
Łukasz Rogojsz, Interia: Miało być zwycięstwo Postępowej Bułgarii, a jest deklasacja konkurencji. Co się stało?
Jan Nowinowski, specjalista Zespołu Środkowoeuropejskiego w Ośrodku Studiów Wschodnich: – Złożyło się na to kilka czynników. Zacznijmy od tych podstawowych, które już na starcie były powodem popularności Rumena Radewa i Postępowej Bułgarii.
– Po pierwsze, w efekcie swoich prawie dwóch kadencji w fotelu prezydenta Radew cieszy się dużą sympatią opinii publicznej. Tuż przed ustąpieniem z urzędu był politykiem o najwyższym poziomie zaufania społecznego w kraju. Miał opinię bezstronnego, a przynajmniej ponadpartyjnego, recenzenta poczynań kolejnych rządów.
– Druga sprawa to narastająca frustracja społeczna, wynikająca z pogłębiającej się niestabilności politycznej kraju, która sięga 2021 roku. Na tę frustrację dodatkowo nałożyło się wzmożenie Bułgarów, którzy na przełomie 2025 i 2026 roku masowo protestowali przeciwko projektowi budżetu, wszechobecnej korupcji i upolitycznieniu kluczowych instytucji państwa. Radew wskoczył na tę falę społecznej wściekłości i ona poniosła go do zwycięstwa.
Tylko to miało być zwycięstwo z wynikiem 30-35 proc., a nie prawie 44 proc. i samodzielna większość w parlamencie.
– Bułgarzy chcą radykalnych zmian, uzdrowienia państwa. Radew im to obiecał, nawet jeśli w ogólnikowych hasłach, i wlał w ich serca nadzieję. W oczach Bułgarów jest człowiekiem z zewnątrz, nieuwikłanym w skandale, prywatyzację państwa i trudne kompromisy, dlatego na jego korzyść zagrała powszechna frustracja społeczeństwa i wściekłość na całą klasę polityczną. Poza tym w polityce dobrze znamy psychologiczny mechanizm, wedle którego ludzie o mniej sprecyzowanych poglądach często popierają formację mającą największe szanse na zwycięstwo.
– Nie odrzucałbym też „efektu węgierskiego”, czyli wpływu spektakularnego wyborczego zwycięstwa Tiszy Petera Magyara zaledwie tydzień wcześniej. Zwłaszcza na ostatniej prostej kampanii dużo mówiło się w Bułgarii o tym, co zrobili Węgrzy i do czego może doprowadzić wielka mobilizacja społeczna. To mogło wpłynąć i na podwyższenie frekwencji, i na przyciągnięcie do urn niezdecydowanych wyborców, wśród których Radew i Postępowa Bułgaria mieli bardzo duże poparcie.
Skoro wspomniał pan o Węgrzech, to widzę jeszcze jedno podobieństwo. Zwycięska partia zdobyła ogromne zaufanie młodych wyborców i wyborców, którzy wcześniej nie głosowali.
– Można postawić taką tezę. To są zresztą po części pokrywające się elektoraty.
Młodzi nie głosowali, bo mieli dość polityki.
– Byli uważani za dość apatycznych i niezainteresowanych sprawami państwa. Wszystko zmieniły zeszłoroczne protesty, które dość powszechnie nazwano demonstracjami generacji Z. Chociaż za ich organizacją stała koalicja Kontynuujemy Zmiany-Demokratyczna Bułgaria (PP-DB), to Radew też bardzo mocno z tego społecznego buntu skorzystał.
– Pamiętajmy jednak, że Postępowa Bułgaria wygrała w każdej grupie wiekowej. Co ciekawe, najwyższe poparcie miała też wśród seniorów. Radew przejął wiele głosów Bułgarskiej Partii Socjalistycznej-Zjednoczonej Lewicy (BSP-OL), której m.in. właśnie z tego powodu zabraknie w nowym parlamencie.
W parlamencie będzie za to były premier Bojko Borisow i jego Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii-Związek Sił Demokratycznych (GERB-SDS). Niemniej wynik na poziomie zaledwie 13,2 proc. to mocna czerwona kartka.
– Borisow oraz lider Ruchu na rzecz Praw i Wolności (DPS) Delan Peewski to dwie postacie utożsamiane przez Bułgarów z oligarchizacją i upolitycznieniem państwa. W tych wyborach zapłacili cenę niedawnych protestów i społecznej wściekłości na władzę. GERB to partia, która funkcjonuje na bułgarskiej scenie politycznej od 20 lat, ma silne struktury lokalne, a mimo tego nie była w stanie zmobilizować ich na tyle, żeby uzyskać swoje zwyczajowe mniej więcej 600 tys. głosów. Ostatecznie uzyskała niespełna 434 tys., czyli o ponad jedną czwartą mniej. To jasny sygnał, że Bułgarzy mieli dość.
