-
Francja doświadczała gwałtownych zamieszek, podczas których policja utraciła kontrolę w niektórych miastach, a minister spraw wewnętrznych bezskutecznie próbował podać się do dymisji.
-
Podczas protestów doszło do starć z policją, aktów wandalizmu oraz zatrzymań, a prezydent Emmanuel Macron spotkał się z krytyką opozycji za swoją reakcję.
-
Na 5 listopada zaplanowano kolejne masowe protesty, a rząd stoi przed wyzwaniami związanymi z finansami publicznymi i obawami o dalszą eskalację sytuacji.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Francja mierzy się z falą gwałtownych zamieszek, które w weekend przetoczyły się przez największe miasta kraju. Podczas demonstracji przeciwko rosnącym kosztom życia i pogarszającej się jakości usług publicznych doszło do starć z policją, podpaleń i masowych grabieży. Władze szacują, że zniszczono lub splądrowano około 1500 sklepów i przedsiębiorstw.
Minister spraw wewnętrznych Laurent Nuñez przyznał, że policja „straciła kontrolę” nad protestami w niektórych miastach – przekazała agencja AFP. Polityk wskazał również na niedostateczne przygotowanie służb do eskalacji przemocy.
Nuñez poinformował, że w związku z wydarzeniami zaproponował prezydentowi Emmanuelowi Macronowi swoją dymisję, ponieważ czuje się odpowiedzialny za to, co się wydarzyło. Francuski przywódca odmówił jednak przyjęcia rezygnacji, argumentując, że konieczne jest zachowanie ciągłości dowodzenia służbami porządkowymi.

W poniedziałek premier Sébastien Lecornu zwołał kryzysowe posiedzenie rządu, poświęcone skutkom zamieszek. Ministrowie mają zająć się m.in. sytuacją gospodarczą, kwestiami ubezpieczeniowymi oraz działaniami służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo.
Zamieszki we Francji. Setki zatrzymanych, tysiąc rannych policjantów
W sobotnich demonstracjach uczestniczyło ponad pół miliona osób, z których większość protestowała pokojowo. Niezadowolenie społeczne związane było przede wszystkim z rosnącymi kosztami utrzymania oraz pogarszającym się dostępem do usług publicznych, w tym edukacji.
Sytuacja zaostrzyła się, gdy do protestujących dołączyły grupy zamaskowanych, ubranych na czarno osób. W wielu miejscach wybuchły starcia z funkcjonariuszami. Policja używała gazu łzawiącego i armatek wodnych, a część funkcjonariuszy uderzała demonstrantów pałkami.
Według francuskiego ministerstwa spraw wewnętrznych w sobotę rannych zostało około tysiąca policjantów, w tym siedmiu ciężko.
Do poważnych incydentów doszło m.in. w Paryżu, Marsylii i Lyonie. W Marsylii grupa demonstrantów na krótko wtargnęła do ratusza, natomiast w Lyonie podpalono siedzibę miejskiej informacji turystycznej. Ogień pojawił się również w budynku ratusza w Limoges.
W niedzielę wieczorem zamieszki ponownie wybuchły w centrum Paryża. W okolicach dzielnicy Châtelet grupy sprawców dopuszczały się aktów wandalizmu i grabieży. Policja poinformowała o splądrowaniu pięciu sklepów i użyciu gazu łzawiącego wobec uczestników zajść.
Jak podały francuskie władze, w niedzielę i w pierwszych godzinach poniedziałku w Paryżu zatrzymano łącznie 350 osób.
Emmanuel Macron pod presją. Opozycja krytykuje reakcję władz
W niedzielę prezydent Emmanuel Macron wygłosił telewizyjne orędzie do narodu, w którym zaapelował o spokój i jedność. Zapowiedział również ukaranie sprawców przemocy.
Wystąpienie spotkało się jednak z krytyką przeciwników politycznych prezydenta, którzy zarzucili mu brak konkretnych propozycji rozwiązania kryzysu.
Szefowa centrali związkowej CGT Sophie Binet oceniła, że Macron nie odniósł się w wystarczający sposób do problemów studentów, kryzysu kosztów życia i pogarszającej się jakości usług publicznych.
Z kolei przewodnicząca Zgromadzenia Narodowego Yaël Braun-Pivet zapowiedziała chęć przeprowadzenia dochodzenia, które miałoby wyjaśnić okoliczności weekendowych wydarzeń i sposób przygotowania służb.
Macron i premier Lecornu obarczyli odpowiedzialnością za gwałtowne zajścia radykalne grupy skrajnej lewicy oraz osoby celowo dopuszczające się przestępstw. Odmienną ocenę przedstawił lider lewicy Jean-Luc Mélenchon, który zarzucił rządowi niekompetencję.
Marine Le Pen oskarżyła natomiast administrację Macrona o wyczerpanie i dezorientację, wskazując na niezdolność władz do opanowania sytuacji.
Francja szykuje się na kolejne protesty. Demonstracje zapowiedziano na 5 listopada
Fala gwałtownych protestów, która w weekend przerodziła się we Francji w zamieszki, ma swoje początki w demonstracjach studentów z połowy września w Paryżu. Początkowo domagali się oni poprawy warunków nauczania, wskazując m.in. na zły stan budynków szkolnych i niedobory nauczycieli.
Z czasem niezadowolenie rozprzestrzeniło się na kolejne miasta, a do protestów zaczęły dołączać związki zawodowe, nauczyciele, emeryci i inne grupy społeczne. Na południu kraju rybacy blokowali porty w proteście przeciwko rosnącym cenom oleju napędowego.
Francuskie władze obawiają się kolejnej fali zamieszek. Na 5 listopada związki zawodowe i przedstawiciele ruchu „żółtych kamizelek” zapowiedzieli masowe protesty. Ugrupowanie to organizowało już wielotysięczne demonstracje podczas pierwszej kadencji Emmanuela Macrona.
Dodatkowym wyzwaniem dla rządu pozostaje trudna sytuacja finansów publicznych. Jak zauważa BBC, władze znajdują się pod presją ograniczenia rosnącego zadłużenia, ale obawiają się, że cięcia wydatków publicznych i świadczeń socjalnych mogłyby doprowadzić do kolejnych protestów.
Źródła: BBC, AFP
-
Paryż zbiera się po zamieszkach, policja ujawniła dane. „Rekordowa liczba”
-
Nie tylko Francja. „Sceny jak z wojny” we Włoszech


