod uwagę infrastrukturę, którą obecnie mamy, żeby radzić sobie z upałami?
Na pewno znaczenie ma izolacja termiczna. Termomodernizacja była wielokrotnie rozpatrywana przede wszystkim w kontekście zimy, ale dobrze zrobiona przynosi nam również korzyści latem, ponieważ izoluje budynek przed nagrzewaniem.
Wspominałem też o planowaniu mieszkań w taki sposób, żeby w miarę możliwości miały okna na różne strony świata i zamiast klimatyzacji wykorzystywały przeciągi powstające naturalnie w związku z różnicami temperatur i ciśnienia.
Innym wątkiem do rozpatrzenia jest kolorystyka budynków. Nadal funkcjonuje moda na czerń i bardzo ciemne odcienie szarości. Warto zrewidować te mody, ponieważ takie kolory pochłaniają promieniowanie i powodują silniejsze nagrzewanie budynku.
Jest tutaj mnóstwo zagadnień, które należy przemyśleć przy odpowiednio szerokim horyzoncie. W wielu kwestiach musimy iść na kompromisy wynikające z rzeczywistości oraz bilansu kosztów.
Nie możemy jednak poprzestawać na doraźnym i domyślnym rozwiązaniu pod tytułem: inwestujemy w klimatyzację albo kurtyny wodne. Jest to rozwiązanie, które może przysporzyć nam w przyszłości większych problemów, nie wspominając o tym, że może bardzo poważnie podrożyć koszty naszego życia.
Rozmawiamy dużo o infrastrukturze, której przebudowa wymaga czasu. Czy widzi pan rozwiązania, które można stosunkowo szybko zalecić rządowi i samorządom? Co można zrobić już teraz?
W wymiarze szybkiej reakcji kurtyny wodne mogą ratować ludzi przed skutkami upałów, ale jest to wyłącznie rozwiązanie doraźne. Można je porównać do maseczek podczas pandemii.
Nie możemy traktować ich jako stałego rozwiązania. Musimy myśleć o zapobieganiu i eliminowaniu źródeł problemów.
Jednym z bezpośrednich rozwiązań, które widzę jako politolog zajmujący się systemem zdrowotnym, byłoby wprowadzenie i zinstytucjonalizowanie mechanizmów tzw. oceny skutków zdrowotnych w planowaniu przestrzennym, planowaniu transportu, a nawet podczas projektowania konkretnych inwestycji.
Takie rozwiązanie może wydawać się trudne i kosztowne, ale może przynieść ogromne korzyści długofalowo, jeżeli zostanie zastosowane rozsądnie i zgodnie ze swoją intencją, czyli z uwzględnieniem wszystkich determinantów zdrowia. To technika, która łączy udział mieszkańców z wiedzą ekspercką.
Ocenę skutków zdrowotnych można stosować zarówno podczas oceny projektów zagospodarowania przestrzennego, programów rewitalizacji dzielnic i placów, jak i przy konkretnych projektach inwestycyjnych, na przykład dotyczących budownictwa mieszkaniowego.
Redagował Jacek Gorczycki

