Jest niedziela, 1 lutego 1998. Do pensjonatu Krystyny B. w Zakopanem ma przyjechać na ferie 20-osobowa wycieczka z Łodzi; w domu trwają przygotowania. Mimo bieganiny obsługi jeden ze stałych lokatorów, zajmujących pokój na piętrze, śpi do południa. Budzą go dopiero kościelne dzwony. A po chwili przeraźliwy krzyk. Lokator wychodzi na korytarz, spogląda na dół przez barierkę. Na dole widzi chłopaka, który często siedzi u gospodyni. Po chwili krzyk: „Jezus Maria!”. To córka Krystyny B., patrzy w stronę garażu. W pobliżu stoi jeszcze jeden chłopiec. Lokator widzi, jak młokos rozmawia z właścicielką pensjonatu. Ta pyta go, czy na pewno zabrał pałkę. Tak, zabrał.
O trzeciej lokator wychodzi na miasto. Podczas spotkania ze swoją dziewczyną, barmanką w hotelowej restauracji opowiada, czego był świadkiem. To ma być ich tajemnica – mężczyzna boi się o życie. Dziewczyna jednak dzieli się sensacyjną informacją z szefową. Wiadomość dociera na miejscowy komisariat policji.
– Bratu musiało się coś przydarzyć – przekonuje dobę później dyżurnego policjanta na komendzie siostra Edwarda, męża Krystyny B. – W niedzielę Edek miał jak zwykle przyjść do mnie na obiad i przy okazji przynieść rzeczy do uprania. I nagle zniknął.
Funkcjonariusz uważa, że to nie jest jeszcze czas na wszczynanie alarmu.
Kilka dni później do miejscowego komisariatu policji przychodzi Krystyna B., aby oficjalnie powiadomić o zaginięciu męża: 1 lutego wyszedł z domu i do tej pory nie wrócił. Zgłoszeniu nie towarzyszy rozpacz, kobieta ma inne zmartwienie. Potrzebuje pilnie zaświadczenia o zaginięciu małżonka, bo chce przebudować strych pensjonatu, aby urządzić tam pokoje do wynajęcia. Ale firma remontowa potrzebuje zgody współwłaściciela.
– Takie sprawy załatwia się sądownie – poucza dyżurny policjant.
Już kilka osób się niepokoi o los górala. Ten 45-letni mieszkaniec Zakopanego, pracujący jako stróż nocny, nigdy dotąd nie wyjeżdżał poza horyzont Tatr. Najdalej od domu był w pobliskim lesie, gdy zbierał poroża na sprzedaż.
Dziwi się sąsiad zza płotu – chciał pożyczyć od B. wiertarkę i kilkakrotnie daremnie pukał do drzwi garażu, w którym Edward mieszka po wygnaniu go z domu. Z pytaniem o nieobecnego męża wszyscy zwracają się do Krystyny. Odpowiedź kobiety jest opryskliwa, na odczepnego: – Co mnie to obchodzi! Z Edkiem jestem w separacji, widocznie gdzieś polazł stary pijak.
Miesiąc później kobieta już oględniej odpowiada policjantowi, wezwanemu przez siostrę poszukiwanego. Nadal twierdzi, że nie wie, gdzie jest jej dręczyciel, ale ma pewne sugestie: Może uciekł do Ameryki albo popełnił samobójstwo, bo bał się zapuszkowania za pobicia, które – jako ofiara – zgłaszała na komendzie? Krystyna B. rzuca też podejrzenia na krewną Edwarda, zapytana telefonicznie, czy nie wie, gdzie on jest, odpowiedziała zagadkowo: „Tam, gdzie mu lepiej”.
Na wszelki wypadek mundurowi zasięgają informacji u straży granicznej; nikt o takich danych osobowych nie opuszczał Polski.
