Kyiv Post w swoim artykule podkreśla, że Siergiej Sobianin nie jest przeciwnikiem Kremla, a jego słów nie należy odczytywać jako opozycji wobec samej wojny. Znaczenie ma co innego – to rzadko spotykane, wyraźne odrzucenie twardogłowego postulatu, by Rosja zmobilizowała na potrzeby wojny praktycznie wszystkie dostępne zasoby gospodarcze.
Burmistrz Moskwy: zabić normalną gospodarkę, to zabić sam kraj
W wywiadzie dla agencji TASS, wyemitowanym 5 sierpnia, Sobianin mówił, że stale słyszy postulaty całkowitej mobilizacji gospodarki i przekierowania jej na wojnę, ale – jak zaznaczył – współczesna gospodarka działa inaczej: bez gospodarki „pokojowego życia” nie będzie podatków ani dochodów ludności. – A zabić normalną gospodarkę, to zabić sam kraj – powiedział.
Innymi słowy burmistrz Moskwy ostrzega, że Rosja nie może w nieskończoność zwiększać produkcji zbrojeniowej, wydatków obronnych i mobilizacji wojennej bez ryzyka podkopania bazy podatkowej, gospodarki konsumenckiej i poziomu życia, na których opiera się funkcjonowanie samego państwa.
Wypowiedź Sobianina padła w momencie, gdy wpływowi rosyjscy deputowani domagają się dokładnie odwrotnego kierunku. Członek komisji obrony Dumy Państwowej Andriej Kolesnik wzywał do przejścia na „tory wojenne” po ukraińskich atakach dronowych na obwód moskiewski, a pierwszy wiceprzewodniczący komisji polityki gospodarczej Dumy Nikołaj Ariefjew od dawna przekonuje, że Rosja powinna była wprowadzić gospodarkę mobilizacyjną już wcześniej.
To typowy dla rosyjskiego myślenia wojennego schemat: jeśli Moskwa nie osiąga zamierzonych celów, odpowiedzią ma być jeszcze większa mobilizacja, więcej produkcji zbrojeniowej i głębsze podporządkowanie życia cywilnego wysiłkowi wojennemu. Sobianin wskazuje jednak na wadę tej logiki – nowoczesna gospodarka wojenna nie istnieje w oderwaniu od gospodarki cywilnej. W pewnym momencie ta druga przestaje jedynie finansować wojnę, a zaczyna być przez nią drążona od środka.
Gospodarka wojenna traci impet
Przez większą część okresu od pełnoskalowej inwazji w 2022 roku masowe wydatki państwa pozwalały Moskwie skutecznie zaprzeczać prognozom rychłego załamania gospodarczego – rozbudowywano fabryki zbrojeniowe, zamówienia rządowe napędzały regiony przemysłowe, a żołnierskie pensje i odszkodowania podbijały dochody gospodarstw domowych. Sankcje Zachodu kosztowały wiele, ale Kreml radził sobie z przekierowywaniem handlu i eksportu surowców.
Ten model zakładał jednak, że Kreml wciąż dysponuje wystarczającą ilością pieniędzy, siły roboczej i mocy przemysłowych, by dalej się rozwijać – a to wyraźnie się teraz kurczy. Rosyjski bank centralny obniżył prognozę wzrostu PKB na 2026 rok do przedziału 0-1 proc., a oficjalne dane gospodarcze pokazują spowolnienie bliskie stagnacji. Równocześnie wydatki wojskowe osiągnęły rekordowy poziom – jak wyliczył niemiecki ekonomista Janis Kluge na podstawie danych rosyjskiego Ministerstwa Finansów, w samym pierwszym kwartale 2026 roku wyniosły 5,9 bln rubli (około 270-280 mld złotych), czyli blisko 30 proc. więcej niż rok wcześniej.
Ukraina podnosi cenę wojny
Kijów coraz skuteczniej uderza w infrastrukturę, która pozwala Rosji finansować i utrzymywać inwazję – rafinerie, bazy paliw, centra logistyczne i inne obiekty głęboko w rosyjskim terytorium. Takie ataki generują koszty wykraczające poza same zniszczenia fizyczne: Rosja musi remontować infrastrukturę, chronić obiekty przy użyciu deficytowych systemów obrony powietrznej, przekierowywać logistykę i radzić sobie z zakłóceniami produkcji. Kreml jest więc zmuszony wydawać coraz więcej nie tylko na atakowanie Ukrainy, ale i na obronę własnej infrastruktury gospodarczej, która te ataki w ogóle umożliwia.


