Uwiąd brytyjskiej potęgi. Krytyczny problem armii królestwa

Brytyjski rząd decyduje się na pokerową zagrywkę i stawia na futurystyczną technologię, żeby optymalizować budżet, który trudno spiąć.

Najwięcej emocji wywołuje zamiar wcześniejszego wycofania ze służby sześciu dużych niszczycieli przeciwlotniczych Typu 45 Daring. Choć są jeszcze w miarę młode jak na okręty (14-23 lata) i przechodzą właśnie modernizację, to już za dekadę mają trafić do lamusa. Niszczyciele Typu 83, które miały je zacząć zastępować pod koniec lat 30., zostały skasowane.

Zamiast tego już za dekadę zadania tych dużych i skomplikowanych okrętów mają przejmować liczniejsze i mniejsze okręty bezzałogowe. Jeszcze nikomu na świecie nie udało się stworzyć nawet prototypów takich urządzeń i pojawia się wiele wątpliwości, czy to wykonalne.

Plan tak dobry, że minister rezygnuje

Decyzja dotycząca niszczycieli to jedna z wielu zawartych w opublikowanym 30 czerwca Planie Inwestycji Obronnych (DIP – Defense Investment Plan). To dokument, który spowodował na początku czerwca wstrząs w brytyjskim rządzie, i doprowadził do rezygnacji ze stanowiska ministra obrony Johna Healeya, a chwilę później jego faktycznego pierwszego zastępcy Alistara Carnsa (zajmującego stanowisko formalnie nazywane „Ministrem ds. Sił Zbrojnych”).

Obaj podali ten sam powód: za mało dodatkowych pieniędzy przeznaczonych na wojsko w ramach DIP (15 miliardów funtów w ciągu 4 najbliższych lat zamiast 28 miliardów). Dodatkowo Carns określił plan jako „ani niedokonujący odpowiednio głębokiej transformacji, ani niemający wystarczającego finansowania”. W ich ocenie działania rządu nie są wystarczające, aby odwrócić uwiąd sił zbrojnych Wielkiej Brytanii. Tak, aby mogły zapewnić skuteczną obronę państwa i realizacje stawianych przed nimi zadań.

Sytuacja może być trudna do zrozumienia, jeśli spojrzy się na suche dane dotyczące globalnych wydatki na wojsko. Wielka Brytania przeznaczyła na ten cel w 2025 roku równowartość 89 miliardów dolarów, zajmując tym samym szóstą pozycję w rankingu państw, które wydają najwięcej na obronność. To druga pozycja w Europie (nie licząc Rosji) po Niemcach, którzy za sprawą znacznego wzrostu w kilku ostatnich latach wskoczyli na czwartą pozycję z wynikiem 114 miliardów. Polska plasuje się na 14. miejscu (47 miliardów).

Problemem Wielkiej Brytanii jest jednak to, co dostaje w zamian za tyle pieniędzy. Według słów samych najważniejszych polityków zajmujących się obronnością jest to tak niewiele, że siły zbrojne nie są zdolne do efektywnej obrony państwa i wypełniania postawionych przed nimi zadań.

DIP tworzono z mozołem od ponad roku jako dokument określający jak zrealizować cele ze Strategicznego Przeglądu Obronnego (SDR) z 2025 roku. Publikacja jest opóźniona o ponad pół roku, głównie ze względu na trudne negocjacje dotyczące finansowania i skali koniecznych zmian. Jeśli chodzi o pieniądze, to nie dość, że jest mniej, niż ma być potrzebne, to jeszcze nie wiadomo, skąd ma pochodzić niemal jedna trzecia tych dodatkowych 15 miliardów funtów. Ich źródło musi dopiero określić nowy premier, jeszcze nieogłoszony formalnie następca Keira Starmera.

Skala zmian też budzi wiele kontrowersji.

