
Zaczęło się od „wielkiej, pięknej ustawy” Trumpa, wprowadzającej między innymi szereg cięć podatkowych, które zostały częściowo zrównoważone cięciami w wydatkach na program Medicaid. Wskutek tej zmiany ponad trzy miliony Kalifornijczyków mogą stracić dostęp do opieki zdrowotnej.
Jak temu zaradzić? Związkowcy z SEIU-UHW (związku skupiającego pracowników branży medycznej) przy współpracy z akademikami specjalizujących się w ekonomii i prawie podatkowym, przygotowali odpowiedź. Jednorazowy podatek w wysokości 5 proc. od wartości majątku, który zostanie nałożony na mieszkańców Kalifornii posiadających ponad miliard dolarów.
Podatkiem zostałyby objęte osoby mieszkające w Kalifornii 1 stycznia 2026 roku, co zapobiegłoby ewentualnym wyprowadzkom najbogatszych już po rozstrzygnięciu referendum. Zwolennicy tego posunięcia twierdzą, że w ten sposób stan zyskałby około 100 miliardów dolarów na dofinansowanie opieki zdrowotnej, a także programów żywnościowych, które także ucierpiały na skutek cięć wprowadzonych przez republikanów.
Konserwatywny think tank Hoover Institution przedstawił inne wyliczenia. Zdaniem jego analityków wpływy z proponowanego podatku będą niższe (około 40 miliardów), bo część z osób potencjalnie podlegających opodatkowaniu już się zdążyła z Kalifornii wyprowadzić.
Przekonują także, że pojawią się również straty. Ponieważ miliarderzy, zaniepokojeni zmianami w kalifornijskim prawie, mogą wybrać emigrację, spaść mogą wpływy z podatku dochodowego – nawet o 25 miliardów dolarów. Zwolennicy podatku dla najbogatszych podważają te wyliczenia: straty nie będą tak znaczące, bo miliarderzy i tak doskonale sobie radzą z unikaniem podatku dochodowego.
Kalifornijskie bogactwo
W 2012 roku wybuchło zamieszanie, kiedy inwestor Warren Buffet, jeden z najbogatszych ludzi na świecie, oświadczył, że jego sekretarka Debbie Bosanek „pracuje tak samo ciężko jak ja, ale jej stawka podatkowa wynosi dwa razy więcej”. Dysproporcja wynikała stąd, że miliarder (jak wielu innych bogaczy) czerpie korzyści przede wszystkim z zysków kapitałowych opodatkowanych w USA niżej od dochodów z wynagrodzenia za pracę.
Na podobny problem wskazują zwolennicy nowego podatku w Kalifornii. Za sprawą błyskawicznie rosnących spółek technologicznych fortuny Larry’ego Page’a (Alphabet), Marka Zuckerberga (Meta) czy Jensena Huanga (Nvidia) urosły do niebotycznych rozmiarów. 250 najbogatszych gospodarstw w Kalifornii dysponuje majątkiem o wartości mniej więcej połowy rocznego PKB tego stanu, który przoduje, jeśli chodzi o ten wskaźnik, w USA. Tymczasem podatki, które płacą krezusi, są skromne.
Współzałożyciele Google’a, Sergey Brin i wspomniany Larry Page, przez kilka lat w ogóle nie płacili podatku dochodowego, ponieważ ich zarobki w Alphabet wynosiły… jednego dolara. Rocznie.
Jeśli nie sprzedadzą posiadanych akcji, nie muszą się też martwić podatkami od zysków kapitałowych, niezależnie od tego o ile urosła wartość ich przedsiębiorstw dzięki niesamowitym wzrostom notowanym przez amerykańską giełdę. Zyski mogą inwestować w swoje przedsiębiorstwa – co jeszcze podniesie ich wycenę, a w efekcie majątki inwestujących (oparte przecież na akcjach tych przedsiębiorstw).
A skąd wziąć pieniądze „na życie?” Zawsze można wziąć kredyt pod zastaw tych akcji. Oprocentowanie będzie niższe od ewentualnego podatku.
New York Times zamieścił taką grafikę: w 1982 roku skumulowany dochód najbogatszych Kalifornijczyków wyniósł 22 miliardy. Obecnie? 1,6 biliona dolarów. Zwolennicy podatku uważają więc, że Kalifornii także coś się z tego należy. Jednak, aby zmusić bogatych do płacenia, trzeba podejść do sprawy inaczej.
Jeśli przepisy wejdą w życie, każdy obywatel płacący podatki w tym stanie będzie musiał zadeklarować czy jego majątek 31 grudnia 2026 roku wynosił więcej niż 1 miliard dolarów. A ponieważ gospodarstw domowych, które mogą zapłacić nowy podatek jest zaledwie nieco ponad dwieście, kalifornijska skarbówka będzie miała ułatwione zadanie w sprawdzaniu, czy ktoś nie nakłamał w oświadczeniu.
Jak najbogatsi planują sobie poradzić z nowym podatkiem? Jedni, jak Jensen Huang z Nvidii, postanowili spokojnie zapłacić, jeśli będzie taka konieczność. Inni, jak panowie Brin i Page z Google’a postanowili uciekać zawczasu i osiedlić się na stałe w innej części kraju.
