Aleksandar Vučić przez 14 lat swoich rządów zdołał podporządkować sobie znaczną część serbskiego życia politycznego. Jego Serbska Partia Postępowa (SNS) kontroluje nie tylko administrację, ale ma także silne wpływy w samorządach, mediach czy przedsiębiorstwach państwowych. Nic ważnego w serbskim biznesie, również w sektorze prywatnym, nie może się bez wiedzy środowiska Vučicia wydarzyć.
Władza Vučicia jest właściwie typowa dla środkowoeuropejskich autorytaryzmów oligarchicznych (polityczno-oligarchicznych), jak Węgry Viktora Orbana czy Słowacja Roberta Ficy. Tylko że, pozostając poza Unią Europejską, na więcej może sobie pozwolić (choć nie pozwala sobie aż na takie rzeczy, które dzieją się, na przykład, w Rosji). To nadal Europa Środkowa na styku z Bałkanami, a nie głęboka Eurazja. Także inna kultura polityczna, a do tego kraj otoczony przez państwa UE i NATO.
Jednocześnie Serbia zachowała demokratyczne instytucje, przeprowadza wybory, negocjuje członkostwo w Unii Europejskiej i, co by nie mówić, nadal przyciąga zagraniczne inwestycje.
Powstał więc system, w którym formalnie istnieje polityczna konkurencja, ale przewaga obozu rządzącego jest tak duża, że od lat trudno sobie wyobrazić jego porażkę. I dopiero teraz po raz pierwszy od dawna taka możliwość wydaje się realna.
W 2024 zawalił się nie tylko dworzec
W niedzielę Serbowie pójdą głosować w przedterminowych wyborach parlamentarnych. Vučić, który we wrześniu w obliczu protestów strategicznie ustąpił z prezydentury, zamierza objąć stanowisko premiera. Władza pozostawałaby więc w tych samych rękach, choć jej dotychczasowy lider zmieniłby gabinet, a różnica w konstytucyjnych uprawnieniach premiera i prezydenta będzie musiała ustąpić pod presją osobistej pozycji Vucicia.
Przeciwnikiem SNS jest w tym rozdaniu ruch studencki, który wyrósł z protestów po katastrofie w Nowym Sadzie. 1 listopada 2024 roku zawaliło się tam bowiem zadaszenie dworca kolejowego, zabijając 16 osób. Dworzec przeszedł wcześniej modernizację wykonaną przez chińską firmę, wyłonioną bardziej w ramach decyzji politycznej (Vučic, jak Orban, lawiruje między Chinami, Rosją a UE) niż przewidzianych prawem procesów, a tragedia uruchomiła dyskusję o sposobie realizowania państwowych inwestycji, korupcji i politycznej odpowiedzialności za zaniedbania.
W efekcie zawalił się budowany przez lata przez władze vučićowskie wizerunek państwa szybko nadrabiającego cywilizacyjne zaległości. Nowe autostrady, linie kolejowe, fabryki i wieżowce miały dowodzić skuteczności rządów SNS i jej lidera. Położoną nad Sawą dzielnicę Belgradu, tzw. „Beograd na vodi”, „Belgrad na wodzie”, zabudowano luksusowymi apartamentowcami w stylu nieco dubajskim. Władza chętnie przedstawiała takie inwestycje jako dowód, że Serbia wreszcie wyrwała się z marazmu lat 90. i trudów transformacji.
Katastrofa w Nowym Sadzie uderzyła w ten wizerunek. W oczach protestujących pokazała, że za kosztownymi inwestycjami kryje się system nieprzejrzystych decyzji, politycznych powiązań i odpowiedzialności rozmytej między urzędnikami a wykonawcami, słowem – zwyczajny bałagan i psychologia odpowiedzialności.
Pierwsze demonstracje dotyczyły wyjaśnienia przyczyn tragedii i ukarania winnych. Później jednak, rzutem na taśmę, zaczęto domagać się zmian w funkcjonowaniu państwa. Studenci blokowali uniwersytety, organizowali manifestacje, maszerowali przez kraj, odwiedzali miejscowości, w których opozycja od lat nie potrafiła zbudować poważniejszych wpływów. To ostatnie miało szczególne znaczenie, serbska prowincja jest bowiem, jak to często bywa, również i w Polsce, politycznie i społecznie inna od stolicy czy większych miast: Belgradu czy Nowego Sadu.
