Szymon Krawiec, „Wprost”: Ustawa wdrażająca unijną dyrektywę Women on Boards wchodzi w życie. Przynajmniej 33 proc. wszystkich stanowisk w zarządach i radach nadzorczych dużych spółek ma należeć do kobiet. Dobrze się stało?


Grażyna Piotrowska-Oliwa: Dla mnie to jest menedżerski koszmar.


Dlaczego? Przecież jest pani kobietą. Powinna się pani cieszyć.


Przez lata moim największym menedżerskim koszmarem była właśnie taka sytuacja: mamy wolne wysokie stanowisko w firmie i do wyboru dwóch kandydatów – świetnego do tej konkretnej branży i roli mężczyznę oraz kobietę z gorszym doświadczeniem i kompetencjami. Kogo więc wybieramy? Nie faceta, tylko kobietę, byleby tylko wypełnić te kwoty, żeby było 33 proc., jak mówi unijna dyrektywa.


Firmy zmusić się nie dadzą?


Znam historie wielu spółek, w których do zarządu lub rady nadzorczej wzięto kobietę, ale doświadczenia z nią były tak złe, że po podziękowaniu jej za pracę już długo do pomysłu kobiety na najwyższym szczeblu nie wracano.


Nie będzie równowagi płci, to Komisja Nadzoru Finansowego wlepi takiej firmie bez kobiet nawet 500 tys. zł kary.


Nie zdziwiłabym się, jeśli niektóre firmy będą wolały zapłacić 500 tys. zł kary, niż na siłę zatrudniać kobiety do zarządu i tworzyć jakieś sztuczne parytety. To jest za duże ryzyko dla potężnej organizacji, która przez złe decyzje osoby o niewystarczających kompetencjach może stracić dużo więcej niż te pół miliona kary od KNF.


Z kobietami na wysokich stanowiskach jest aż tak źle?

Udział