Nie oznacza to, że tego rodzaju liczby były dotychczas ścisłą tajemnicą i nikt nie miał pojęcia, że ukraińskie straty są bolesne. Wielu analityków już od lat pisze, że ukształtowane w początkowej fazie wojny przekonanie, iż Rosjanie tracą wielokrotnie więcej ludzi niż Ukraińcy, nie jest już prawdziwe. Nikt nigdy nie podał jednak tego rodzaju liczb publicznie. Były tylko szacunki, domysły i wymijające deklaracje ukraińskich władz.
Pierwsze tak konkretne dane
Tusk stwierdził natomiast konkretnie:
Poinformowali mnie nasi partnerzy z Ukrainy, że ostatnio miesięcznie to jest 27 tysięcy zabitych i rannych. I to są oczywiście niestety w najsmutniejszym tego słowa znaczeniu rekordy.
Podana przez niego wartość natychmiast rozniosła się po sieci. Komentowali ją liczni blogerzy zajmujący się wojną, jak i rosyjskie media, piszące o „ujawnieniu rekordowych strat” Ukrainy. Dotychczas to Rosjanie byli bowiem kojarzeni z wartością około 30 tysięcy strat osobowych miesięcznie. Ukraińcy mieli prowadzić bardziej racjonalną obronę i tracić ludzi wyraźnie mniej. Tak bowiem wskazywałaby też tradycyjna teoria wojskowości, w której obrońca powinien tracić mniej ludzi od atakującego. Realia wojny w Ukrainie na tyle oderwały się jednak od podręczników, że tego rodzaju szacunki przestały obowiązywać już dawno temu.
Podana przez Tuska wartość jest zbieżna z tym, co niedawno mówił szef administracji prezydenta Kyryło Budanow. Zanim objął to stanowisko w styczniu tego roku, był szefem Służby Wywiadu Wojskowego (HUR). 28 sierpnia stwierdził w wywiadzie dla ukraińskich mediów, że realia wojny są takie, iż Ukraina musi mobilizować miesięcznie co najmniej 30 tysięcy ludzi, aby utrzymać poziom liczebności sił zbrojnych. Czyli musi z nich ubywać miesięcznie podobna liczba.
Kontrastuje to z tym, jak sytuację opisuje ogólnikowo prezydent Wołodymyr Zełenski. W lipcu stwierdził, że od początku wojny poległo około 50 tysięcy ukraińskich żołnierzy, a około 400 tysięcy zostało rannych. Przyznał przy tym, że „znaczna liczba” żołnierzy pozostaje zaginiona. W praktyce najczęściej oznacza to, że ich ciała pozostały na terenie zajętym przez Rosjan, choć nie ma dowodu na ich śmierć. Amerykański think-tank CSIS (Center for Strategic and International Studies) szacował w tym samym okresie, że te liczby to raczej 125-150 tysięcy zabitych i 400-500 tysięcy rannych ukraińskich żołnierzy. Straty Rosjan Amerykanie szacowali na około trzy razy większe.
Z podawanych liczb wynika, że aktualnie Ukraińcy nie mogą już się cieszyć tak korzystnym stosunkiem strat do swojego wroga, jak w pierwszym okresie wojny. Wówczas regularnie padały deklaracje o stosunku strat 1 do 3 na korzyść Ukrainy. Nawet jeśli przyjąć bezkrytycznie podawaną teraz przez ukraińskie wojsko liczbę wyeliminowanych z walki Rosjan, to miesięcznie mowa o około 42 tysiącach zabitych, rannych i pojmanych. Jeśli Ukraińcy są w rejonie 27 tysięcy, to ta relacja jest nawet poniżej 1 do 2.
Drobne pocieszenia w statystyce
W całej tej arytmetyce jest jednak jeden istotny haczyk. Straty nie są równe stratom. Istotne ile w tych wartościach stanowią zabici a ile ranni, w tym tacy, którzy po krótkiej rekonwalescencji mogą wrócić do walki. Tutaj Rosjanie mają notorycznie osiągać gorsze rezultaty niż Ukraińcy. Choć oczywiście konkretnych danych na ten temat nie ma. Ukraińcy (Zełeński i były naczelny dowódca generał Ołeskandr Syrski) twierdzą wręcz, że Rosjanie mają więcej zabitych niż rannych, co byłoby ewenementem i skrajnie złym rezultatem. Podręcznikowa wojskowa arytmetyka zakładała bowiem dotychczas około 1 zabitego na 3 rannych w klasycznym starciu równorzędnych wojsk. Bardziej wyważone dane podaje choćby polski generał Grzegorz Gierelak, szef Wojskowego Instytutu Medycznego. Według artykułu z maja tego roku o aktualnych realiach medycyny pola walki w Ukrainie podawał orientacyjną wartość dla Rosjan na poziomie 1 zabitego na 2 rannych, wobec 1 do 5 dla Ukraińców.
