
Prowadzenie ofensywnych wojen stało się w pewnym momencie wyjątkowo trudną sprawą. Taką zmianę przyniosły rewolucje technologiczne, powiązane z nimi strategie i logistyczne wymogi. Wówczas przyzwyczajone do łatwych triumfów mocarstwa zderzały się z nową rzeczywistością i zaczynały ponosić militarne porażki, które spychały je na równię pochyłą.
Jeśli wciąż powielały błędy, wówczas coraz szybciej staczały się ku upadkowi. A ich miejsce zajmowały inne mocarstwa.
Król Słońce poległ z kretesem
Weźmy najbogatszy i najludniejszy kraj XVII-wiecznej Europy – Francję, rządzoną przez Ludwika XIV. Megalomana pragnącego być najwspanialszym monarchą najpotężniejszego mocarstwa.
W rozgrywce, jaką prowadził z Habsburgami, rządzącymi Austrią i Hiszpanią oraz Anglią, kluczowym elementem stało się panowanie nad Niderlandami. Francja próbowała podporządkować je sobie podczas czterech długich i bardzo kosztownych wojen.
Pech Króla Słońce polegał na tym, że za jego rządów nastąpiła radykalna zmiana w sposobie prowadzenia działań zbrojnych.
Liczące po kilkadziesiąt tys. żołnierzy armie, uzbrojone w ciężkie muszkiety i artylerię okazywały się niezdolne do szybkich przemarszy i dalekiego zapuszczenia w głąb terytorium wroga. Groziło to bowiem wyczerpaniem się zapasów żywności, paszy dla koni oraz brakiem prochu i kul.
„O ile przeciwnik nie zdecydował się na przyjęcie bitwy, wszelki marsz w głąb jego terytorium zwykł trafiać w próżnię” – opisał ów paradoks w książce „Żywiąc wojnę. Logistyka od Wallensteina do Pattona” Martin van Creveld.
Olbrzymie armie pokonywały jedynie do 11 km dziennie, ale gdy przemaszerowały ich 100, traciły większość swych zdolności bojowych. Zatem szachowano się i toczono krwawe bitwy na niewielkim obszarze, w pobliżu magazynów polowych.
Po 40 latach wojen o Niderlandy i dominację w Europie najbogatszy niegdyś kraj Starego Kontynentu w 1714 r. zbankrutował. Nieco wcześniej ok 600 tys. Francuzów zmarło z głodu. Ponosząc w ten sposób koszt działań zbrojnych, których nie udawało się Ludwikowi XIV rozstrzygnąć na swą korzyść.
200 lat później za sprawą karabinów maszynowych, artylerii, zasieków i innych nowoczesnych broni działania ofensywne znów stały się niezwykle trudne.
Zapłaciły za to upadkiem swego znaczenia pragnące walczyć: Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Rosja. Austro-Węgry zniknęły z mapy świata. Spośród mocarstw skorzystały jedynie Stany Zjednoczone, które czekały z przyłączeniem się do I wojny światowej tak długo, aż ich decyzja nieuchronnie rozstrzygała wynik zmagań.
Te lekcje historii zostały jednak zapomniane zarówno w Waszyngtonie, jak i w Moskwie.
Ofiara własnego modelu rozwojowego
Patrząc na wizyty Trumpa i Putina w Pekinie przez pryzmat powyższych zależności, można dostrzec, jak istotne zmiany nadciągają.
Oto Rosja, od wyswobodzenia się Wielkiego Księstwa Moskiewskiego spod władzy Złotej Ordy, przez ponad 550 lat opierała swoją przyszłość na tym samym modelu rozwojowym. Znaczenie polityczne oraz swą mocarstwowość uzależniając od ekspansji terytorialnej. To ona stała się fundamentem potęgi Moskwy.