W wielu miejscowościach SNS jest obecna niemal wszędzie: w samorządzie, lokalnych przedsiębiorstwach, instytucjach publicznych. Partyjne powiązania mają tam znaczenie również w codziennym życiu. Od lokalnych układów mogą zależeć zatrudnienie, dostęp do usług czy załatwienie spraw urzędowych.
Studenci zaczęli docierać właśnie do takich miejsc – jeździli po kraju na rowerach, organizowali piesze marsze. Byli witani przez mieszkańców, którzy organizowali im noclegi i przynosili jedzenie. W małych serbskich miastach, gdzie obok pomników jugosłowiańskich partyzantów stoją nowe cerkwie, a nad ulicami wiszą billboardy Vučicia czy wychwalające inwestycje jego chińskich (albo i rosyjskich) przyjaciół, pojawiły się tłumy ludzi popierających protesty.
Serbski rząd kontra studenci. „Ulica i zagranica”
Władza próbowała przedstawiać demonstracje jako przedsięwzięcie inspirowane z zagranicy (klasyczny system „ulica i zagranica”), wymierzone w stabilność kraju. Był to przekaz dobrze znany z wcześniejszych serbskich, ale nie tylko serbskich, konfliktów politycznych. Oskarżenia o działanie w interesie obcych państw pojawiają się tu regularnie i dziwnie intensyfikują się, gdy protesty nabierają większego rozmachu.
Tym razem jednak trudno było sprowadzić niezadowolenie do środowisk liberalnej opozycji, tradycyjnie niepopularnych w części społeczeństwa. Ruch studencki przyciągnął ludzi o bardzo różnych poglądach. Są wśród nich zwolennicy integracji europejskiej, lewicowcy, konserwatyści i serbscy nacjonaliści. Część uczestników protestów nie ma nic przeciwko bliskim relacjom z Rosją, inni chcieliby wyraźniejszego zwrotu ku Zachodowi. Podobne różnice dotyczą Kosowa, stosunku do NATO czy oceny historii Jugosławii. Wspólny pozostaje sprzeciw wobec sposobu sprawowania władzy przez SNS.
Słoniem w pokoju było pytanie, jak długo takie porozumienie utrzymałoby się po ewentualnym zwycięstwie wyborczym. I wtedy Vučic dostał prezent: umarł serbski zbrodniarz wojenny Ratko Mladić. Kwestia państwowego pogrzebu Mladicia i uczestnictwa w nim ważnych państwowych figur podzieliła również ruch studencki. Opozycja, po początkowych sukcesach, zaczęła trzeszczeć.

W ogóle strategia protestujących zaczęła powoli się rozmywać. Studenci starali się dotąd unikać wyłaniania jednego lidera. Decyzje podejmowali na zgromadzeniach, nazywanych plenami. W serbskich warunkach jest to rozwiązanie dość niezwykłe. Polityka, jak zresztą i wszędzie w regionie, od dawna opiera się tu na silnych osobowościach, a partie często funkcjonują jako zaplecze swoich przywódców. Dotyczyło to zarówno Slobodana Miloševicia, jak i jego następców, choć oczywiście reprezentowali oni różne orientacje polityczne.
Wejście do wyborów wymusiło jednak stworzenie bardziej tradycyjnej struktury. Powstała lista „Studenci zwyciężają„, obejmująca 250 kandydatów, wśród których znaleźli się przedstawiciele środowisk akademickich, lekarze, artyści i działacze społeczni. Na jej czele stanął kardiolog Ilija Srdanović. Kandydaci zapowiadają walkę z korupcją, reformę instytucji i przywrócenie niezależności wymiaru sprawiedliwości.
Opozycja rośnie w siłę, ale Vučić ma parę asów w rękawie
Vučić ma jednak nadal poważne atuty. Przez lata stworzył sprawną organizację partyjną, której wpływy sięgają najdalszych zakątków kraju. Rządzący mogą też wskazywać na realne (choć przeskalowane przez propagandę) osiągnięcia gospodarcze i infrastrukturalne. Serbia faktycznie przyciągnęła zagraniczny kapitał, rozbudowała sieć drogową, a poziom życia części mieszkańców realnie wzrósł (choć znów – nie aż takim stopniu jak głosi władza).