Na tym aktywność funkcjonariuszy się kończy – trzeba czekać, co przyniesie życie. Tylko sąsiad zza płotu jest zgorszony, że Krystyna B. już następnego dnia po zaginięciu Edka otworzyła w domu pokoje, sądownie przyznane jej mężowi. Zaczęła tam urządzać kwatery do wynajęcia. Rozebrała też drewnianą szopę Edwarda. Przed właścicielem firmy, która remontowała dach w jej pensjonacie, nie ukrywała radości, że wreszcie nie musi mijać się na podwórzu ze ślubnym. Zwierzała się, że aby przyspieszyć rozstanie na jej warunkach, wrobiła go w znęcanie się nad rodziną. Miała nadzieję, że on pójdzie za kratki, a jej zostanie cały pensjonat. Córka pomogła tak zainscenizować skutki napaści (porwana bluzka, namalowane siniaki na ciele), że policja uwierzyła.
Uciekł, znów się ociągaliście
W miejscowej komendzie policji nazwisko Edwarda B. jest znane każdemu dyżurnemu. Krystyna B. odkąd związała się z pewnym żonatym mieszkańcem Zakopanego robi wszystko, aby zamknąć męża w więzieniu. Rozwód nie wchodzi w rachubę, bo wówczas musiałaby podzielić się majątkiem. Konkretnie domem, z którego żyje, wynajmując pokoje. Ale żeby mąż, który przed pięściami żony chowa się w szopie, mógł być oskarżony o bicie ślubnej, trzeba fabrykować dowody. Najlepiej przypieczętowane interwencją policji. Góralka często wzywa patrol – przekonuje funkcjonariuszy, że mąż o mało co nie złamał jej ręki albo że chciał zrzucić ją ze schodów. Zazwyczaj obrażenia wyglądają na samookaleczenie, a rzekomego napastnika nie ma w domu. – Uciekł, znów się ociągaliście! – dostaje się mundurowym.
O tym wszystkim wiedzą sąsiedzi, ale wolą milczeć.
Tymczasem Krystyna B. interweniuje w Warszawie w sprawie opieszale wlokącego się śledztwa. Komendantowi głównemu skarży się, że podczas rewizji przewrócono jej dom do góry nogami i oczywiście niczego nie znaleziono. Telefon ma na podsłuchu. To spisek miejscowej komendy z siostrą Edwarda, żoną emerytowanego policjanta.
Przy okazji kobieta usłużnie donosi, że dużo wie o sprzedaży narkotyków i handlu ostrą bronią w Zakopanem. Gdyby organy ścigania były zainteresowane, gotowa iść na współpracę. Kwestia pieniędzy za poufne informacje jest do uzgodnienia.
Komenda Główna Policji nie przyjmuje konfidenckiej oferty. Ale śledztwo zostaje przekazane oficerom kryminalnym z Nowego Sącza. Kiedy 22 października policjanci przeszukują pensjonat, znajdują w garażu plamy krwi i zakrwawioną męską koszulę.
Łamie się syn Krystyny B. Wcześniej, podczas pierwszego przeszukania nic nie miał śledczym do powiedzenia, teraz zeznaje, że gdy w połowie lutego wrócił z obozu sportowego, siostra zwierzyła mu się, że słyszała jęki ojca bitego pałką przez ich kolegów ze szkoły, często przesiadujących u matki. Wieczorem gdzieś ojca wywieziono. – Mam przeczucie – zeznaje przesłuchiwany – że go zamordowano.
Czy pożyczy pan narty?
Śledczym opłaciło się objęcie nadzorem technicznym stacjonarnego telefonu Krystyny B. Okazuje się, że często rozmawia jakby szyfrem z tymi trzema nastolatkami, o których wspominał na przesłuchaniu syn właścicielki pensjonatu: Adamem A.*, Józkiem S. i Markiem C.
Co łączy wyrostków z 34-letnią góralką, matką trójki dzieci, ciągle skrzywioną, bo dokucza jej ból kręgosłupa? Z policyjnego rozeznania wynika, że od kilku tygodni godzinami przesiadywali w jej kuchni (po 1 lutego już nie). A co z odrabianiem lekcji? Pochodzili z normalnych rodzin, nie dokuczała im bieda, nie chodziło więc o to, że gospodyni częstowała ich kolacją. Może cierpliwie wysłuchiwała ich zwierzeń? Bo były z nimi pewne problemy wychowawcze – jeden odpowiadał w sądzie rodzinnym za włamania i kradzież roweru, inny próbował ukraść motocykl. Ale przydzielony kurator uważał, że podopieczni wyrosną z tej łobuzerki.