David Schimmelpenninck van der Oye w pracy pt. „The seventh continent: Russian territorial expansion, 1450-1850” („Siódmy kontynent: ekspansja terytorialna Rosji 1450-1850”) ujął to słowami:
„Mało znane księstwo, ukryte głęboko w lasach na wschodnim krańcu Europy, rozrosło się, stając się największym imperium kontynentalnym na Ziemi – domeną, której ogromne terytorium rozciągało się od Morza Bałtyckiego po Ocean Spokojny i dalej, obejmując jedną szóstą suchej powierzchni planety”.
Rosja to cywilizacyjny fenomen. Przez pięć stuleci powiększała swe terytorium w średnim tempie o 1,8 proc. powierzchni rocznie. Historia nie zna innego państwa tak konsekwentnego w podbijaniu ziem sąsiadów przez wiele stuleci.
Dopiero wiek XX okazał się dla imperium katastrofalny. Zaczął się od przegranej wojny z Japonią. Zaś kończył się wycofaniem wojsk radzieckich z Afganistanu, którego atomowe supermocarstwo nie zdołało podporządkować sobie pomimo dziewięciu lat zaciekłych walk.
Potem Związek Radziecki się rozpadł, a granice Rosji nagle zaczęły biec na wschód od Witebska, Charkowa i Doniecka. Mimo to przez następne dekady nie udało się na Kremlu wypracować pomysłu alternatywnego do ekspansji terytorialnej.
Zatem Putin reaktywował stary model rozwojowy i okazało się, że ma podobnego pecha jak Ludwik XIV. Nowe bronie i technologie piekielnie utrudniły militarne rozgromienie Ukrainy. Kreml wplątał się więc w wojnę, której nie potrafi ani wygrać, ani zakończyć.
W tym momencie kluczowe dla Moskwy stają się relacje z Pekinem. Rosja dramatycznie potrzebuje wielkiego rynku zbytu dla surowców energetycznych oraz produktów rolnych. Bez ich sprzedaży nie udźwignie kosztów działań zbrojnych.
Jednocześnie Chiny to wielki producent nowoczesnej elektroniki i podzespołów niezbędnych do wytwarzania sprzętu militarnego. Oba kraje stały się dla siebie komplementarne. Ale Putin pozbawił się pola manewru we wzajemnych relacjach i to prezydent Xi Jinping dzierży wszystkie mocne karty.
„Chińczycy poczuli krew. I choć uważam, że oś Moskwa-Pekin ma niezwykle silne fundamenty i jest dla nas wielkim zagrożeniem, to nie ma tam sentymentów. Chińczycy będą bezwzględnie korzystać z rosnącej zależności Rosji, wyciskając najlepsze dla siebie warunki” – celnie skomentował ową zależność na platformie X wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich Jakub Jakóbowski.
Xi odrzucił bowiem prośby Putina o budowę gazociągu „Siła Syberii 2”, bo: „warunki chińskie to zrównanie cen surowca z rosyjskimi cenami wewnętrznymi, a także wyłożenie pieniędzy na rurę przez Rosjan” – poinformował Jakóbowski.
Putinowska Rosja, nie potrafiąc wygrać wojny, skazała się na przekazywanie swych zasobów Chinom. Każdego dnia wspierając umacnianie ich globalnej pozycji. Dopóki wojna trwa, nie wyrwie się z objęć Pekinu. A za kilka lat może okazać się to już niemożliwe.
Przed wizytą w Pekinie również Donald Trumpa postarał się, by Stany Zjednoczone znalazły się w sytuacji podobnej do rosyjskiej. Czyli uwikłane w wojnę, której nie potrafią ani wygrać, ani definitywnie zakończyć i jednocześnie pozbawione wsparcia sojuszników.
Oczywiście potencjał ekonomiczny i militarny USA jest bez porównania większy niż Rosji. Zupełnie inaczej wyglądają też ich relacje gospodarcze z Chinami.
Jednak rok temu nowy prezydent Stanów Zjednoczonych mógł sobie pozwolić na agresywną politykę wobec Państwa Środka. Próbował więc narzucić własne warunki gry, używając wysokich ceł oraz restrykcji handlowych. Tak usiłując zmusić Xi Jinpinga do ustępstw i ograniczenia ekspansji Państwa Środka.
