
– Ameryka straciła chęć przewodzenia, z kolei wrogowie demokracji zjednoczyli się w ramach osi autokratów – stwierdził podczas Kopenhaskiego Szczytu Demokracji Anders Fogh Rasmussen. – My tutaj w Danii i Grenlandii czasami wręcz zastanawialiśmy się, jak i kiedy to się stało, że globalny szeryf się zbuntował – kontynuował były szef NATO i były premier Danii.
W ocenie Rasmussena i jego współpracowników kapitulacja Ameryki z jej dotychczasowej roli, a także nieprzewidywalność obecnej administracji w połączeniu z rosnącym zagrożeniem autokratów wymagają reakcji tzw. wolnego świata. Propozycję rozwiązania tego problemu były szef NATO opisał w raporcie „Po rozłamie. Sojusz demokratycznych średnich mocarstw kierowanych przez D7”.
D7 na czele wolnego świata. Nadszedł moment wyboru
Jak zapewnił w Kopenhadze Rasmussen, „demokratyczne średnie mocarstwa nie mają luksusu czekania w nadziei, że coś powstanie z popiołów ustanowionego po II wojnie światowej globalnego porządku opartego na regułach”. Przekładając to na nasze: muszą wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć kształtować geopolityczną rzeczywistość w trosce o interesy swoje i całego demokratycznego świata.
Wspomniany skrót D7 wzorowany jest na formatach pokroju G7 czy G20 i pochodzi od „Democracies-7”, co w wolnym tłumaczeniu można przełożyć na „Demokratyczną Siódemkę”.
W skład nowej grupy miałyby wejść: Unia Europejska, Wielka Brytania, Kanada, Australia, Nowa Zelandia, Japonia i Korea Południowa. Jak wyliczają autorzy raportu, wspólnie to grono odpowiada za 36 bln dol. PKB, czyli niemal 30 proc. światowego produktu krajowego brutto. Kapitał wystarczający, żeby rzucić wyzwanie największym globalnym graczom.
– Te siedem demokracji wspólnie jest nawet większe od globalnych supermocarstw i dysponuje gospodarczą siłą, żeby odeprzeć wszelkiego rodzaju naciski i szantaże – diagnozował Rasmussen. W jego ocenie, przed wspomnianym gronem stoi teraz historyczny wybór: „mogą zostać satelitami supermocarstw i tylko pozorować suwerenne działania albo współdziałać w ramach sojuszu demokracji na rzecz wspólnego sukcesu”.
– W świecie opanowanym przez samolubną rywalizację o władzę musimy być w stanie wyznaczyć własny kierunek i zaoferować światu realną alternatywę – ocenił były szef NATO. Podkreślił przy tym, że „D7 przyspieszyłoby tę współpracę i stworzyło jądro, które byłoby w stanie zaoferować reszcie świata alternatywy technologiczne, inwestycyjne i handlowe oparte na demokratycznych zasadach”.
D7, czyli co? Wzorem „koalicja chętnych” w sprawie Ukrainy
Autorzy raportu poza nieprzewidywalnością Stanów Zjednoczonych za rządów Donalda Trumpa, zwiększającą się z każdym rokiem gospodarczą presją Chin, a także rosnącymi wpływami autokratów stawiają jeszcze jedną diagnozę, która – w ich ocenie – potwierdza konieczność szybkiej reakcji ze strony demokratycznego świata, a zwłaszcza średnich mocarstw.
Chodzi o rozkład i bezradność kluczowych międzynarodowych instytucji, które miały zabezpieczać urządzony po drugiej wojnie światowej globalny ład. Na czarnej liście znajdziemy m.in. Organizację Naród Zjednoczonych, Światową Organizację Handlu czy nawet formaty typu G7 i G20. Dlatego – jak oceniają autorzy raportu – średnie mocarstwa „muszą współpracować w celu ochrony swoich interesów, ale także zasad, które przez ponad 80 lat utrzymywały świat we względnej wolności, pokoju i dobrobycie”.
Nie chcąc popełnić błędów poprzedników, pomysłodawcy nowej inicjatywy nie proponują zinstytucjonalizowanej, zbiurokratyzowanej i sformalizowanej struktury. Wzorem dla nich jest tzw. koalicja chętnych, którą Keir Starmer i Emmanuel Macron powołali do życia w celu zapewnienia Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa po zawarciu pokoju z Rosją. Punkt ciężkości położony jest na elastyczność, szybkość działania i realizację konkretnych przedsięwzięć, a nie długi proces decyzyjny, skomplikowaną strukturę i proceduralne przeszkody.
Okno możliwości jest wąskie. (…) Czas na działanie jest teraz. Nie poprzez pojedynczy wzniosły gest, tylko przez kolejne kroki w kierunku zupełnie nowego modelu współpracy
„Ta zasada może zostać odwzorowana również w wielostronnych porozumieniach dotyczących handlu, technologii, materiałów krytycznych, obrony czy inwestycji. Dotychczas brakowało po prostu siły mobilizacyjnej” – zauważają analitycy. Tą siłą ma być właśnie D7, które definiują jako „centrum, wokół którego mogą koncentrować się inicjatywy demokratyczne”.
