
Administracja prezydenta Donalda Trumpa planuje poinformować NATO o zmniejszeniu puli zdolności wojskowych, które USA mogłyby wykorzystać jako pomoc europejskim państwom Sojuszu w razie poważnego kryzysu – podała agencja Reutera. Nieoficjalne doniesienia oparła na trzech źródłach zaznajomionych ze sprawą.
Informatorzy Reutersa wskazali, że zmiany miałyby dotyczyć ram znanych jako NATO Force Model. Model ten określa, które siły mogłyby zostać aktywowane w razie konfliktu lub innego poważnego kryzysu, takiego jak atak na państwo członkowskie Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Siły Sojuszu w gotowości
Szczegóły związane z składem poszczególnych sił w czasie wojny są tajne. Według źródeł Reutersa Stany Zjednoczone swoje zaangażowanie mają ograniczyć „znacznie”, choć nie wiadomo, w jakim czasie. O co chodzi?
Przenieśmy się na chwilę do Madrytu.
To tam podczas szczytu Sojuszu Północnoatlantyckiego w czerwcu 2022 r. – czyli już po rozpoczęciu przez Rosję pełnoskalowej inwazji na Ukrainę – opracowano NATO Force Model, czyli model sił NATO. Ma on wzmacniać i modernizować strukturę Sojuszu i zapewnić środki na realizację „wojskowych planów nowej generacji”.
Model sił NATO, który zastąpił NATO Response Force (NRF), ma też poprawić zdolność do reagowania w bardzo krótkim czasie i opiera się na trójstopniowym poziomie gotowości. I tak poziom pierwszy składa się z sił w stanie gotowości od zera do 10 dni, poziom drugi: 10-30 dni, poziom trzeci: 30-180 dni.
Jedną z kluczowych zmian, jakie wprowadził NATO Force Model, jest właśnie zwiększenie puli sił wysokiej gotowości – ta w porównaniu do NRF miała wzrosnąć ponad trzykrotnie.
USA redukują obecność wojskową w Europie
O tym, jak ewentualna zmiana zaangażowania Stanów Zjednoczonych wpłynęłaby na sytuację w regionie i o doniesieniach, które docierają przecież również na Kreml, rozmawiamy z Robertem Pszczelem, dyplomatą, byłym szefem biura informacji NATO w Moskwie i wieloletnim pracownikiem struktur Sojuszu Północnoatlantyckiego.
– Sam fakt, że administracja Stanów Zjednoczonych zamierza zredukować swoją obecność wojskową w Europie, nie jest niespodzianką i też są ku temu przesłanki. They have a point, jak mówią sami Amerykanie – wskazuje nasz rozmówca. I dodaje: „zresztą to się dzieje, bo jeszcze dekadę temu 70 proc. głównego ciężaru obrony państw europejskich spadało na siły amerykańskie, dzisiaj taką część biorą na siebie Europejczycy”.
Jest jednak pewne „ale”. Chodzi o czas.
– Idziemy w takim kierunku, że odpowiedzialność państw europejskich ma być znacznie większa, jednak kluczowy jest tu czas. Europa ma do nadrobienia lata zaległości, ale to się musi odbywać w sposób przemyślany i skoordynowany – mówi Robert Pszczel. Dlatego, jak dodaje, samo pojawienie się takich nieoficjalnych doniesień „odbiera jako znak, że ktoś w strukturach Sojuszu jest mocno zaniepokojony sposobem przeprowadzania zmian”.
– Dzisiaj ta część – te 20-30 proc. – ciężaru obrony państw europejskich, spoczywająca na Amerykanach, zawiera w sobie mechanizmy czy zdolności, których na ten moment Europa nie może zastąpić. Nie znaczy, że jesteśmy jacyś zupełnie zacofani technologicznie – to kwestia proporcji i dopasowania do całości systemu. Na przykład jeśli chodzi o zdolność rażenia przeciwnika na dalszą odległość. Dlatego odstąpienie USA od decyzji o umieszczeniu w Niemczech rakiet dalekiego zasięgu jest niedobre nie tylko dla Niemiec, ale całego regionu – wskazuje.
Rosja też śledzi doniesienia
Do tego dochodzą kwestie komunikacyjne. Nieoficjalne doniesienia Reutersa, ale też oficjalne komunikaty płynące z Pentagonu, śledzi przecież Federacja Rosyjska.
– Sposób przeprowadzania zmian i komunikacji nie powinien odbywać się tak, jak obecnie się odbywa. Mamy wielką wojnę na wschodzie i Rosję coraz bardziej buńczuczną, niezależnie od faktów, które to nie powinny jej skłaniać do dalszej ekspansji – komentuje rozmówca Interii.
Jak zaznacza, „chodzi o to, żeby temu zbiorowisku bardzo niemądrych ludzi, którzy są pozbawieni jakichkolwiek hamulców i którzy poczuli krew, nie dawać sygnału, że NATO jest osłabione czy niezgodne”. – Absolutnie nie jest dziś tak, że Rosja weszłaby w Europę „jak w masło”. Nic z tych rzeczy, Rosja by przegrała. Ale przecież nie chodzi nam o to, żeby zwiększać ryzyko, tylko żeby było ono mniejsze. I powtórzę, tutaj znaczenie ma czas. Zwiększajmy zaangażowanie Europejczyków, ale planujmy to i trzymajmy się założeń – mówi.
Naciskać na europejskich sojuszników
Co jednak, jeśli Amerykanie rzeczywiście zmniejszą pulę zdolności wojskowych do reagowania na kryzys? Według źródeł Reutersa takie wieści właśnie zamierza przekazać Pentagon na piątkowym spotkaniu szefów polityki obronnej w Brukseli.
– Wyobraźmy sobie taki scenariusz, że Rosję świerzbią ręce i wyciąga je w stronę Państw Bałtyckich. To w razie konfliktu na kogo spadnie główny ciężar obrony, oczywiście poza tymi państwami? Na Polskę i Niemcy. Po pierwszej fazie obrony w dość szybkim terminie mamy prawo liczyć na wsparcie tzw. drugiego rzutu. Jeśli Amerykanie zmniejszą swoją pulę w tym zakresie, ich miejsce musi ktoś zająć – zaznacza Robert Pszczel.
I podkreśla: – Dlatego też mamy pełne prawo, by naciskać na naszych europejskich sojuszników, szczególnie tych z południa, by zwiększali swoje zaangażowanie w działania obronne NATO.