Wydawało się, że administracja Trumpa wyciągnęła wnioski z kardynalnych błędów, popełnianych przez USA od początku XXI wieku. A jednym z kluczowych było wikłanie się w długoletnie wojny, których nie Ameryka nie potrafiła rozstrzygnąć na swoją korzyść.
Raport sporządzony przez Watson School of International and Public Affairs pt. „Costs of War” informuje, że: „od końca 2001 r. do roku fiskalnego 2022 Stany Zjednoczone przeznaczyły i zobowiązały się wydać około osiem bilionów dol. na wojny (…) – szacunkowo 5,8 biliona dol. w formie środków, plus dodatkowe minimum 2,2 biliona dol. na opiekę nad weteranami”.
Tak oto 8 bilionów dolarów nie popłynęło z budżetu federalnego na inwestycje w infrastrukturę, na wsparcie rozwoju kluczowych gałęzi gospodarki, edukację, czy nawet opiekę socjalną.
Przepalono je bezpowrotnie w: Iraku, Afganistanie i innych częściach świata. W tym czasie, unikające od 1979 r. angażowania się w konflikty zbrojne Chiny, przyciągały inwestycje przemysłowe z całego świata na czele z amerykańskimi, budując swoje bogactwo.
Natomiast kolejnych prezydentów, poczynając od George W. Busha gnębił pech Ludwika XIV. Rządzili w czasach kompletnej nieopłacalności wojen ofensywnych.
Owszem, potencjał militarny USA jest taki, że gdyby skoncentrować go na jednym wrogu, rzucić do walki kilkaset tysięcy żołnierzy i większość ciężkiego sprzętu, nie dbając o straty, wówczas konflikt zostałby rozstrzygnięty definitywnie. Nawet obecny z Iranem.
Ale koszty operacyjne stają się wówczas gigantyczne. Co gorsza, wyborcy zaczną pytać, dlaczego tysiące Amerykanów w mundurach poniosło śmierć gdzieś na drugim końcu świata?
Trump zaprzeczył sam sobie i wpadł w pułapkę
Wydawało się, że administracja Trumpa dostrzega te fakty. Wskazywała na to Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA, opublikowana pod koniec 2025 r. Po czym okazało się, że prezydent wie lepiej i szczerze wierzy, że jemu uda się łatwo pokonać Iran.
W efekcie Donald Trump przed wizytą w Pekinie wpakował się w taką samą pułapkę, jaką zafundował sobie Putin.
Stany Zjednoczone, aby odnieść sukces w rywalizacji z Chinami, muszą niwelować swoje największe słabości.
Państwo Środka stało się fabryką świata i chińska produkcja przemysłowa jest dwukrotnie większa od amerykańskiej.
Liczba mieszkańców oraz tempo rozwoju sprawiają, że Chiny mają szansę stać się najbardziej chłonnym rynkiem globu. W parze z tym idzie wzrost potencjału finansowego i militarnego.
Aby zrównoważyć te przewagi, Ameryka potrzebuje: inwestycji, w tym zagranicznych, modernizacji infrastruktury i nowych skoków technologicznych. Musi też budować światową sieć sojuszy, równoważącą atuty Państwa Środka oraz osaczającą tandem chińsko-rosyjski, nieuchronnie zacieśniający swój związek.
Tymczasem USA skupiły się na konflikcie z Iranem, wspierając wzrost potencjału Chin. Na dokładkę obrażony na „niewdzięcznych” Europejczyków Trump robi wszystko, by podważyć reputację wypracowaną przez USA od II wojny światowej. Reputację niezawodnego sojusznika.
Im dłużej trwa wojna z Iranem, tym bardziej strategia amerykańskiego prezydenta przypomina znakomite deale wodzów plemion indiańskich, zamieszkujących Amerykę Północną w XVIII w. Sprowadzały się one do oddawania wszystkich posiadanych zasobów i atutów białym kolonizatorom w zamian za szklane paciorki.
A jeśli idzie o masową produkcję szklanych paciorków, to Chińczycy są w tym mistrzami.