Zapada decyzja o wezwaniu chłopców na komendę policji.
– Początkowo planowaliśmy zabić pana Edka na ulicy – zeznaje bez oporów podczas pierwszego przesłuchania Józef S. – Ale pani Krystyna uważała, że lepiej to zrobić w domu. Czuliśmy się wyróżnieni, że nas wybrała, wtajemniczyła w swoje plany. Prześcigaliśmy się w propozycjach: może zrzucić go ze schodów? Albo zaatakować z tyłu, gdy pojawi się na podwórzu? Nie baliśmy się więzienia, bo ona twierdziła, że nic nam nie zrobią, bo nie mamy jeszcze 17 lat. A 19-letniego Adama sama osłoni, bo ma wtyki w miejscowej policji – opowiada chłopak.
– Przygotowałem metalowy pręt, położyłem go w pensjonacie pod grzejnikiem i czekałem na okazję. W tamtą niedzielę przyszedłem do pani Krystyny przed dwunastą. Trochę się bałem, czy potrafimy to zrobić. Jeszcze raz zapytałem, czy zabójstwo jest konieczne. Ona, że trzeba, bo pijak odstrasza chętnych na kwatery. „A co będzie, gdy ktoś się dowie?” – pytałem. „Nic się nie bój” – ona odpowiadała i zapewniała, że sama usunie wszystkie ślady. Wtedy zobaczyłem przez okno, że pan Edek wraca, pewnie był na sumie. Pani Krystyna od razu poszła do swojego pokoju, żeby zadzwonić po Marka. Przyszedł z pistoletem gazowym i drewnianą pałką, miał to schowane za paskiem. Pani B. ponaglała, żebyśmy się szybko uwinęli, bo lada moment może wrócić z Krupówek wycieczka. Włączyła głośną muzykę – zeznaje.
Z dalszej części protokołu pierwszego zeznania Józefa S. wynika, że zapytał górala przez drzwi garażu, czy pożyczy narty. Kiedy ten otworzył z klucza, Marek C. strzelił mu w twarz z pistoletu „straszaka”. Oślepiony chwilowo B. wybiegł z krzykiem na korytarz, i tam Józek uderzył go metalowym prętem w kark. Napadnięty skulił się, a wówczas Marek zaczął go okładać kolbą od pistoletu.
– Tłukłem pana Edka metalową rurą tak długo, aż upadł – wyznaje S. – Wtedy chwyciłem go za nogi i wciągnąłem do garażu. Potem pobiegłem z pistoletem Marka do pokoju pani Krystyny. Broń nie była już zakrwawiona, wcześniej wytarłem ją o koszulę pana B. Schowałem pistolet pod stertą prania ściągniętego ze sznurka i wróciłem do garażu. Pan Edek leżał na betonie, nie ruszał się, ale Marek nadal uderzał go rurą po głowie. Nie sprawdzałem pulsu. Zamknęliśmy drzwi na klucz, który daliśmy pani Krystynie. Kiedy zobaczyła, że Marek ma zakrwawione spodnie, kazała mu się przebrać w czyste ubranie jej syna. Uzgodniliśmy, że skombinujemy auto, aby wywieźć gdzieś zwłoki – szczegóły szokowały policjantów coraz bardziej.
Nastolatkowie poszli do swoich domów. Wieczorem C. zadzwonił do Józefa S., żeby spotkali się koło wyznaczonego sklepu. Adam A. już tam na nich czekał. Uradzili, że wywiozą zwłoki do lasu pozostawionym u Marka samochodem pewnego turysty. Krystyna B. dała im foliowy worek, żeby owinęli głowę ofiary, bo chłopcy bali widoku otwartych oczu zmarłego. Ciało porzucili koło drogi do Olczy. Przysypali je śniegiem tyle, ile dało się zgarnąć butami. Dwa dni później Marek C. zdecydował, że trzeba wrzucić zwłoki do studzienki kanalizacyjnej, gdzie nie dosięgną ich dzikie zwierzęta. Kiedy po miesiącu okazało się, że w pobliżu zaczynają się roboty hydrauliczne, zakopali szczątki Edwarda B. pod lasem.
