
Sekretarz Marynarki Wojennej USA John Phelan został zwolniony po południu czasu amerykańskiego w czwartek. Po 13 miesiącach na stanowisku. Będąc dobrym znajomym prezydenta i ciesząc się jego, wydawałoby się, sympatią, do ostatniej chwili miał się tego nie spodziewać, i to pomimo narastającego osobistego konfliktu z szefem Departamentu Obrony Petem Hegsethem.
Wiele amerykańskich mediów pisze zgodnie, że kiedy ten mu przekazał nowinę o utracie stanowiska, Phelan nie uwierzył. Miał uparcie starać się porozmawiać twarzą w twarz z Trumpem w Białym Domu, aby ten mu to potwierdził. Ostatecznie prezydent miał mu to powiedzieć przez telefon, rozwiewając złudzenia. W piątek oznajmił dziennikarzom, że choć „bardzo go lubił” i „to świetny facet”, to nie dogadywał się z pewnymi innymi osobami w Pentagonie i administracji, jeśli chodzi o budowę nowych okrętów, wobec czego musiał odejść.
Wizja z pogranicza kosmosu
Przypadek Phelana to przykład na to, że fantastyczne naginanie rzeczywistości w celu przypodobania się Trumpowi, nie jest gwarancją jego łaski. Zwłaszcza jeśli obietnice są ewidentnie zmyślone. Centralną postacią tej historii są bowiem planowane, przynajmniej na razie planowane, nowe pancerniki typu Trump. Prezydent z sekretarzem Phelanem u boku ogłosił zamiar ich budowy na specjalnej konferencji prasowej w grudniu minionego roku. Czego to nie zapowiedziano… Że mają być największymi okrętami nawodnymi świata (pominąwszy lotniskowce), że mają być wyjątkowo silnie uzbrojone, w tym nawet w rakiety hipersoniczne, czy działa laserowe i elektromagnetyczne, że mają przenosić broń jądrową i że mają powstać w amerykańskich stoczniach z amerykańskiej stali. Trump w typowym dla siebie kwiecistym stylu ogłaszał, że będzie to najwspanialszy okręt naszych czasów, a do tego dobrze wyglądający. Co więcej, będzie częścią wielkiego programu rozbudowy US Navy o roboczej nazwie „złota flota”.
Gdyby chcieć zebrać zestaw cech najsilniej przemawiających do psychiki Trumpa, nowe pancerniki miały je wszystkie. Prezydent nigdy nie interesował się specjalnie wojskiem i uzbrojeniem, ale jakoś właśnie ta klasa okrętów, wielkich szarych gór stali, budziła jego fascynację. Phelan dobrze o tym wiedział i miał specjalnie skonstruować cały pomysł tak, aby odpowiednio wpłynąć na prezydenta. Jak piszą teraz amerykańskie media, w tym „New York Times”, zrobił to w znacznej mierze pomijając Hegsetha i jego zastępcę, Stephena A. Feinberga. Obaj panowie zaczęli więc intensywną kampanię podminowania Phelana, mówiąc prezydentowi między innymi, że „nie jest graczem zespołowym”. Dokładnie to wybrzmiało w najnowszej wypowiedzi Trumpa.
Phelan sobie jednak sam nie pomagał. Deklaracje dotyczące pancerników były o tyle fantastyczne, że praktycznie nierealne. Bardzo mocno podsumował to jeszcze w grudniu analityk think-tanktu CSIS Mark Cancian. „Zapowiadane parametry tego okrętu są tak wyjątkowe, że jego upublicznienie na pewno wywoła potężną dyskusję. Jednakże właściwie nie ma potrzeby jej toczyć, bo ten okręt nigdy nigdzie nie popłynie. Zaprojektowanie go będzie trwało wiele lat i koszt jednego sięgnie 9 miliardów dolarów. Wszystko wbrew nowej koncepcji działania US Navy, która zakłada więcej mniejszych okrętów. Następna administracja prezydencka na pewno skasuje ten program, zanim pierwszy okręt dotknie wody” – napisał.