Dla wielu wyborców – a i dla wielu ważnych polityków Unii Europejskiej, która z tego powodu unikała często jasnego poparcia dla protestujących – Vučić pozostaje politykiem, który zapewnił krajowi stabilność po dekadach kryzysów. Zwłaszcza że Serbia funkcjonuje w trudnym otoczeniu międzynarodowym. Kwestia Kosowa pozostaje bowiem nierozwiązana, stosunki z częścią sąsiadów bywają napięte, a polityka zagraniczna wymaga ciągłego balansowania między sprzecznymi oczekiwaniami.
Serbski przywódca uczynił z tego balansowania swoją specjalność. Utrzymywał bliskie kontakty z Moskwą, rozwijał współpracę gospodarczą z Chinami, a jednocześnie negocjował z Unią Europejską i zabiegał o zachodnie inwestycje. Serbia nie przyłączyła się do unijnych sankcji przeciw Rosji, ale gospodarczo jest znacznie silniej związana z państwami europejskimi niż z Rosją.
Słynne „rosyjskie wpływy” na Bałkanach są w dużym stopniu bajką: rosyjskie ręce i możliwości są tam zwyczajnie za krótkie. W tej trudnej sytuacji międzynarodowej zresztą ewentualne zwycięstwo studentów nie musiałoby oznaczać radykalnej zmiany polityki zagranicznej – serbski nacjonalizm, problemy i sceptycyzm wobec NATO nie są przecież wynalazkami Vučicia. Są obecne także w środowiskach sprzeciwiających się jego rządom.
W ostatnich tygodniach kampanii napięcie, tak czy owak, wyraźnie wzrosło. Pojawiają się doniesienia o pobiciach działaczy, zastraszaniu przeciwników władzy, cyberatakach i inwigilacji. To jest właśnie ten obszar, w którym „pozaunijność” Vucicia manifestuje się w mocny sposób.
Lista studencka zmierzy się z potężną machiną
Organizacje zajmujące się monitorowaniem wyborów zwracają uwagę na nierówne warunki rywalizacji i wykorzystywanie przewagi instytucjonalnej przez rządzących (znów – nic w Europie Środkowej zaskakującego).
Badania ośrodków związanych z władzą wskazują na przewagę SNS, natomiast część niezależnych sondaży pokazuje znacznie większe poparcie dla studentów. Trudno dziś ocenić, szczególnie po „kryzysie pogrzebowym” związanym ze śmiercią Mladicia, w jakim stopniu dotychczasowa mobilizacja protestacyjna przełoży się na frekwencję, szczególnie w mniejszych miejscowościach.
Istotne będzie także zachowanie aparatu państwowego po głosowaniu. W przypadku niewielkiej różnicy głosów można spodziewać się sporów dotyczących prawidłowości wyborów. Protestujący zresztą już wcześniej, i to słusznie, oskarżali władze o manipulacje, a zaufanie między oboma obozami jest bardzo ograniczone.
Zresztą – nawet zwycięstwo listy studenckiej nie zakończyłoby automatycznie konfliktu. Przejęcie rządu to jedno, zmiana systemu zależności budowanego przez kilkanaście lat – zupełnie inna sprawa. Nowa większość musiałaby zmierzyć się z administracją, instytucjami i środowiskami gospodarczymi, których interesy są związane z dotychczasową władzą.
Warto, poza tym, pamiętać, że Serbia przeżywała już podobny moment w 2000 roku. Obalenie Miloševicia – również w wyniku eksplozji oddolnego gniewu – wywołało ogromne nadzieje na zmiany: demokratyzację i europeizację kraju. Późniejsze lata przyniosły jednak rozczarowanie, konflikty wewnątrz obozu demokratycznego i stopniowy powrót do polityki zdominowanej przez silnych liderów.
Dzisiejsi studenci dorastali już po tamtych wydarzeniach. Dla nich Milošević jest przede wszystkim postacią historyczną, a Vučić politykiem, który rządził przez niemal całe ich świadome życie (warto przypomnieć, że Vucić w czasach MIlosevicia był jego ministrem informacji, czytaj: propagandy). Pozostaje więc pytanie, czy ruch, który zdołał zjednoczyć bardzo różne środowiska wokół sprzeciwu wobec Vučicia, będzie potrafił utrzymać tę jedność, kiedy przyjdzie podejmować konkretne decyzje dotyczące gospodarki, Kosowa, Rosji i przyszłości kraju?
Ziemowit Szczerek













