
„Ukraina była dla nas emigracją wygraną na loterii” – powiedział niedawno w programie „Najważniejsze pytania” w Polsat News publicysta Marcin Giełzak, dodając, że wobec polskich problemów demograficznych ukraińska młodzież może stać się „młodzieżą tego narodu”. To trafna, choć rzadko wypowiadana wprost teza.
Fala uchodźców, która napłynęła do Polski po lutym 2022 roku – w pierwszych miesiącach głównie kobiety i dzieci – okazała się dla naszego kraju istotnym zasobem demograficznym i gospodarczym. Dziś w Polsce legalnie pracuje blisko 760 tys. obywateli Ukrainy, czyli ponad dwie trzecie wszystkich zatrudnionych u nas cudzoziemców.
Problem w tym, że polscy politycy wciąż nie dostrzegają w tych danych szansy dla naszego państwa.
Jednoczyć strategią, a nie „dobrą wolą Kijowa”
Spór o pamięć historyczną nie zniknie za sprawą kolejnego gestu dyplomatycznego. Upór ukraińskiej strony w wychwalaniu ludobójctów z OUN-UPA może przełożyć się na wieloletni spór między Warszawą a Kijowem. Zwłaszcza że ostatnie tygodnie pokazały, jak mało jest w Ukrainie osób, które mają dość odwagi, by zmierzyć się z mroczną przeszłością formacji Bandery i Szuchewycza.
Właśnie dlatego Polska nie powinna czekać na ukraiński rachunek sumienia, tylko postawić na strategię, której skuteczność nie zależy w żadnej mierze od dobrej woli Kijowa.
Najlepszą odpowiedzią na taki kurs ukraińskiej pamięci historycznej nie jest kolejny odebrany order, lecz uczynienie Polski miejscem, w którym mieszkającym tu już Ukrainkom i Ukraińcom żyje się i pracuje lepiej niż na Ukrainie – również tej powojennej, która ma zostać odbudowana za miliardy z zachodniej pomocy.
Blisko 40 proc. ukraińskich migrantów deklaruje, że chce zostać w Polsce na stałe, a jednocześnie ci sami ludzie coraz częściej porównują swoje zarobki z tym, co oferują Niemcy, Szwecja czy Dania, i coraz odważniej wyjeżdżają dalej na zachód.
Silniejsze państwo dobrobytu w Polsce, skuteczniejsza ochrona pracownika, lepsza edukacja i dostępna ochrona zdrowia mogą się okazać skuteczniejszym narzędziem utrzymania w Polsce ukraińskich pracownic i pracowników niż jakakolwiek deklaracja solidarności czy bliskości językowej.
To także szansa na przyciągnięcie kolejnych migrantów, bo – jak pokazują badania rynku pracy – część mieszkańców powojennej Ukrainy i tak będzie decydować, gdzie chce żyć i wychowywać swoje dzieci.
Tyle że rząd Donalda Tuska tej przewagi konsekwentnie nie wykorzystuje. Owszem, nowelizacja wzmacniająca Państwową Inspekcję Pracy weszła w życie w lipcu, ale bez realnego dofinansowania samej inspekcji i bez odbudowy blisko 80 wydziałów sądów pracy, zlikwidowanych także przez rząd tego samego Donalda Tuska, reforma pozostanie deklaracją.
A stawka jest ogromna: blisko dwie piąte pracujących w Polsce cudzoziemców, w tym setki tysięcy Ukrainek i Ukraińców, wciąż pracuje wyłącznie na umowach cywilnoprawnych, bez prawa do płatnego urlopu czy pełnej ochrony ubezpieczeniowej. Do 2 grudnia 2026 roku Polska musi też wdrożyć unijną dyrektywę o pracy platformowej, kluczową dla tysięcy ukraińskich kurierów i kierowców – a wciąż nie wiadomo, czy rząd potraktuje ten termin poważnie.
Podobnie stoi sprawa mieszkalnictwa: młodzi Polacy i młodzi Ukraińcy trafiają dziś na ten sam przegrzany i nieregulowany rynek najmu, bez ambitnej polityki mieszkaniowej państwa. Równie pilna jest naprawa kulejącego systemu ochrony zdrowia, który przez lata dawał części nieuczciwych lekarzy możliwość osiągania olbrzymich zarobków, podczas gdy pacjenci – polscy i ukraińscy – czekali w coraz dłuższych kolejkach do specjalistów.
Bez tych czterech elementów – pracy, sprawnego sądownictwa, dachu nad głową i dostępnej ochrony zdrowia – opowieść o polskiej przewadze nad Ukrainą może pozostać jedynie publicystyczną pozą.
Lepsze życie ponad sentymenty
Osobną rolę w budowaniu naszej przewagi nad Ukrainą mają do odegrania związki zawodowe, które powinny znacznie odważniej zrzeszać w swoich organizacjach ukraińskich pracowników. Także kierując się rachunkiem własnego interesu: silny związek zawodowy potrzebuje dziś liczebności, a żadna inna grupa nie rośnie na polskim rynku pracy tak szybko jak pracownicy migrujący, w tym z Ukrainy.
Chodzi przy tym o coś więcej niż ochronę przed wyzyskiem – o realne poczucie sprawczości i reprezentacji, o miejsce przy stole, przy którym negocjuje się płace i warunki pracy.
Obrona polskiej pamięci o 100 tys. ofiar UPA nie musi i nie powinna oznaczać niechęci wobec Ukrainek i Ukraińców, którzy dziś budują polskie fabryki, leczą polskich pacjentów i uczą się w polskich szkołach razem z naszymi dziećmi. To rozróżnienie – między krytyką ukraińskiej polityki historycznej a stosunkiem do ukraińskich sąsiadów – jest warunkiem powodzenia całej strategii.
Bo prawdziwym testem polskiej podmiotowości wobec Kijowa nie będzie kolejne odznaczenie zwrócone kurierem, lecz to, czy pielęgniarka z Charkowa pracująca dziś we Wrocławiu, gdy tylko na Ukrainie zapadnie cisza po wojnie, zdecyduje się zostać – nie z sentymentu, lecz dlatego, że Polska zwyczajnie zaproponowała jej lepsze życie niż jej kraj ojczysty.
Donald Tusk lubi podkreślać swoje europejskie doświadczenie. Najwyższy czas, aby zaczął traktować je poważnie, tworząc sprawiedliwy kraj dla większości, czyli pracowników, a nie tylko dla wąskiego grona najlepiej zarabiających w białych kitlach, z których wystają kluczyki do Porsche.
Bartosz Rydliński

