
- Podczas internetowej zbiórki prowadzonej przez Piotrka „Łatwoganga” Garkowskiego i rapera Bedoesa zebrano 282 741 778,76 złotych. Pieniądze te trafią do fundacji Cancer Fighters.
- – Obserwowaliśmy pozytywnie zwariowaną, spontaniczną akcję. W jej tle jest jednak organizacja, która nie jest spontanicznym tworem, tylko funkcjonuje od lat – podkreśla menadżer organizacji pozarządowych Krzysztof Dobies.
- W rozmowie podkreśla, że „Polacy są megafajnym społeczeństwem”, ale i przestrzega: „Momenty sukcesu nas łączą, a później te połączenia bardzo szybko zaczynają korodować”.
- Radzi też, jak weryfikować organizacje dobroczynne, zanim damy się porwać emocjom i wesprzemy akcję.
Jan Latała: Oglądałeś akcję Łatwoganga i Bedoesa?
Krzysztof Dobies: O samym wydarzeniu dość szybko się dowiedziałem, ale transmisję zacząłem oglądać w ubiegły weekend. Wszyscy żyli zbiórką: rodzina, znajomi. Mnie też udzieliły się emocje, ostatnie godziny oglądałem z wypiekami na twarzy. Miało się wrażenie, że to się dzieje na wyciągnięcie ręki, że prawie możemy wejść do tego mieszkania.
Co zrobiło na tobie wrażenie?
Spontaniczność całego przedsięwzięcia. Przypominam sobie swoje emocje, kiedy wraz z przyjaciółmi brałem udział w podobnym przedsięwzięciu, czyli w pierwszych finałach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, najpierw jako wolontariusz, później jako organizator sztabu. Obserwowałem wtedy początki wielkiego ruchu, organizacji społecznej. Obserwując zbiórkę Piotrka „Łatwoganga” i Bedoesa, miałem wrażenie, że cofnąłem się o 30 lat. Widzę, że jako Polacy wciąż umiemy dać porwać się emocjom, szczerej chęci niesienia pomocy. Potrafimy angażować się w przedsięwzięcia, które w jakimś wymiarze są enigmatyczne. To oznacza, że cały czas jesteśmy megafajnym społeczeństwem z głęboko wbudowanym genem solidarności społecznej.
Jak patrzyłeś na wydarzenie z zawodowego punktu widzenia?
Pobieżnie znałem fundację Cancer Fighters, która jest beneficjentem przedsięwzięcia. Kiedy jednak akcja zaczęła osiągać milionowe rezultaty, odruchowo, z perspektywy znawcy NGO-sów (Non-Governmental Organisation, organizacja pozarządowa – red.), sięgnąłem do dokumentów. Sprawdziłem stronę internetową samej organizacji, zajrzałem do rejestru Narodowego Instytutu Wolności (instytucja, która zajmuje się rozwojem społeczeństwa obywatelskiego, organizacji pożytku publicznego i wolontariatu – red.), upewniłem się, czy są publikowane sprawozdania organizacji, jak jest kontrolowana, jaki ma statut. Oczywiście na fali emocji wysłałem darowiznę, ale zrobiłem to już po tym, jak przeczytałem o organizacji, zerknąłem do sprawozdań, sprawdziłem, czy wszystko publikowane w terminie. Każdy to może sprawdzić, to ważne.
Co zobaczyłeś?
To jest organizacja zarejestrowana w Polsce, która działa legalnie i też transparentnie. Publikuje szczegółowe sprawozdania, ma doświadczenie w realizacji swoich celów, szczegółowo informuje o tym, co robi, ma określone osoby we władzach i nie są to postaci anonimowe. Dla mnie duże znaczenie ma też to, że organizacje ma status organizacji pożytku publicznego (OPP).
Dlaczego to jest ważne?
Decyzję o przyznaniu statusu OPP podejmuje sąd. Trzeba spełnić określone wymagania, a później prowadzić działalność transparentnie i realizować sprawozdawczość pod rygorem utraty statusu. Z perspektywy zawodowca wszystko to dało mi poczucie spokoju, bezpieczeństwa, że warto tę akcję wesprzeć.
To przydatna wiedza dla każdego z nas.