– Warto przy tym wspomnieć o zjawisku, którego dotyczy zarówno GERB, jak i partii Peewskiego. Tymczasowy, ekspercki rząd Andreja Gjurowa bardzo poważnie podszedł do kwestii organizacji wyborów. Starał się chociażby zwalczyć proceder kupowania głosów. A w tym procederze przodują właśnie GERB i DPS. Na briefingu prasowym w dniu wyborów szef MSW podał, że liczba sygnałów o próbie kupowania głosów przez DPS przekroczyła 600, a w przypadku GERB 300. Trzecia partia w tym zestawieniu, czyli nacjonalistyczne Odrodzenie miała tych zgłoszeń raptem kilkanaście. Dochodziły nas informacje, że na bułgarskiej prowincji chociażby grożono ludziom, że nie dostaną swoich świadczeń socjalnych, jeżeli nie oddadzą głosu na daną partię.
Kolejne podobieństwo z systemem stworzonym przez Orbana.
– Tak i to były te przejawy zawłaszczenia, upolitycznienia instytucji państwa, które rozwścieczyły Bułgarów i przyciągnęły do urn nawet tych, którzy zazwyczaj nie głosowali.
Przed wyborami mówiło się, że o kursie rządu Radewa – bardziej proeuropejskim, bardziej antykorupcyjnym albo bardziej prorosyjskim – zadecyduje przyszły koalicjant. Koalicjant nie będzie jednak potrzeby. Czego w takim razie powinniśmy się spodziewać po rządzie Postępowej Bułgarii?
– Wydaje mi się, że priorytetem będą jednak kwestie wewnętrzne – walka z korupcją, z oligarchizacją państwa, z niedziałającym wymiarem sprawiedliwości, rozliczenie nadużyć poprzednich ekip. To było głównym tematem kampanii Radewa. Problematyka zagraniczna była umiejętnie wyciszana, a sam Radew lawirował, żeby przesadnie nie zrazić do siebie ani wyborców umiarkowanie proeuropejskich, ani umiarkowanie prorosyjskich.
Chyba mu się udało, bo niemal tyle samo głosów dostał od wyborców, którzy pod koniec 2024 roku głosowali na proeuropejską PP-DB, co na nacjonalistyczne, prorosyjskie Odrodzenie.
– Nie bez powodu program Postępowej Bułgarii i komunikaty Radewa w kampanii były dość ogólne czy wręcz ogólnikowe. Radew skupiał się na tym, co w państwie nie działa, co jest źle i jak będzie, kiedy Postępowa Bułgaria przejmie władzę. Pomijał jednak etap pośredni, czyli to, jakich narzędzi i metod zamierza użyć, żeby pożądany cel osiągnąć.
Radew będzie musiał działać odważnie, podjąć kroki w kierunku poważnych reform wewnętrznych, które obiecywał w kampanii
Typowa partia typu „catch all”, każdemu obiecuje coś miłego.
– Tyle że koniec końców Radew i jego ludzie nie uciekną od konkretnych działań. Absolutnie kluczowe są tutaj zmiany w wymiarze sprawiedliwości i wybór nowej Najwyższej Rady Sądownictwa.
A do tego potrzebuje większości konstytucyjnej 2/3 głosów. To 160 mandatów w liczącym 240 deputowanych parlamencie. Postępowa Bułgaria ma ich 130.
– Tutaj już Radew będzie potrzebować partnera. Najpewniej PP-DB, która ma 37 parlamentarzystów i wydaje się naturalnym sojusznikiem w procesie naprawy państwa. Żaden wcześniejszy rząd nie miał nawet okazji, żeby zdobyć i oczyścić przyczółki GERB i Peewskiego w licznych instytucjach państwa. Radew współpracujący z PP-DB będzie w stanie to zrobić. Pytanie, czy poprzestanie na deklaracjach, czy jednak przystąpi do zdecydowanych działań.
W przeszłości był znany z tego, że potrafił dużo i groźnie mówić, ale z działaniem bywało różnie.
– Wydaje mi się, że presja społeczna będzie zbyt duża, żeby nowy rząd mógł się uchylić o trudnych i zdecydowanych działań reformatorskich. To bardzo szybko uderzyłoby politycznie i w Postępową Bułgarię, i samego Radewa.
Dostał niezwykle mocny mandat do rządzenia, ale idą z nim w parze ogromne oczekiwania.
– Dlatego będzie musiał działać odważnie, podjąć kroki w kierunku poważnych reform wewnętrznych, które obiecywał w kampanii. Jeżeli chodzi o kwestię polityki zagranicznej, to spodziewam się, że Radew będzie pragmatyczny, to znaczy, że na arenie wewnętrznej będzie mocniej sprzeciwiać się sankcjom na Rosję czy pomocy wojskowej dla Ukrainy, ale w Brukseli nie będzie tym głównym hamulcowym.