Stało się
Marek C. zaczyna składanie wyjaśnień od wyznania, że słyszał wiele złego o Edwardzie B. od jego żony i ich dzieci, ale nigdy nie widział go nawet zagniewanego.
– To Adam namówił mnie na zamordowanie tego pana. Wahałem się, ale on był starszy, powiedział, że nie mogę się wycofać, bo zostałem wtajemniczony. Chciałem uciec, gdy zobaczyłem pana Edka siedzącego w garażu na łóżku. Ale Józek szturchnął mnie łokciem, dając sygnał do działania. Strzeliłem z pistoletu i wtedy ten góral krzycząc z bólu rzucił się na nas, wypchnął na korytarz. Biliśmy go bez opamiętania, był coraz słabszy, na koniec już tylko jęczał. W pewnej chwili Józek się zmęczył, więc wziąłem od niego pręt i postanowiłem dobić B., bo się bałem, że gdy odzyska przytomność, powie komuś, co mu zrobiliśmy. Już po wszystkim pani Krystyna zeszła do garażu – popatrzyła i bez słowa zamknęła drzwi na klucz. Nas zaprosiła do swego pokoju – opowiada jeden z napastników.
Przyznaje, że czuł się źle, gdy jedna z córek B. zapytała, co się stało. Powiedział jej wtedy, że zostali zaatakowani przez Edwarda i mieli pobić go w obronie własnej.
Policjantom wyzna, że dręczy go sumienie. – Ale też się boję, że pani Krysia zemści się za to, że wszystko opowiedziałem – mówi C.
19-letni Adam A. ma przygotowaną linię obrony. Jako winnych, wskazuje obu 16-latków. On robił wszystko, aby nie wciągnęli go w zbrodnię.
– Na Krystynę B. mówiłem ciotka. Często mnie gościła. Pewnego dnia konspiracyjnie zaprosiła nas trzech do swojego pokoju, żeby na osobności omówić pewną ważną sprawę, w tajemnicy przed jej dziećmi. Chodziło o to, że musi się pozbyć męża. Nawet wróżka jej przepowiedziała, że wkrótce zostanie wdową, proroctwo ma nagrane na taśmie VHS. To już postanowione, trzeba tylko obmyślić sposób. Odbyliśmy tym celu kilka narad. Adama i Marka najbardziej interesowało, czy Krystyna na pewno nam zapłaci. Ja nie pytałem ile, cały czas kombinowałem, jak zrobić, żeby mnie przy tym nie było. I wymyśliłem – rozcięcie prawej dłoni na stłuczonej szklance. Ciotka musiała się pogodzić z faktem, że się nie nadaję.
Tego dnia wieczorem przypadkowo spotkałem koło sklepu Marka C. i on mi powiedział: „Stało się. Edward pierwszy ich zaatakował, ciało leży w garażu, trzeba je wywieźć”. Zapytał, czy pomogę. Niepotrzebnie się zgodziłem.
Dalsza część protokołu przesłuchania jest o wędrówce ze zwłokami Edwarda B. po Zakopanem. Śledczy o tym już wiedzą z wyjaśnień młodszych chłopców. W ich wersji Adam A. udoskonalał pomysły swych kolegów. Na przykład, zabrał z domu plastikową rurę, którą włożyli na dno studzienki kanalizacyjnej, żeby wrzucone zwłoki nie zatkały odpływu.
Czy czuł wyrzuty sumienia? Nie mówi o tym podczas przesłuchania. Dodaje tylko, że po 1 lutego przestał chodzić do Krystyny, a podczas rzadkich spotkań z Józkiem i Markiem nie rozmawiali na temat Edwarda B.
W zimnym garażu
– Jestem niewinna – Krystyna B. zarzeka się w prokuraturze. – Ciężko pracuję, nawet w niedzielę. 1 lutego była u mnie wycieczka uczniów z Łodzi i jeszcze gościłam dwóch kuzynów. Wszystkich trzeba było obsłużyć. Po wydaniu śniadania położyłam się, bardzo bolał mnie kręgosłup. Otworzyłam oczy o godzinie 13 – mówi kobieta.