Często tłumaczę, że nawet jeżeli wysyłamy 50 złotych na jakiś cel, powinniśmy w sobie wyrabiać odruch sprawdzania podstawowych informacji o obdarowanej organizacji: strony internetowej, raportów, które są w KRS-ie, czy na stronie NIW-u. Powinniśmy sprawdzać, komu pomagamy i czy ta pomoc, będzie wykorzystana tak, jak sobie tego życzymy. Gdy wysyłamy 20, 50 czy 100 złotych, ufamy komuś, że zrealizuje on to, czego oczekujemy. Ale mamy też prawo i powinniśmy to sprawdzać.
W niedzielę 26 kwietnia w trakcie trwania streamu większość z nas zastanawiała się, czy zebrana kwota przekroczy kolejny próg. A ty?
Mówiłem sobie: rany, Julek, ale oni będą mieli jutro ciężki poranek! Wieczorem w niedzielę poszliśmy spać z poczuciem, że to była świetna akcja. Wyobrażałem sobie, że prezes i pracownicy fundacji, myśleli: mamy przed sobą teraz twardy orzech do zgryzienia, duże wyzwanie. Myślę, że taka emocja im towarzyszyła, kiedy ta zwariowana akcja pozytywnie się zakończyła.
Co się wtedy czuje?
Myślę, że Marek Kopyść, prezes Cancer Fighters, czuje odpowiedzialność. Odpowiedzialność względem darczyńców oraz „Łatwoganga” i Bedoesa, którzy rozkręcili zbiórkę. Ale również odpowiedzialność względem beneficjentów, którzy oczekują, że fundacja będzie im w stanie szybko pomóc. Oczekiwań w stosunku do organizacji rozwinie się teraz cały wachlarz. Mnóstwo ludzi będzie szukało pomocy w Cancer Fighters. Co jest, oczywiście, zasadne. Bardzo podobało mi się, że już w niedzielę pojawiło się pierwsze oświadczenie, jak te środki będą wykorzystywane. Wybrzmiał instytucjonalny głos, stanowisko organizacji. Czuć tu rozsądek i odpowiedzialności.
To znaczy?
Jak zrozumiałem, środki będą wykorzystywane na kilku kierunkach. W pierwszej kolejności będzie realizowana pomoc indywidualna, kierowana bezpośrednio do podopiecznych organizacji, gdzie trzeba pomóc szybko. Ale też realizowana będzie pomoc systemowa, która ma wesprzeć obszar onkologii dziecięcej w Polsce.
Szczegółowo o kierunkach w rozmowie z „Wyborczą Wrocław” mówił prof. Krzysztof Kałwak, który wejdzie do rady przy fundacji Cancer Fighters.
Widać, że organizacja stara się działać rozważnie, roztropnie, nie na wariata. Fundacja włącza ekspertów, nie bierze decyzji wyłącznie na siebie. Wydaje mi się, że jest bardzo dobrze realizowany wzorzec, który doskonale znamy, chociażby z WOŚP-u. Cieszę się, że nie padają żadne deklaracje w stylu: minie miesiąc i wszystkie pieniądze rozliczymy. Wiem, że przy tej skali kwoty były to niemożliwe. Gdyby taka deklaracja padła, zacząłbym się martwić.
Jakie inne działania wpisują się w znany ci wzorzec działania?
Trzeba dokładnie przeanalizować potrzeby, policzyć co, ile kosztuje. Ważną rolę będzie musiała odgrywać koordynacja z systemem ochrony zdrowia. Być może włączenie do rozmów konsultanta krajowego z zakresu onkologii dziecięcej, żeby dopasować to, co fundacja będzie chciała zrobić w systemie, do tego, czego system potrzebuje. Być może bezpośredni kontakt ze szpitalami. Jest bardzo dużo merytorycznej pracy do zrobienia. Słyszę, że fundacja jest tego świadoma. To bardzo cieszy, bo to oznacza, że jest szansa efektywny zastrzyk bardzo potrzebnego wsparcia dla konkretnej dziedziny medycyny. Ogromne są też potrzeby indywidualne, w wielu przypadkach potrzebne jest bardzo szybkie działanie.
Co będzie sukcesem? Czy będzie moment, w którym go będzie można ogłosić?
Słowo „sukces” w sferze, o której rozmawiamy, może być nieco mylące. Uważam, że zbiórka to dopiero połowa sukcesu. Sukces będzie dopiero wtedy, kiedy uda się tę zbiórkę zamienić na konkretne wsparcie. Bardzo ważna, choć też od początku tutaj realizowana, jest transparentność działań.
