Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Polskie Sieci Elektroenergetyczne ogłosiły kolejne w tym roku okresy przywołania na rynku mocy. Co to właściwie oznacza dla polskiego systemu energetycznego i dla nas – zwykłych odbiorców prądu?
Piotr Woźniak: Częstotliwość sięgania po rynek mocy wyraźnie rośnie. Wcześniej, od momentu powołania tego mechanizmu takie przypadki miały miejsce zaledwie dwa razy – we wrześniu 2022 i w listopadzie 2024 roku. Fakt, że obecnie przywołania zdarzają się coraz częściej, świadczy o głębokim i narastającym deficycie mocy w polskim systemie. Umiemy tym zarządzać tylko na dwa sposoby: przywołując moce z odstawionych do rezerwy bloków energetycznych (lub ich części) oraz zwiększając import. Sprowadzamy energię głównie z Niemiec, ale także z Ukrainy, Czech i Szwecji. Jeszcze 10 lat temu byliśmy w Europie Środkowo-Wschodniej znani ze sprzedaży naszych nadwyżek, dziś jesteśmy stałym i pewnym kupcem.
Czy import jest dla nas korzystną alternatywą w sytuacjach awaryjnych?
Jest niesłychanie drogi. Okresowo eksportujemy energię z Polski, gdy pojawiają się chwilowe nadwyżki, ale różnica cenowa między tym, co sprzedajemy, a tym, co kupujemy, wynosi jak jeden do trzech. Jeśli sprzedajemy za 1, to kupujemy za 3. Saldo zagranicznego handlu energią jest dla Polski głęboko ujemny, co obciąża spółki energetyczne, a w konsekwencji trafia bezpośrednio na nasze rachunki. Do tego dochodzi problem samych opłat mocowych. Kiedyś, w czasach PRL, istniały tzw. stopnie zasilania czyli nieprzekraczalne limity poboru mocy i energii. Po transformacji uznano je za symbol dawnego ustroju i z nich zrezygnowano, ale kilkanaście lat temu wprowadzono w to miejsce tzw. rynek mocy.