Jeszcze inni wynajęli doradców podatkowych i szukają sposobu by szybko „zbiednieć”. Można na przykład wywieźć cenne przedmioty, takie jak dzieła sztuki, do innej rezydencji, bo jeśli spędzą dziewięć miesięcy poza granicami Kalifornii, nie będą wliczane do opodatkowanego majątku. Warto nieco zaniżyć wartość ubezpieczonej biżuterii czy nieruchomości. Może kupić kolejną, kosztowną rezydencję albo szybko rozwieść się z żoną?
To jednak rozwiązania, które pozwolą uniknąć podatku jedynie tym, którzy próg miliarda dolarów przekraczają nieznacznie. Pozostali mogą pogodzić się z losem albo walczyć.
Wielki nagłówek krzyczy o ucieczce z Kalifornii, która pozwoli bogacić się Florydzie. A pod spodem takie zdanie: „Hrabstwo Los Angeles straciło ponad 54 tysiące mieszkańców w ciągu jednego roku podczas gdy miliarderzy przenoszą się na Florydę, gdzie nie ma podatku dochodowego”.
W tekście oczywiście pojawia się kwestia nowego podatku dla najbogatszych jako czynnika wywołującego „eksodus”. Manipulacja jest aż nazbyt oczywista: w hrabstwie Los Angeles nie było 54 tysięcy miliarderów, bo w całej Kalifornii jest ich nieco ponad dwustu. Na Florydę wyjechało ich ledwie kilku. Problem emigracji z Kalifornii jest dużo bardziej złożony. Intencja autorów tego artykułu wydaje się jasna: zbudować negatywne skojarzenia z nowo proponowanym podatkiem.
Ale nie tylko biznesowi dziennikarze wzięli na celownik tą inicjatywę. Gubernator Kalifornii Gavin Newsom, który co raz wyraźniej przygotowuje się do startu w wyborach prezydenckich, również jest sceptyczny. Zaproponował za to wprowadzenie podatku dla wszystkich Amerykanów o majątku przekraczającym 100 milionów, tyle że wprowadzonym na poziomie federalnym.
Newsom chce jednocześnie uspokoić część bardziej progresywnych wyborców (którzy chcieliby wyższych podatków dla najbogatszych) oraz nie zrazić bardziej umiarkowanych i nie narazić się potencjalnym darczyńcom, którzy mogą się okazać kluczowi dla jego prezydenckich ambicji. Ma również zgrabne uzasadnienie: gdyby podatek wprowadziła tylko Kalifornia, część zamożnych ucieknie gdzie indziej. Dlatego to musi zostać rozwiązane na poziomie federalnym.
Swoje obawy mają związkowcy z innych branż: ich zdaniem przeznaczenie pieniędzy z nowego podatku na tak wąsko zdefiniowany cel, przy jednoczesnych możliwych mniejszych wpływach z innych podatków może zagrażać finansowaniu szkolnictwa czy inwestycji infrastrukturalnych.
Do ofensywy ruszyli również sami miliarderzy. Sergey Brin, choć zdecydował się na ucieczkę z Kalifornii, broni nie składa i wraz z innymi wpływowymi znajomymi inwestuje miliony dolarów by zaszkodzić inicjatywie referendalnej. Również poprzez promowanie przeciwnych inicjatyw – propozycji przepisów, które również będą przedmiotem głosowania w referendum i potencjalnie mogłyby osłabić zapisy o nowym podatku.
Polityczna przyszłość demokratów
Głosowanie w Kalifornii ma wielką wagę nie tylko ze względu na polityczne nadzieje gubernatora Newsoma. We wsparcie inicjatywy włączył się popularny senator Sanders. Dla rosnących w siłę socjalistów w ramach partii demokratycznej to może być wielki sukces, dający inspirację do dalszych działań.
Jednocześnie, wprowadzenie w życie tego podatku może oznaczać przypieczętowanie sojuszu republikanów z gigantami Doliny Krzemowej. Branża technologiczna, niegdyś kojarzona z progresywnymi inicjatywami, zwraca się coraz bardziej w kierunku Donalda Trumpa i jego ludzi, chociażby ze względu na próby wprowadzenia regulacji dotyczących sztucznej inteligencji przez administrację Bidena.
Probiznesowi i bardziej otwarci na szybki rozwój w tej dziedzinie republikanie wydają się obecnie bardziej naturalnym sojusznikiem dla big techów.
Po przegranych przez Kamalę Harris wyborach prezydenckich demokraci znaleźli się na rozdrożu. Z jednej strony pociąga ich zwrot w kierunku centrum: przedstawienie siebie na nowo jako ugrupowania zwykłych ludzi, zdystansowanie się od elit i odrzucenie najbardziej skrajnych stanowisk w ramach wojen kulturowych.
Z drugiej – w siłę rośnie skrajna lewica, której przedstawiciele zwyciężali ostatnio w prawyborach w Kolorado czy Nowym Jorku. Jedni uważają, że dalszy skręt w lewo spowoduje alienację bardziej umiarkowanych wyborców – drudzy widzą przyczynę ostatniej porażki w niedostatecznym radykalizmie. Konfrontacja z kalifornijskimi miliarderami może dać odpowiedź, gdzie demokraci powinni szukać nowej siły.
Andrzej Kohut