Trzeba się liczyć z tym, że ktoś będzie niezadowolony.
Zgadzam się. No, może nie użyłbym słowa „niezadowolony”, ale „ktoś, kto miał inne oczekiwania”. Efekt zbiórki spowoduje wartki strumień, jeśli nie wodospad różnego rodzaju oczekiwań. Ileś osób podniesie rękę i powie: mamy tu pilną potrzebę, która jest niecierpiąca zwłoki. To będą ludzie, którzy borykają się z chorobami onkologicznymi i wynikającymi z tego potrzebami, ale też podmioty medyczne w trudnej sytuacji finansowej. Odpowiedzią na to musi być transparentność i sensowne uzasadnienie każdej decyzji.
Przejrzyste kryteria.
Ktoś powie: myślałem, że mi pomożecie, a pomagacie komuś innemu. Na taką dyskusję fundacja musi mieć argumenty. Musi w sposób asertywny podchodzić do tych wszystkich oczekiwań. Kluczowe jest zdanie ekspertów. Nie można dać się porwać czasami emocjonalnym prośbom. Strumień pieniędzy trzeba przekierować w taki sposób, żeby faktycznie jak najlepiej pomóc tym, którzy potrzebują pomocy. Ja bym się nie wahał zasięgnąć opinii, doświadczonych organizacji, które z tego rodzaju działalnością mają doświadczenie. Można uzyskać efekt synergii. Razem można zrobić więcej niż każdy z osobna. Widziałem, że Jurek Owsiak bardzo aktywnie wspierał tę akcję i kibicował jej. Sięgnięcie po doświadczenia, chociażby w zakresie wsparcia systemowego medycyny dziecięcej, ma ogromne sens. Nie byłoby wcale głupie, gdyby te organizacje ze sobą w jakiś sposób się porozumiały, tym bardziej że WOŚP prowadzi w zakresie onkologii dziecięcej intensywną pracę i ma dużą wiedzę, jeżeli chodzi o potrzeby systemu.
Wymiana doświadczeń może pomóc też w uniknięciu raf, zagrożeń.
Nie chciałbym nikogo straszyć. Uważam, że Cancer Fighters działa bardzo świadomie, jest gotowa, by temu wyzwaniu podołać. Ma doświadczenie we wsparciu placówek onkologicznych. Zagrożeniem będą duże oczekiwania, jeżeli chodzi o tempo realizowania potrzeb. Zagrożenia będą dotyczyły próby budowania podziałów, niestety jest to też nasza polska cecha. Momenty sukcesu nas łączą, a później te połączenia bardzo szybko zaczynają korodować. Ogromną ilością pieniędzy trzeba umieć operować, ale wydaje się, że w fundacji jest odpowiednie zaplecze księgowe. Wydaje mi się, że na te wszystkie zagrożenia organizacja jest dobrze przygotowana.
Jaka jest teraz rola Łatwoganga i Bedoesa?
Nie byłoby oczywiście tych wielkich pieniędzy, gdyby nie oni. Mają też na sobie odpowiedzialność za środki, to jest ich sprawczość. Ludzie ufali fundacji, ale przede wszystkim odpowiedzieli na ich apele i zaangażowanie. Oni też czują teraz na sobie odpowiedzialność społeczną, więc chcą być aktywnymi uczestnikami w procesie realizacji wydatków i rozliczenia akcji. Ich rolę fundacja musi uszanować. Bliska współpraca musi między nimi dalej funkcjonować. Ale ważne zastrzeżenie – formalnie właścicielem zebranych środków jest fundacja Cancer Fighters. To ona za nie ostatecznie odpowiada. Ta akcja ma wartość jeszcze z jednego powodu. W ostatnich latach mieliśmy wiele przykładów, w których organizacje społeczne były wykorzystywane niekoniecznie do uczciwych działań, zwłaszcza w styku z polityką. Mam tu na myśli chociażby nieprawidłowości wokół grantów z Funduszu Sprawiedliwości z poprzedniej kadencji parlamentu. Akcja odegrała więc ważną rolę w odbudowywaniu zaufania do trzeciego sektora. To nie jest tak, że fundacje czy stowarzyszenia to są organizacje, które służą do dziwnych kooperacji z władzą, z rządem, z politykami. Świat wielu tysięcy działających w Polsce organizacji pozarządowych to przede wszystkim przestrzeń, która umożliwia redystrybucję środków. Czyli my, którzy mamy, możemy się poprzez ich działalność podzielić z tymi, którzy nie mają, a potrzebują. Tego zaufania do sektora bardzo dzisiaj potrzebujemy.