Nie wie, dlaczego policja ją dręczy. Zastanawia się na głos, czy ta krew na ścianie w garażu to robota siostry męża; bo oni się kłócą o majątek. – Pierwszego lutego nie dzwoniłam do Marka. Może ktoś inny skorzystał z telefonu w moim pokoju. Mój sen po środkach przeciwbólowych był głęboki – opowiada.
Również podejrzany konkubent Krystyny B. twierdzi, że ze sprawą zaginięcia górala nie ma nic wspólnego. Ale akta śledcze pęcznieją od zeznań coraz liczniejszej grupy świadków.
Siostra Krystyny B. widziała ją dosypującą mężowi do zupy pomidorowej trutkę na szczury. Żeby się skusił, postawiła garnek na widoku. Nie udało się, bo mężczyzna najpierw dał zupę ukochanemu psu, a ten nie przeżył zatrucia.
Najwięcej ma do powiedzenia siostra Edwarda, która widziała się z bratem codziennie, w czasie obiadu. Cierpiał, bo jego dzieci, nastawione wrogo przez matkę, gardziły poniewieranym ojcem. A on nie potrafił nawiązać z nimi kontaktu, zaraz po pracy na nocnej zmianie przemykał się do garażu i tam siedział do zmroku. Nie chciał być ponownie obrzucony kamieniami z rąk wynajętych przez żonę wyrostków. Raz uratował go sąsiad, który przypadkowo znalazł się w tym miejscu.
Nie wiadomo, jak spędzał zimę, gdy samotnie przebywał w zimnym garażu. Popijał, głównie piwo. Mógłby się urządzić w dwóch pokojach pensjonatu przydzielonych mu przez sąd, ale brakowało mu odwagi. Prowokowany przez żonę nie zawsze miał policję po swojej stronie. Potrafiła go bez trudu przegadać, miała niewyczerpane pomysły, aby bezpodstawnie oskarżyć.
Mówiłem tak, jak chcieli policjanci
Nadal nie ma ciała. Nie pomaga przeczesywanie terenu tyralierą funkcjonariuszy. Ani sprawdzanie gruntu sondami w miejscach wskazywanych przez podejrzanych. Albo nie pamiętają, gdzie zakopali ciało, albo celowo wprowadzają policję w błąd. Nad zakopiańskimi polami i lasami krąży helikopter, z kamerą termowizyjną. Pilot ma dodatkowo mapkę od jasnowidza Jackowskiego.
11 miesięcy po zaginięciu udaje się znaleźć zarośnięty już trawą dół, w którym leżą szczątki poszukiwanego mężczyzny.
Prokurator może postawić podejrzanym zarzuty. Józefowi S. i Markowi C., że pozbawili Edwarda B. życia. Adamowi A., że nakłaniał młodocianych, aby zabili górala, a potem utrudniał postępowanie przygotowawcze. Krystyna B. została oskarżona o namawianie chłopców do zabójstwa, ponadto w czasie mordowania stała na czatach.
Dwaj najmłodsi przyznają się do zbrodni.
– Pomówili mnie, bo wiedziałam o ich napadach – krzyczy podczas przesłuchania Krystyna B. Domaga się zwolnienia z aresztu.
Proces rozpoczął się w Sądzie Okręgowym w Nowym Sączu w październiku 1999 roku. Oskarżeni są przywożeni z aresztu. Po ich zachowaniu widać, że za kratkami zostali przeszkoleni przez doświadczonych kryminalistów. Już nie płaczą jak podczas śledztwa, odwołują poprzednie wyjaśnienia, jako wymuszone biciem policjantów.
Józek S, twierdzi, że do domu Krystyny poszedł nie z myślą o zabiciu Edwarda, tylko w zupełnie innej sprawie. Temat morderstwa został wywołany przez gospodynię.
