Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Już pan ochłonął po wyborach prezydenckich w Krakowie? Jest żal, że nie udało się zebrać wymaganej ilości prawidłowych podpisów pod pana kandydaturą?
Marian Banaś: Prawda jest taka, że zbiórka tych podpisów pewnego rodzaju fikcja. Miejskie komisje wyborcze nie sprawdzają realnej autentyczności podpisu – czy rzeczywiście złożyła go dana osoba – lecz jedynie zgodność danych z Centralnym Rejestrem Wyborców. Oznacza to, że de facto wystarczy mieć dostęp do baz danych ludzi.
Innym się udało zebrać. To dla pana lekcja?
Duże partie polityczne bez wątpienia dostęp do baz mają, więc dla nich to żaden problem. Dla osób, które dopiero zaczynają, tworzy to barierę nie do przejścia. Mamy tu do czynienia z daleko idącą uznaniowością komisji. W przypadku niektórych komitetów nie przeszkadzały im nawet braki formalne, takie jak brak daty czy wpisanego miejsca zamieszkania. Natomiast w moim przypadku weryfikacja była tak rygorystyczna, że podpis odrzucano nawet za drobną literówkę.
Sugeruje pan spisek? Miejska Komisja Wyborcza w Krakowie uwzięła się na pana?