Jaką postawę powinniśmy przyjąć po tym niezwykłym doświadczeniu?
Nie powinniśmy zapomnieć o tym, co się stało. Musimy nasłuchiwać informacji ze strony organizacji, oczekiwać transparentności i rozliczeń. Wiedzmy, że akcja na zbiórce się nie skończyła, teraz czas na wydatki. Obserwujmy to. A druga rzecz to dalsze społeczne zaangażowanie w sposób stały, konsekwentny. Codzienny.
Potrafimy tak czy tylko akcyjnie?
Od lat toczy się dyskusja, o tym, że Polacy nie angażują się systemowo, tylko akcyjnie. Ale przecież to też jest ważne. Nie możemy tych dwóch postaw dotyczących pomocy ze sobą konfrontować. Jeżeli widzimy fajną, ciekawą akcję, za którą jest ważny cel i ona się dzieje tu i teraz, miejmy w sobie odruch sprawdzenia, kto za nią stoi i nie wahajmy się angażować. To są ważne przedsięwzięcia, one naprawdę potrafią dużo zmienić.
Nie powinniśmy jednak zapominać o tym, że istnieje świat codziennej, żmudnej pracy dziesiątek tysięcy organizacji pozarządowych w Polsce. Jestem dużym fanem podejścia, by każdy, kto ma się czym dzielić i chce się dzielić, znalazł taką organizację, by być blisko niej i regularnie ją wspierać. Mamy dużo mechanizmów cyklicznych zbiórek. Podkreślam, w żaden sposób nie przeciwstawiam tej formy pomagania akcyjności. Nie możemy myśleć, że akcyjność, jest czymś gorszym niż regularne pomaganie. To musi się równoważyć.
Często ta bieżąca działalność odbywa się lokalnie.
I to w sytuacjach, kiedy naprawdę nikt nie pomaga. Organizacje społeczne są na wyciągnięcie ręki, wokół nas. Warto nasz gen solidarności, pomagania realizować na co dzień, w każdym miesiącu. To zapewni finansowanie tym organizacjom, które żmudnie pracują, oraz poczucie bezpieczeństwa, że to, co robią, nie zostanie nagle skończone. Pomagajmy na co dzień, pomagajmy też akcyjnie.
W komentarzach pobrzmiewało przeciwstawianie spontaniczności Łatwoganga i Bedoesa organizacjom, które działają od lat.
Jest trochę mitów wokół akcji Łatwoganga. Obserwowaliśmy pozytywnie zwariowaną, spontaniczną akcję. W jej tle jest jednak organizacja, która nie jest spontanicznym tworem, tylko funkcjonuje od lat. Ma zaplecze, REGON, NIP, siedzibę, regularne koszty…
I nie ma w tym nic złego.
Jak najbardziej! Gdyby pomaganie odbywało się w sposób „po gospodarsku”, byłoby to dla zebranych pieniędzy niebezpieczne. Sensowne wydanie 300 mln złotych wymaga machiny, która teraz musi zadziałać i też tego, by na to wydać pieniądze. Wierzę, że fundacja doskonale da sobie radę, ale my jako darczyńcy musimy być tego świadomi. Akcja ta była bardzo spontaniczna, organizowana bardzo prostymi środkami, które dzisiaj dzięki technologiom mamy wokół siebie. To jest coś, czego chociażby nie miała Wielka Orkiestra w latach 90. Wówczas charytatywny stream musiał być zbudowany w oparciu o telewizję. No i oczywiście o wolontariuszy, którzy zbierali pieniądze w całej Polsce, bo nie było innej możliwości przekazania środków. Uważam, że skarbonka wolontariusza jest jednym z największych kapitałów społecznych, jaki Orkiestra zbudowała przez 34 lata. To zaangażowanie setek tysięcy często młodych osób polega nie na kibicowaniu, oglądaniu czy namawianiu rodziców na wsparcie finansowe, tylko na tym, że trzeba poświęcić dzień, wziąć skarbonkę i odpowiedzialność za nią oraz ją rozliczyć. Ilu Polaków przewinęło się przez rolę wolontariusza? To naprawdę jest znacząca część społeczeństwa.