– Nie będzie powinien blokować sankcji na Rosję ani unijnych mechanizmów pomocowych dla Kijowa, chociaż w przypadku tych ostatnich zapowiedział, że Bułgaria nie będzie w nich uczestniczyć. Natomiast zobaczymy, czy odważy się paraliżować sankcje na Rosję.
Wypowie 10-letnią umowę o współpracy w zakresie bezpieczeństwa, którą tymczasowy rząd Bułgarii zawarł z Ukrainą w marcu tego roku?
– Tu mamy na razie znak zapytania. Można byłoby tak zakładać, tylko to nie bardzo opłacałoby się Bułgarii ekonomicznie. Bułgarski sektor zbrojeniowy czerpie wymierne korzyści ze sprzedaży uzbrojenia Ukrainie, zwłaszcza amunicji posowieckiego typu, której poza Ukraińcami nikt inny nie kupi. Dlatego może być tak, że Radew będzie bardzo głośny retorycznie, głównie na krajowym podwórku, ale gdy przyjdzie do konkretnych decyzji, nie będzie torpedować działań UE tak, jak robił to Viktor Orban.
Czyli bardziej droga Roberta Fico i Andreja Babisa, a nie samego Orbana?
– Im dłużej się nad tym zastanawiam i im dłużej porównuję różne zachowania, tym bardziej skłaniam się ku umiarkowanemu wariantowi, czyli Babisowi. Zresztą w samych wypowiedziach Radewa nie ma stricte antyunijnych i antyzachodnich haseł.
Poza krytyką pomocy Ukrainie i krytyką przyjęcia euro przez Bułgarię.
– Tylko kwestia pomocy Ukrainie była i jest raczej na użytek wewnętrzny, z kolei krytyka przyjęcia euro to wypadkowa irytacji Bułgarów z powodu drożyzny i rosnących kosztów życia.
Co innego współpraca z Rosją w zakresie energetyki. Radew zapowiadał to w kampanii. Taki krok wepchnąłby go na mocno kolizyjny kurs z Brukselą, która do jesieni 2027 roku zamierza całkowicie pozbyć się rosyjskich surowców energetycznych ze swojego rynku.
– Taka deklaracja ze strony Radewa padła, ale musimy się zastanowić, czy ma możliwość jej realizacji. Bułgaria w przeciwieństwie do Węgier i Słowacji nie jest energetycznie uzależniona od Rosji. Od 2022 roku nie sprowadza rosyjskiego gazu, a od 2024 roku także ropy naftowej. Przywrócenie tego importu wymagałoby wpłynięcia przez Radewa na proces decyzyjny całej UE.
– Oczywiście niektóre kraje prowadzą takie dyskusje, zwłaszcza w obliczu konfliktu na Bliskim Wschodzie i kryzysu energetycznego, który on wywołał, ale wątpię, żeby pozycja Radewa w Unii była wystarczająco silna do przeforsowania w pojedynkę zmian w tak ważnym dla UE obszarze. Gdyby pojawił się w tej sprawie szerszy front, Radew mógłby się do niego przyłączyć, ale sam raczej nie zostanie w tej sprawie trendsetterem.
Nie jest też doświadczony w bieżącej i często brutalnej ogólnokrajowej polityce partyjnej. A teraz to będzie jego nowy świat. Kompletnie inny niż funkcja prezydenta, który dystansował się od wszystkich partii i ustawiał w wygodnej roli recenzenta. Radew sobie poradzi?
– Jako prezydent tymczasowo musiał angażować się w bieżącą politykę w trakcie kolejnych kryzysów rządowych. Jednak to prawda, że jego doświadczenie w czysto partyjnej polityce jest niewielkie i będzie musiał szybko się uczyć. Na pewno jest wyrazistym politykiem i liderem. Postępowa Bułgaria na razie jest projektem mocno wodzowskim. Jest też bardzo szeroką formacją, w której mamy najróżniejszych ludzi i najróżniejsze poglądy – są byli członkowie Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, byli współpracownicy Radewa z Kancelarii Prezydenta, byli członkowie rządów technicznych czy ludzie z Ruchu na rzecz Praw i Wolności (DPS) dwóch partii mniejszości tureckiej.
– Wraz z upływem czasu pojawią się frakcje, różnice zdań i konflikty. To będzie duże wyzwanie dla Radewa, żeby spoić całe to środowisko – zarówno na poziomie polityki rządu, jak również polityki wewnątrzpartyjnej. To będzie dla niego jako politycznego lidera bardzo poważny test.
Rozmawiał Łukasz Rogojsz