Marek C. też prostuje. – Nie dobijałem napadniętego, tak tylko powiedziałem Krystynie, bo nie chciałem być gorszy od Józka. Kiedy wciągałem pana Edka do garażu, wziąłem metalowy pręt od S. i zamknąłem drzwi. On został na korytarzu. Nie uderzałem mężczyzny, tylko stałem nad nim i wykrzykiwałem, aby Józek myślał, że biję. Uważam, że S. ponosi winę za zabicie w 80 procentach. Ja tylko w 20, bo w sumie zadałem mniej uderzeń. W śledztwie wyjaśniałem tak, jak podpowiadali policjanci. Kiedy chciałem sprostować, odczytywali mi wyjaśnienia pozostałych aresztowanych w tej sprawie i radzili – będzie lepiej, kiedy się przyznam. Pod naciskiem przesłuchujących powiedziałem też wtedy, że o planach zabicia dowiedziałem się od Adama. Tak naprawdę dowiedziałem się od pani Krystyny.
Adam A. przyznał się do ukrycia i zbezczeszczenia zwłok. Twierdził, że zrobił to ze strachu przed dwoma nastolatkami, w jego przekonaniu zdolnymi do wszystkiego. Odwołał swoje wyjaśnienia ze śledztwa, że nigdy nie planował z Krystyną B. zabójstwa jej męża.
– Na komendzie mówiłem tak, jak chcieli policjanci. Potwierdzałem, ich sugestie, bo chciałem, żeby dali mi spokój, byłem wykończony przesłuchaniami.
Odpowiadali jako dorośli
Świadkowie, podobnie jak w czasie śledztwa, przedstawiali Edwarda B. jako porządnego, usłużnego sąsiada, maltretowanego w rodzinie, gdzie nie miał nic do powiedzenia. Kiedy któregoś wieczoru, zwrócił uwagę niepełnoletniemu wówczas Adamowi A. (nota bene synowi kochanka Krystyny), że po godzinie 22 powinien iść do domu, o tej porze dzieci już śpią, dostał od nastolatka krzesłem.
Inni znajomi pokrzywdzonego określali jego rodzinną sytuację dosadnie: był traktowany gorzej niż bezdomny pies, baliśmy się, że się powiesi. Żeby zawładnąć całym majątkiem, żona wyrzuciła go do garażu, latem spał w pasterskim szałasie. Oczerniany, nie umiał się bronić. A Krystyna B. była tak pewna swej bezkarności, że opowiadała przygodnym osobom, jak potrafi wrobić męża w znęcanie się nad rodziną. Proces zakończył się po czterech rozprawach. Prokurator zażądał skazania góralkę na dożywocie, a dla trzech nastolatków po 15 lat więzienia.
W lutym 1999 roku zapadł nieprawomocny wyrok: 25 lat za kratkami dla Krystyny B., 14 lat więzienia dla Marka C., 12 lat dla Józefa S. i 10 lat dla Adama A.
Sąd nie uwierzył w nowe wersje wyjaśnień oskarżonych. „Motywy działania Adama A. zasługują na szczególne potępienie zważywszy, że nakłaniał, a nawet bardzo nalegał na zabicie człowieka, z którym miał jedynie drobne nieporozumienie” – uznał sąd.
Józef S. i Marek C., mimo że mieli zaledwie po 16 lat, odpowiadali, jako dorośli, gdyż dopuścili się najcięższej zbrodni – zabicia człowieka i w tym wieku rozumieli, co to znaczy.
Wyjaśnienia Krystyny B., że nic nie wiedziała o zabójstwie, były odosobnione. Wszyscy pozostali oskarżeni potwierdzili, że od gaździny wyszedł pomysł pozbawienia życia jej męża. Zaplanowała napaść w szczegółach i czuwała, aby popełnieniu zbrodni nie przeszkodził niespodziewany powrót na kwaterę wczasowiczów. „Premedytacja, z jaką działała i jej bezwzględność przy nakłanianiu do zabójstwa dwóch 16- latków będących pod jej silnym wpływem, zasługują na szczególne potępienie” – uznał sąd.
O łaskę do prezydenta
Skazani S. i C. nie odwołali się od wyroku. Apelacje do sądu w Krakowie wnieśli obrońcy Adama A. i Krystyny B. Adwokat 19-latka eksponował świadome fingowanie przez jego klienta urazu ręki, aby nie uczestniczyć w morderstwie.