Za przykład znów można wziąć Royal Navy, która jeszcze wiek temu była najpotężniejszą flotą świata. Teraz główne hasło, które przyświeca jej przyszłości to „potężniejsza, tańsza i prostsza”. Czyli lepiej za mniej. Jak osiągnąć tak sprzeczne cele? Nie jest do końca jasne, bo jednym z kluczy jest rozwiązanie-wytrych, tudzież nowomowa, czyli więcej dronów i więcej AI. Na tym ołtarzu mają zostać złożone właśnie niszczyciele Typu 45 i Typu 83. DIP zakłada, że zostaną zastąpione przez zespoły złożone z jednego centralnego załogowego okrętu dowodzenia, zarządzającego flotą mniejszych jednostek bezzałogowych wyposażonych w radary, sonary i przenoszące uzbrojenie. To fundamentalnie nowe i przełomowe rozwiązanie ma być gotowe w ciągu dekady.

Wielu ekspertów jest pełnych obaw. – To hazardowe zagranie, które jeśli się powiedzie, da nam większą, odporniejszą i bardziej skuteczną flotę, niż byłoby to możliwe przy klasycznych rozwiązaniach. Jednak ryzyka są równie duże. Pełne koszty tego rozwiązania, jak również wyzwania technologiczne i doktrynalne, są niedoceniane – pisze portal „Navy Lookout”. W optymizmie nie pomaga historia współczesnych brytyjskich programów zbrojeniowych. Praktycznie wszystkie mocno przekraczają koszty i terminy, co zazwyczaj skutkuje ograniczeniem ilości produkowanego uzbrojenia. Przykładem znów mogą być niszczyciele Typu 45. Planowano 12, ostatecznie powstało 6.

Nie ma komu bronić królestwa

Wydaje się jednak ewidentne, że jakieś fundamentalne zmiany są konieczne, bo inaczej siły zbrojne Wielkiej Brytanii będą jedynie zsuwać się po równi pochyłej. Przy czym za zwiększeniem roli bezzałogowców są nie tylko technokraci czy polityczni nominaci zafascynowani nagłówkami opisującymi wydarzenia na froncie w Ukrainie. Są za tym też sami najwyżsi rangą wojskowi, którzy największy problem mają nie z kierunkiem zmian, tylko z brakiem odpowiednich pieniędzy na skuteczną realizację. Wszyscy są bowiem zgodni co do jednego. Fundamentalnym problemem współczesnych brytyjskich sił zbrojnych nie jest brak broni czy to, że jest ona przestarzała. Owszem, mogłoby być lepiej, ale krytycznie źle jest nie z „metalem” ale z ludźmi.

W latach 2017-25 liczebność brytyjskiego wojska spadła z 139 tysięcy do 126 tysięcy. Nie były to planowe cięcia, tylko niemożliwość przyciągnięcia do służby odpowiedniej liczby chętnych. Na przykład w latach 2023-24 wojska lądowe zdołały wypełnić tylko 64 procent zaplanowanego limitu rekrutacji. Flota 60 procent. Kolejne próby odwrócenia tego trendu nie przyniosły rezultatu. We flocie jest około 10 procent mniej ludzi niż potrzeba, zwłaszcza marynarzy pełniących funkcje techniczne. Ze służby przedwcześnie wycofano kilka fregat i dwa duże okręty desantowe, żeby móc w ten sposób przesunąć ludzi na inne jednostki. Lotnictwo szkoli rocznie około 130 pilotów zamiast 180 wymaganych. Do tego większość służących w brytyjskich siłach zbrojnych deklaruje niskie morale, głównie za sprawą niskiego żołdu, kiepskich warunków mieszkaniowych i przeciążenia zadaniami. Dopiero w 2025 roku po raz pierwszy od dawna udało się zanotować przyrost netto ludzi w służbie (840 na plus rok do roku), choć biorąc pod uwagę to, że ubyło ludzi doświadczonych, a przybyło rekrutów, to sprawność bojowa wojska nadal spadła. U podstawy problemy te same co w wielu armiach zachodniej Europy: starzejące się społeczeństwo i niska atrakcyjność służby w porównaniu do sektora cywilnego.