Dodatkową niewiadomą zwłaszcza po stronie ukraińskiej jest liczba dezerterów. To może istotnie wpływać na wartość podaną przez Budanowa. Ubytek w szeregach z powodu dezercji też trzeba łatać. Przy czym część żołnierzy oddalających się bez pozwolenia ma po jakimś czasie wracać. Wielu ma robić sobie w ten sposób bez pozwolenia odpoczynek od frontu, na którym wielu ludzi jest nawet przez lata. Przynajmniej tak twierdzono oficjalnie jesienią 2025 roku, kiedy publicznie przyznano się do skali problemu. Wówczas prokuratura podawała informację o około 20 tysięcy nowych spraw o dezercję i oddalenie (lżejsza kategoria prawna dla osób, które znikają na jakiś czas i potem wracają) miesięcznie. Potem tak szczegółowe informacje przestano jednak publikować. W styczniu 2026 roku padła tylko informacja o tym, że aktualnie jest około 200 tysięcy dezerterów i tych, którzy się czasowo oddalili.
Oba te czynniki oznaczają, że ukraińskich zabitych jest najpewniej wyraźnie mniej niż rosyjskich. Wielu więcej to ranni i ci, którzy uciekli z frontu, albo jeszcze przed dotarciem do niego podczas wstępnego szkolenia. Istotna część z tych 27-30 tysięcy strat miesięcznych może być więc tymczasowa, bo po rekonwalescencji czy powrocie z „urlopu” mogą dalej walczyć. Po stronie Rosjan nie ma dowodu na taką skalę ucieczek. Dyscyplina jest drakońska, a zdecydowana większość żołnierzy to jednak ochotnicy.
Niekorzystny trend
Ten ostatni czynnik czyni całą sytuację istotnie gorszą dla Ukraińców. Rosyjskie wojsko pozyskuje rekruta głównie dobrowolnie, rzadziej przy użyciu nacisku i perswazji. Zdecydowanie największą rolę odgrywają ogromne pieniądze oferowane za podpisanie kontraktu. Po stronie ukraińskiej tego nie ma. Zdecydowana większość rekrutów to osoby przymusowo zmobilizowane, bez zachęty finansowej. Początkowa fala patriotycznego zrywu wyczerpała się na dobre w 2023 roku i wraz z nią zmotywowani ochotnicy oraz rezerwiści. Mobilizacja przymusowa oznacza natomiast po pierwsze niezadowolenie społeczne, a po drugie niższe morale rekruta, co przekłada się też na ciągłe dezercje utrudniające uzupełnianie strat.
Na samym końcu jest natomiast fundamentalny problem dysproporcji potencjału Rosji i Ukrainy. Ukraińska populacja w wyniku rosyjskiej agresji trwającej od 2014 roku, emigracji i spadku dzietności, znacząco się skurczyła. Według danych przedstawianych w tym roku przez Ministra ds. Społecznych Denisa Uliutina, na terenach pozostających pod kontrolą Kijowa mieszka około 20-25 milionów ludzi. Podczas gdy w 2014 roku było to jeszcze 41 milionów. Rosja ma natomiast około 140 milionów obywateli. Potencjał do mobilizacji rekruta jest więc drastycznie różny. Walka na wyniszczenie trwająca podług obecnych realiów, w dłuższym terminie nie wróży niczego dobrego dla Ukrainy. Nie przy poziomie strat nieodbiegającym drastycznie od tego rosyjskiego. Kreml może zawsze sięgnąć po przymusową mobilizację, jeśli obecna ochotnicza przestanie wystarczać. Owszem będzie to kosztowne politycznie dla reżimu Władimira Putina, jednak rosyjskie społeczeństwo nie zrobiło do tej pory nic, co by sugerowało, że się w takim wypadku zbuntuje i zagrozi systemowi, domagając się końca wojny. Wręcz przeciwnie, Rosjanie przez ponad 4 lata wojny wykazują się wysoką obojętnością i odpornością na związane z nią koszta.
To pozostaje fundamentem strategii Kremla. Przekonanie, że wytrzyma dłużej niż Ukraina i wspierający ją Zachód. Niestety nie jest ono oderwane od rzeczywistości. Przed większym wyzwaniem stoi Kijów i jego sojusznicy, musząc znaleźć odpowiedź na te brutalne liczby.
![Błaszczak nazwał generałów „betonem”. Szef MON: Miało być „murem za polskim mundurem” [KOMENTARZE] Błaszczak nazwał generałów „betonem”. Szef MON: Miało być „murem za polskim mundurem” [KOMENTARZE]](https://bi.im-g.pl/im/d9/80/1f/z33032665IER,Mariusz-Blaszczak--zdjecie-archiwalne-.jpg)