>>>>> Spór Hegsetha z sekretarzem marynarki to niejedyny konflikt na szczycie Pentagonu. Na początku kwietnia sekretarz obrony usunął też szefa sztabu US Army – piszą na Wyborcza.pl Izabela Alberczyk i Maciej Czarnecki. >>>>>
To się tak szybko nie da
Faktem jest, że US Navy już od wielu lat prowadzi ogólne prace studyjne nad nowym dużym okrętem nawodnym. Aktualnie właściwie ich nie ma. Z dużych okrętów niebędących lotniskowcami to ma 7 ostatnich krążowników typu Ticonderoga, które są wycofywane ze służby, a do tego 76 koni roboczych floty, niszczycieli typu Arleigh Burke, ciągle modernizowanych i budowanych. Nie są to jednak okręty wielkie. Oba typy wypierają po około 10 tysięcy ton. Na niszczyciele jeszcze jakoś jest wciskane nowe uzbrojenie i wyposażenie w ramach modernizacji, ale ich kadłuby są za małe na dalszy rozwój. Ratunkiem miały być nowe wielkie niszczyciele typu Zumwalt, których budowę zaczęto jeszcze w latach 90. Program okazał się jednak niewypałem i na fali cięć po zimnej wojnie oraz podczas wojny z terrorem, zamówienie zmniejszono z ponad 20 sztuk do 3 już budowanych. Teraz są okrętami głównie eksperymentalnymi. Z tych powodów od ponad dekady ponownie w USA myśli się nad kolejnymi dużymi jednostkami nawodnymi.
Początkowo miało to być po prostu nowe wcielenie trochę większych niszczycieli, ale podczas wstępnych prac projektowych zderzono się z problemem – nie mieściło się w nich wszystko, co chciano by w nie włożyć, głównie odpowiednia ilość wyrzutni rakiet. Przez chwilę myślano, czy by nie zrobić więc dwóch podtypów tych nowych okrętów. Większy i mniejszy. Potem zjawił się jednak Trump i Phelan. Większe stało się bezsprzecznie lepsze. Duży wariant okrętu przyszłości błyskawicznie utył i zyskał dumne miano pancernika.
Większość ekspertów zajmujących się tematyką morską w USA natychmiast popukało się jednak w głowę. Z wielu powodów, w tym tych wymienionych przez Canciana. Amerykanie od wielu dekad nie projektowali tak dużych okrętów nawodnych, z wyjątkiem lotniskowców, które są jednak specyficznymi jednostkami. Ba, od prawie trzech dekad nie wychodzi im zaprojektowanie i zbudowanie żadnego okrętu w tej kategorii. Zumwalty skończyły się drogą porażką. Korwety LCS masową, ale jednak porażką. Nowe fregaty potykają się ciągle o własne nogi i Phelan dokonał kolejnego dużego resetu programu ich budowy. Tymczasem nagle miałyby szybko zostać zaprojektowane wielkie pancerniki, które chciano kontraktować już w roku fiskalnym 2028. Nie jest jasne w jakiej stoczni, bo obecnie nie ma żadnych odpowiednio dużych w USA, które miałyby możliwość zajęcia się takim projektem w tak krótkim czasie. Można właściwie w ciemno obstawiać, że budowa pancerników byłaby festiwalem opóźnień i przekroczeń kosztów.
Za mało na utrzymanie się u steru
Hesgeth i Feinberg mieli być wyjątkowo niezadowoleni, że Phelan forsuje coś takiego i na dodatek robi to, starając się zdobywać osobiste punkty u Trumpa. Według amerykańskich mediów mieli być też niezadowoleni z tego, jak radzi sobie z bardzo problematycznym i bardzo potrzebnym programem budowy fregaty nowego typu. Jeszcze w 2025 roku zabrali Phelanowi nadzór nad budową okrętów podwodnych i oddali go w ręce zawodowego wojskowego, odpowiadającego bezpośrednio do Feinberga. Było to ograniczenie podstawowej funkcji Sekretarza Marynarki, który ma niewiele wspólnego z codziennym funkcjonowaniem floty, czy planowaniem jej działań. On ma się zajmować głównie budową okrętów i potencjału stoczniowego. Tym, co da narzędzia marynarzom.
Ostatecznie okazuje się, że Hesgeth ma silniejszy posłuch u Trumpa i zdołał go przekonać do swojej racji. Można się domyślać, że mogło mu w tym pomóc wytykanie problemów z nowymi, wspaniałymi pancernikami. Być może Trump liczył, że kontraktując 2 pierwsze okręty w 2028 roku, będzie miał szansę być przy początku budowy pierwszego z nich, zanim w 2029 roku zakończy się jego druga prezydentura. Było i jest to jednak skrajnie mało prawdopodobne. Phelan musiałby być cudotwórcą. Najwyraźniej Trump w to jednak nie uwierzył.