Jednocześnie koszty osobowe pochłaniają znaczną część budżetu brytyjskiego wojska. W czteroletnim okresie finansowym opisanym szczegółowo w DIP opiewają one na 78,5 miliarda funtów i są największą pozycją. Więcej niż razem wzięte wydatki na wojska lądowe, flotę i lotnictwo. Do kosztu ludzi zbliża się jedynie koszt arsenału jądrowego. Wydatki z nim związane to prawie 64 miliardy funtów. Razem na ludzi i atom jest przeznaczana niemal dokładnie połowa całego budżetu sił zbrojnych. Niewiele można z tym zrobić, kiedy i tak przy takim poziomie wydatków jest poważny problem z kadrami, a ze statusu mocarstwa atomowego Wielka Brytania rezygnować ani myśli.

Poważny problem jest też z tak zwaną bazą przemysłową i całym procesem zakupu oraz utrzymywania uzbrojenia. Dekady pozimnowojennych cięć doprowadziły do znacznego skurczenia się brytyjskiej branży zbrojeniowej i odejścia na emerytury lub do innych sektorów wielu specjalistów. Przekłada się to na poważne problemy, kiedy teraz trzeba stworzyć coś nowego, albo wyremontować to już posiadane. Najbardziej drastycznym i wyrazistym przykładem jest tu znów flota, konkretniej nowe wielozadaniowe atomowe okręty podwodne typu Astute. Pierwszy przekazany Royal Navy w 2010 roku. W służbie jest ich 5 (numer 6 formalnie podniósł banderę, ale nie wszedł jeszcze do normalnej służby), ale żaden w gotowości bojowej. Wszystkie aktualnie są w stoczniach na remontach, naprawach, albo faktycznie w rezerwie ze względu na braki załóg. Większość już od kilku lat. Rekordzista HMS Ambush od lata 2022 roku, kiedy ostatni raz wyszedł w morze. Wieloletnie opóźnienia w pracach stoczniowych są spowodowane głównie brakiem odpowiedniej ilości cywilnych specjalistów i infrastruktury.

Duże ambicje i za małe środki

Większość problemów Brytyjczyków można sprowadzić do mocarstwowych ambicji, przy braku woli przeznaczenia na nie odpowiednio dużych środków. Dekady wynikających z tego cięć i dziur w rozwoju doprowadziły do kryzysu, w jakim Brytyjczycy są, teraz kiedy szybko pogarszająca się sytuacja bezpieczeństwa w Europie uczyniła wojsko potrzebniejszym, niż było przez ostatnie dekady. Wspomniane dokumenty SDR i DIP mają być na to receptą, przedstawiającą drogę wyjścia z dołka.

Plan wydaje się w teorii dość jasny. Duży nacisk na zachowanie i modernizację arsenału jądrowego. Znaczne inwestycje w lotnictwo, zwłaszcza w samolot nowej generacji GCAP. Większa robotyzacja nie w sensie kopiowania doświadczeń z wojny w Ukrainie, czyli masowego użycia prostych bezzałogowców, ale jako droga do zmniejszenia zapotrzebowania na ludzi i ograniczenie ryzyka dla nich w trakcie działań bojowych. Do tego duży nacisk na sprawniejsze gromadzenie informacji oraz jej przetwarzanie. Tak, żeby całe wojsko było bardziej elastyczne i szybciej mogło reagować na wydarzenia.

Sądząc jednak po niedawnej rezygnacji ministra obrony i ograniczonym finansowaniu, wiara w możliwość realizacji tego planu jest niska. Przynajmniej przy aktualnych poziomach finansowania. Fundamentalnie Brytyjczycy nie zmieniają więc wiele. Problem niekompatybilności ambicji i przeznaczonych na nie środków pozostaje.

Redagował Jan Latała

Udział
Exit mobile version