Pełnomocnik Krystyny B. ponownie wnosił o jej uniewinnienie, jako że działanie kobiety ograniczało się jedynie do narzekania na zachowanie męża i ewentualne zmuszanie go do opuszczenia domu. Rozmowy z nastolatkami właśnie tego dotyczyły, nie było mowy o zabójstwie. Nie ma też dowodów, że góralka stała na czatach, kiedy jej młodociani wspólnicy mordowali lokatora.
Sąd Apelacyjny uznał wyeliminowanie 34-letniej Krystyny B. ze społeczeństwa na 25 lat za słuszne. Tym bardziej, że aby zrealizować plan pozbawienia życia niewinnego ojca ich dzieci, całkowicie podporządkowała sobie chłopców, ledwie wkraczających w dorosłość. „Zdemoralizowała ich inspirując, namawiając, odsuwając wątpliwości etyczne i w końcu doprowadzając do tego, że w jej egoistycznie pojętym interesie dopuścili się zbrodni zabójstwa”.
Obrońca Adama A. złożył kasację do Sądu Najwyższego wnosząc o uchylenie wyroku SA i ponowne rozpatrzenie sprawy. 4 marca 2002 roku SN uznał kasację za oczywiście bezzasadną. Zgodził się natomiast z argumentami prokuratury i uniewinnił skazanego od zarzutu poplecznictwa i zbezczeszczenia zwłok. Kara 10 lat więzienia pozostała.
Krystyna B. nie pogodziła się ze swym losem. W październiku 2003 roku wystąpiła do prokuratora generalnego o wszczęcie z urzędu postępowania o jej ułaskawienie. Nadal uważała się za niewinną. Na dowód, że „rzetelność procesu sądowego została poważnie pogwałcona” poinformowała: „Osobnicy, którzy zamordowali mojego męża mieli z nim porachunki, wcześniej go pobili”. Z braku jakichkolwiek dowodów organy ścigania uznały ten motyw za wymyślony.
Trzy miesiące później skazana zwróciła się za pośrednictwem sądu do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Podanie nie dotarło do adresata, gdyż nie zostało pozytywnie zaopiniowane przez wymiar sprawiedliwości. Krystyna B. po kilku miesiąca ponowiła prośbę do głowy państwa, obiecując: „Z chwilą otrzymania łaski będę żyć godnie”. Ale i to podanie zostało odrzucone. Sytuacja nie zmieniła się, gdy w grudniu 2005 roku prezydentem RP został Lech Kaczyński.
Po tych porażkach skazana czterokrotnie występowała o przedterminowe zwolnienie z odbywania kary. Więzienne komisje penitencjarne nie dały się przekonać, że odbywająca karę jest skutecznie zresocjalizowana. „Skrucha Krystyny B. to pozór. Osadzona dostrzega jedynie negatywne konsekwencje swej izolacji, nie jest krytyczna względem popełnionego przestępstwa. Nie interesuje ją ofiara ani to, jak szkodliwy miała wpływ na nieletnie osoby, którym zleciła zabójstwo” – zaopiniował więzienny wychowawca.
B. odsiedziała prawie cały wyrok 25 lat – bez kilku miesięcy. Wszyscy skazani za śmierć Edwarda B. są już na wolności.
Z aktami sprawy zapoznaliśmy się w Sądzie Najwyższym. – Nadal są w naszym archiwum. Rzadko się zdarza bowiem aż taka determinacja w walce o uniwinnienie przy tak oczywistych dowodach – słyszymy.
* Inicjały chłopców zostały zmienione z uwagi na to, że popełnili zbrodnię, będąc młodocianymi. I odcierpieli kary.







![Bąkiewicz uniewinniony, Nawrocki sprzeciwił się nominacji nowego szefa SOP [NA POCZĄTEK DNIA] Bąkiewicz uniewinniony, Nawrocki sprzeciwił się nominacji nowego szefa SOP [NA POCZĄTEK DNIA]](https://bi.im-g.pl/im/11/85/1f/z33051665IER,Karol-Nawrocki.jpg)





