
Fidesz wraz ze swoim rozpasaniem, korupcyjnymi układami i panoszącą się oligarchią przestał być pragmatyczną formacją, a stał się tworem zasilanym własnymi obsesjami.
Jak się okazuje: receptą na późny orbanizm nie są idee lewicowe czy liberalne, a orbanizm light. Czyli zasadniczo ten sam produkt tylko w wersji bez cukru, kofeiny i z mniejszą liczbą kalorii. W dodatku rosyjska Dobry Cola smakuje gorzej niż ta, którą można kupić w europejskich marketach.
Paradoks Puchatka/Vance’a
W „Chatce Puchatka” A.A. Milne opisał ten mechanizm w następujący sposób: im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam nie było Prosiaczka.
W Budapeszcie wyglądało to całkiem podobnie: im bardziej wiceprezydent USA JD Vance przekonywał, że Węgrom grozi zagraniczna ingerencja w wybory, tym bardziej Węgrzy zastanawiali się, czy jego wystąpienie nie jest właśnie taką ingerencją.
Wyglądało to trochę tak, jakby amerykański sojusznik bronił Orbana przed Unią Europejską. I tu zbliżamy się do sedna: Igor Janke zatytułował kiedyś książkę o Orbanie „Napastnik”. Chodziło między innymi o ofensywne podejście premiera Węgier do Unii Europejskiej. Kilkanaście lat temu Orban ją rozgrywał. Teraz coraz częściej zaczynało to wyglądać, jakby sam był rozgrywany. W końcu, przez jego politykę, Unia zablokowała 35 miliardów euro.
Czy człowiek, którego trzeba bronić przed Europą, gra dalej w ataku? Czy napastnikiem jest ktoś, kto przekonuje rosyjskie władze – sam i ustami własnego ministra – że jest zawsze jest do ich dyspozycji? Służalczość to nie pragmatyzm.
Od pragmatyzmu do cynizmu
Niegdyś Orban, jako „człowiek ludu” punktował Unię. Obnażał jej problemy i wykorzystywał słabości. Był zręczny i jak na przedstawiciela tak małego kraju miał zaskakująco mało kompleksów. Wtedy jego skrajny pragmatyzm budził szacunek w różnych miejscach Europy. Z biegiem czasu ta postawa zaczęła ewoluować w mało użyteczny cynizm. Skończyło się paliwo w postaci uchodźców, a zagrożenia związane z centralizacją Unii nie rozpalają mas.
Orban zdawał się walczyć z Europą głównie dlatego, że nie potrafił już robić nic innego. Tymczasem Peter Magyar mówi o Unii tak, jak Fidesz kilka lat temu.
To nie jest tak, że Orban oderwał się od rzeczywistości. On się w niej zatracił. Jego walka o podmiotowość Węgier zamieniła się w dryf w stronę izolacji. On sam przestał zręcznie wykorzystywać zagrożenia, a zajął się ich tworzeniem. Tak bardzo chciał pokazać Zachodowi, że w polityce energetycznej zbudował alternatywę, że popłynął w stronę Rosji, z którą sam nie ma jak negocjować.
Tymczasem nie zmieniło się jedno: Węgrzy dalej chcieli widzieć w fotelu premiera populistycznego pragmatyka. Zapotrzebowanie na taką postawę nie zmalało. Tylko teraz to nie Orban je uosabia. On stał się symbolem topornej, a przede wszystkim kontrskutecznej walki za Zachodem.
Gdy oceniamy pragmatyka, nie ma przecież znaczenia, czy gra on twardo czy miękko. To tylko retoryka i środki, które mają prowadzić do celu. Znaczenia ma tylko to, czy ktoś gra skutecznie. Peter Magyar robił wrażenie kogoś, kto na politykę zagraniczną patrzy chłodniejszym okiem.
Ci, którzy po wyborach na Węgrzech cieszą się, że prawicowy populizm jest w defensywie, są w sporym błędzie. W rzeczywistości ma się on świetnie. W dodatku coraz częściej dochodzi do sytuacji, gdy do wyboru są już tylko różne jego rodzaje.
Ten stan pogłębia się w całej Europie. A wybory na Węgrzech udowodniły jeszcze jedno: dużo łatwiej jest zmienić premiera niż społeczeństwo.