Z tego punktu widzenia kluczowa jest bowiem struktura proponowanej organizacji. Składa się z trzech elementów, czy raczej warstw. Rdzeniem jest siedmioro członków założycieli, którzy nadają D7 gospodarczej wagi i wyznaczają polityczny kierunek. Drugą warstwą są państwa stowarzyszone, a więc państwa, które poparły działania D7 w konkretnych kwestiach i w tych kwestiach z D7 współpracują. Ostatnią warstwą są partnerzy – niedemokratyczne państwa, które jednak współpracują z D7 w sprawach obopólnie korzystnych, ale bez zawierania trwałych politycznych sojuszy.
Co ważne, członkostwo w rdzeniu D7 nie byłoby stałe i bezwarunkowe. Autorzy pomysłu proponują dwuletnią, odnawialną kadencję przy jednoczesnej ocenie przestrzegania demokratycznych standardów i zaangażowania w przedsięwzięcia organizacji każdego członka. Jak podkreślają autorzy, taka konstrukcja zostawia otwarte drzwi przede wszystkim dla Stanów Zjednoczonych, o ile zmienią swój aktualny kurs, metody działania i geopolityczne priorytety.
W kwestii zarządzania organizacją, kluczem miałaby być prostota i efektywność. Kluczowe byłyby coroczne szczyty przywódców państw D7, na których wyznaczano by strategiczne kierunki działania. Przewodniczący organizacji byłby funkcją rotacyjną, zmienianą co roku. Głównym organem koordynującym bieżącą pracę D7 byłby Komitet Sterujący, w skład którego wchodziliby wysocy rangą urzędnicy państw członkowskich ds. handlu i gospodarki.
Ciągłość między kolejnymi szczytami zapewniałby z kolei składający się z ministerialnych urzędników i tzw. szerpów (czyli specjalnych wysłanników przywódców państw) sekretariat opierający się grupach roboczych dotyczących każdego obszaru działania D7. Kluczowe decyzje miałyby natomiast zapadać większością kwalifikowaną czterech siódmych, co uchroniłoby D7 przed paraliżującą chociażby Unię Europejską instytucją weta.
Cele D7: od inwestycji aż po bezpieczeństwo
Na koniec najważniejsze, czyli cele proponowanej przez Andersa Fogha Rasmussena nowej inicjatywy. Te dotyczą sześciu konkretnych obszarów:
-
sojusz handlowy – stanie na straży zasad wolnego, światowego handlu
-
gospodarczy art. 5. – ochrona członków D7 przed szantażem i naciskami
-
Demokratyczna Inicjatywa Technologiczna – kształtowanie standardów i ujednolicenie kontroli eksportu, a także wspólne inwestycje w sztuczną inteligencję, technologie kwantowe i technologie kosmiczne
-
surowce krytyczne – opracowanie wspólnej strategii, której celem byłoby złamanie hegemonii Chin w zakresie przetwórstwa i eksportu minerałów ziem rzadkich
-
filar obronny – czerpanie i wykorzystywanie wojennych doświadczeń Ukrainy oraz działaniach „koalicji chętnych”
-
globalne inwestycje – skoordynowany proces będący demokratyczną odpowiedzią na chińską Inicjatywę Pasa i Szlaku
Sojusz handlowy. D7 ma być stanowczą odpowiedzią na wyzwania ostatnich lat. Wśród nich na pierwszy plan wybijają się zapaść i niesterowność Światowej Organizacji Handlu, wojny celne wydawane kolejnym państwom przez administrację Donalda Trumpa, a także wykorzystywanie przez Chiny potencjału gospodarczego i globalnych łańcuchów dostaw do politycznego podporządkowywania sobie kolejnych państw. Celem jest nie tylko dobrobyt państw członkowskich D7, ale również, a być może przede wszystkim, utrzymanie ukształtowanego po drugiej wojnie światowej globalnego ładu.
Gospodarczy art. 5. Bezpośrednio wiąże się z opisanym powyżej sojuszem handlowym, jednocześnie nie bez powodu nawiązując do terminologii znanej z Traktatu Północnoatlantyckiego. W czasach, gdy gospodarka stała się narzędziem geopolitycznej walki, D7 ma stanowić tarczę chroniącą członków organizacji przed agresywną polityką trumpistowskich Stanów Zjednoczonych oraz Chin.
W przypadku próby szantażu czy zastraszenia jednego z członków organizacji, pozostałe państwa podejmują skoordynowaną, wspólną odpowiedź. Jest ona czterostopniowa. Zaczyna się od dywersyfikacji importu zaatakowanego państwa (cel: zmniejszenie jego zależności od agresora), a następnie jest uzupełniana o przyjęcie zablokowanych przez agresora produktów na rynkach państw D7 (cel: zminimalizowanie kosztów ataku agresora). Dwa kolejne kroki mają już charakter odwetowy i zakładają sankcje handlowe oraz sankcje finansowe wobec agresora.