Czy widzisz możliwość, by „Diss na raka” był powtarzany?
Słyszę takie wstępne deklaracje. Jeżeli dojdzie do takiej akcji, okaże się, że trzeba będzie zadbać o rzeczy, o których teraz nie myślano. Trzeba będzie się zabezpieczyć na przykład przed tym, żeby w ramach spontanicznego i wariackiego zaangażowania jakiś człowiek po balkonach nie wszedł na trzecie piętro, by odwiedzić streamujących. To się teraz stało.
Można sobie wyobrazić przeróżne scenariusze.
Spontaniczność niesie zawsze różne ryzyka. I wraz ze wzrostem popularności mogą one rosnąć. W przypadku wspinaczki po balkonach – trzeba się zastanowić, co zrobić, by drugi raz to się nie wydarzyło, bo to nie był najlepszy pomysł. I tak dalej. Im większa będzie impreza, im większe zaangażowanie mediów, celebrytów, tym większe będzie ryzyko, że ktoś na fali emocji wpadnie na głupi pomysł. Albo będzie chciał w jakiś ryzykowny sposób zwrócić na siebie uwagę. Trzeba na te zagrożenia odpowiadać – zabezpieczać się, podejmować różne wysiłki organizacyjne. Także wydać na to pieniądze. I wtedy się okaże, że ta akcja, która za pierwszym razem była tak bardzo spontaniczna i bardzo tania, już za piętnastym razem będzie wyglądała zupełnie inaczej. To jest droga, którą przeszła Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Musiała tak ewoluować. Trudno więc porównywać akcję Łatwoganga i WOŚP we współczesnej formie. Organizacyjnie to są zupełnie inne twory. Trzeba na to spojrzeć z dystansu. Z jednej strony mamy organizację z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem, z drugiej nagłą, spontaniczną, niespodziewaną akcję. Tak naprawdę więc nie porównujmy, tylko skupmy się na tym, żeby to, co się stało w niedzielę, przyniosło jak najlepszy efekt pomocowy.
Czy w twoim obecnym działaniu nie brakuje ci czasem tego spontaniczności sprzed lat?
Oczywiście ja ją pamiętam. Ale jestem już na innym etapie drogi zawodowej. Ciężko jest człowiekowi, który ma blisko 50 lat, być spontanicznym jak dwudziestoparolatek. Trzeba być świadomym swoich doświadczeń, a one wpływają na spontaniczność. Kiedy widzę dużo spontaniczności, szukam z tyłu głowy pokładów zdrowego rozsądku. To jest moja rola jako menadżera organizacji, człowieka, który jest specjalistą w zakresie działania i komunikacji organizacji pozarządowych. Bardzo lubię spontaniczność u innych, bardzo im kibicuję. Ale czasem też wylewam kubeł zimnej wody na głowę.
Tworzysz przestrzeń, by inni mogli być spontaniczni.
Staram się spontaniczność obudowywać świadomością, odpowiedzialnością. Jeżeli organizacja społeczna ma dobrze działać, musi się dzielić na tych, którzy są bezpośrednimi działaczami, aktywistami, tymi, którzy przykładowo robią kanapki dla osób potrzebujących na dworcu. A po drugiej stronie muszą być ci, którzy zapewnią, żeby cała ta działalność była dobrze skonstruowana, żeby były pieniądze na chleb, na wydatki były faktury, żeby były spełnione wymogi sanepidu. Ktoś o pewnych rzeczach musi pomyśleć, żeby ci aktywiści zaangażowani emocjami i chcący koniecznie pomagać i rozdawać te kanapki mogli bezpiecznie to robić. Jeżeli organizacja ma dobrze działać, to musi połączyć te dwie natury działania.
Krzysztof Dobies – społecznik, PR-owiec, pasjonat internetu i nowoczesnych mediów, manager NGO, specjalista ds. wizerunku organizacji. Posiada ponad 25-letnie doświadczenie w pracy na rzecz organizacji pozarządowych. Prezes zarządu Fundacji Kongres Praw Obywatelskich. Dyrektor generalny Fundacji UNAWEZA, były dyrektor komunikacji i rzecznik prasowy Fundacji Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, były dyrektor generalny Fundacji Avalon. W latach 2024-2025 członek Rady Działalności Pożytku Publicznego.