Demokratyczna Inicjatywa Technologiczna. W ocenie autorów propozycji utworzenia D7, o pozycji państw i sojuszy w XXI wieku w dużej mierze decydować będą rozwój sztucznej inteligencji, technologii kwantowych, technologii 6G i biotechnologii. Jako przykład Rassmussen i jego współpracownicy podają Chiny, które doskonale to rozumieją i wykorzystują w celu wzmocnienia swojej globalnej pozycji.
D7 zamierza forsować stosowne regulacje ochronne w międzynarodowych organizacjach, kontrolować eksport i procesy inwestycyjne, a także prowadzić własne inwestycje w wymienionych kluczowych obszarach (zwłaszcza w dziedzinie sztucznej inteligencji i technologii kosmicznych, które obecnie są niemal zmonopolizowane przez Stany Zjednoczone i Chiny).
Surowce krytyczne. Kolejny obszar, w którym D7 miałoby zatrzymać coraz większą hegemonię Chin w światowej gospodarce. Państwo Środka już teraz odpowiada za przetwarzanie około 90 proc. minerałów ziem rzadkich, a dodatkowo powiększa swoje wpływy w tym zakresie w Afryce. „Skoordynowane podejście D7 obejmowałoby wydobycie, przetwarzanie, składowanie i recykling w ramach wspólnych ram prawnych, z umowami o wspólnych zakupach, które zapewniałyby większą siłę negocjacyjną ze stronami trzecimi” – czytamy w raporcie.
Ameryka straciła chęć przewodzenia, z kolei wrogowie demokracji zjednoczyli się w ramach osi autokratów
Filar obronny. Gospodarczy art. 5. wzorowany na słynnym zapisie Traktatu Północnoatlantyckiego to niejedyny element dotyczący bezpieczeństwa, który na sztandary wzięłoby D7. Punktem wyjścia znów jest ogromny dystans wobec Chin i zwłaszcza Stanów Zjednoczonych w kluczowych zdolnościach takich jak wywiad, obserwacja, rozpoznanie, łączność satelitarna, logistyka, tankowanie w powietrzu czy strategiczny i taktyczny transport lotniczy.
Żaden z potencjalnych członków D7 w pojedynkę nie jest w stanie nadgonić tych zaległości. Jednak połączony potencjał finansowy, przemysłowy i wojskowy całej siódemki stwarza zupełnie nowe możliwości działania w zakresie kluczowych we współczesnych realiach pola walki zdolności militarnych.
Ponadto D7 miałoby poważnie zaznaczyć swoją obecność w Arktyce, której militarne i gospodarcze znaczenie wzrosło w ostatnich latach niewyobrażalnie. Geograficzne położenie Kanady i nordyckich państw UE dawałoby D7 istotną przewagę w starciu z Chinami i Stanami Zjednoczonymi.
Autorzy raportu dużo miejsca poświęcają też Ukrainie, z której doświadczeń bojowych państwa D7 powinny czerpać garściami i uczynić z Kijowa kluczowego partnera w procesie modernizacji swoich sił zbrojnych i dostosowywania ich do współczesnych realiów wojennych. Walka dronowa, wojna w cyberprzestrzeni, wojskowo-cywilne innowacje czy masowa produkcja niskokosztowej amunicji – to tylko kilka przykładowych dziedzin, w których wkład Ukrainy byłby nieoceniony.
Globalne inwestycje. D7 ma nie być zamkniętym, elitarnym klubem bogatych. Jednym ze strategicznych celów byłoby odbicie wpływów na Globalnym Południu, gdzie pozycja Chin, ale także Rosji, jest w tym momencie niepodważalna. Narzędziem zmiany układu sił miałyby być właśnie inwestycje w krajach rozwijających się, a także uczciwe partnerstwa handlowe otwierające rynki zamożnych państw Zachodu na produkty i towary z Globalnego Południa.
„Czas na działanie jest teraz”
Na koniec autorzy raportu przekonują, że zaprezentowana przez nich wizja jest „ambitna, ale realistyczna”. Jak podkreślają, nie wymaga utopijnego konsensusu, tylko politycznej woli do działania tu i teraz w konkretnych sprawach.
„Kolektywna ekonomiczna hard i soft power światowych demokracji wciąż jest potężną siłą” – nie mają wątpliwości analitycy. Tym czego – w ich ocenie – dotąd brakowało jest architektura polityczna, dzięki której wspólny potencjał można by przekuć w skuteczną realizację wspólnych celów.
Na koniec Rasmussen i jego współpracownicy przestrzegają, że okoliczności szybko zmieniają się na niekorzyść demokratycznych średnich potęg, więc „okno możliwości jest wąskie”. „Czas na działanie jest teraz. Nie poprzez pojedynczy wzniosły gest, tylko przez kolejne kroki w kierunku zupełnie nowego modelu współpracy” – konkludują.

