W tegoroczną niedzielę wielkanocną na warszawskim Mokotowie uśmiercono siedem dzików, w tym sześć młodych. Kilka dni wcześniej na Bemowie przeprowadzono odstrzał osobników, które weszły na plac zabaw.
W lipcu w stołecznej dzielnicy Wawer mężczyzna został ugryziony przez dzika na terenie swojej posesji i trafił do szpitala.
Chyba wszyscy słyszeli zaś o łosiu, który zawędrował w okolice Dworca Centralnego w Warszawie. Kilka dni temu przedstawiciel tego samego gatunku zawisł na ostro zakończonym płocie na ulicy Długiej w Konstancinie-Jeziornie.
Mieszkańcom coraz trudniej jest ignorować obecność dzikich zwierząt w mieście. Zwłaszcza, gdy pod ich oknami codziennie przechadza się stado dzików.
Dziki problem Warszawy
Po wspomnianych kwietniowych wydarzeniach w Warszawie dyskusja o dzikach w mieście rozgorzała na nowo. 22 września Sejmik Województwa Mazowieckiego przyjął uchwałę, wedle której przez dwa lata działania wobec zwierząt stwarzających zagrożenie nie będą objęte z góry określonym limitem.
Według Tomasza Podgórskiego, członka Grupy Ekologii Ruchu Zwierząt, to działanie wyłącznie doraźne i krótkofalowe.
– Aby przyniósł jakikolwiek zauważalny efekt w postaci trwałej redukcji populacji, działania musiałyby być prowadzone w sposób ciągły. Bez wdrożenia dodatkowych środków dziki i tak będą napływać z okolicznych terenów, zajmując miejsca po osobnikach wyeliminowanych – mówi Interii.
Z kolei dla zoologa dr. Roberta Maślaka decyzja Sejmiku jest zaskakująca i drastyczna.
– Prace należało zacząć od badań populacyjnych, na co było wiele lat. Pojawianie się dzików na ulicach, trawnikach czy rabatach to nie jest nowy problem, lecz efekt wieloletnich zaniedbań. W rezultacie Warszawa ma dużą populację dzików, ale tak naprawdę nie wie, jak dużą, bo podawane liczby są niepotwierdzone – mówi zoolog.
W czerwcu w stolicy powołano specjalny zespół ds. dzikich zwierząt. Tymczasem decyzję Sejmiku o zniesieniu limitu działań wobec dzików podjęto, nie czekając na efekty prac ekspertów.
Owe działania to odstrzał redukcyjny oraz odłów zakończony uśmierceniem. Jak podkreślono, stosowane one będą w uzasadnionych przypadkach.
„Uchwała umożliwia podejmowanie działań wobec dzików, które m.in. utraciły naturalny lęk przed człowiekiem, bytują lub regularnie pojawiają się na terenach zurbanizowanych, w zwartej zabudowie mieszkaniowej, na terenach użyteczności publicznej lub rekreacyjnych albo w pasach drogowych – jeżeli stwarzają nadzwyczajne zagrożenie dla życia, zdrowia lub gospodarki człowieka” – czytamy na stronie ratusza.
– Dzik atakuje człowieka niezwykle rzadko – znacznie rzadziej niż chociażby pies. Dziki nie polują na ludzi; do groźnych incydentów dochodzi zazwyczaj w wyniku obrony przed psami, których dziki się boją i na które reagują ucieczką lub agresją – tłumaczy dr Maślak.
„Nie pozbędziemy się dzików z miast”
By na dłużej poradzić sobie z nadmierną obecnością dzików w miastach, potrzeba rozwiązań systemowych – to nie ulega wątpliwości. Jak wyjaśnia Tomasz Podgórski, muszą one być dostosowane do lokalnego kontekstu, ukształtowania terenu oraz struktury miasta.
Przykładem miasta wdrażającego różnorodne działania jest Barcelona. – Choć podjęte tam kroki nie wyeliminowały problemu całkowicie, pozwoliły jednak na pewne ograniczenie populacji – mówi Podgórski.
W Barcelonie stosuje się odłowy, modyfikacje architektury miejskiej utrudniające napływ zwierząt z terenów naturalnych czy kampanie społeczne mówiące o uniemożliwianiu zwierzętom dostępu do pokarmu.
– Nie pozbędziemy się dzików z miast. Warto mieć świadomość, że trzeba się do nich przyzwyczaić, bo to się dzieje w całej Europie. Dziki chcą tylko zdobyć pokarm i zapewnić sobie bezpieczeństwo, więc można funkcjonować obok dzików, ale oczywiście zachowując pewne zasady ostrożności – mówi Robert Maślak.
Dziki szukają schronienia
Kilka lat temu Instytut Leibniza ds. Badań nad Zwierzętami Ogrodów Zoologicznych i Dzikiej Przyrody (Leibniz-IZW) przeprowadził badania dotyczące mieszkających w mieście dzików. Naukowcy przeanalizowali zawartość żołądków 247 zwierząt z Berlina i okolic.
Jak się wówczas okazało, dziki nie przybywają do miasta, by jeść odpadki. Nawet w mieście żywią się one głównie pokarmem pochodzenia naturalnego.
Robert Maślak zwraca uwagę, że w każdym mieście może być inaczej. Dlatego w jego ocenie metody ograniczania populacji powinny być każdorazowo poprzedzone badaniami, a sposoby dobrane zależnie od sytuacji.
– Dziki traktują miasto także jako refugium – schronienie przed intensywnymi polowaniami związanymi z ASF (afrykański pomór świń, zakaźna choroba wirusowa – red.) na terenach pozamiejskich. Na obszarach miejskich, gdzie nie stosuje się broni palnej, a odłów przebiega po cichu, zwierzęta nie odczuwają bezpośredniego stresu towarzyszącego wystrzałom – mówi zoolog.
– Do obecnej sytuacji w polskich miastach mogły przyczynić się m.in. intensywne odstrzały sanitarne na Mazowszu, w których uczestniczyli myśliwi z całej Polski – dodaje.
Tymczasem dane z ostatnich lat pokazują, że około 0,4 proc. odstrzelonych dzików było zakażonych ASF.
„Musimy się z tym oswoić”
Dziki to niejedyne dzikie zwierzęta, które przychodzą do miast. W ostatnim czasie słyszeliśmy choćby o pojawiających się w Warszawie łosiach. Jak tłumaczy Robert Maślak, w przeciwieństwie do dzików nie korzystają one z pokarmu ludzkiego. Ich populację regulują naturalne mechanizmy (choroby, drapieżniki takie jak wilki, migracje).
– One czasem się pojawiają i będą się pojawiać. Musimy się z tym oswoić – podkreśla.
Niestety czasami łosie czy sarny stają się ofiarami kolizji i wypadków na drogach. Jak mówi zoolog, jedyną skuteczną metodą ich unikania jest redukowanie prędkości w miejscach oznaczonych odpowiednim znakiem drogowym.
Czy w przyszłości dzikich zwierząt w miastach może być jeszcze więcej?
Tomasz Podgórski uważa, że pojemność środowiska miejskiego dla tych zwierząt nie została jeszcze w pełni wysycona. Dalszy rozwój populacji jest dyktowany przede wszystkim łatwym dostępem do pokarmu i odpadków generowanych przez ludzi.
W Warszawie od początku 2026 r. do końca sierpnia odnotowano 18 082 zgłoszenia dotyczące dzików, 302 kolizje drogowe z ich udziałem oraz 186 zgłoszeń ataków na ludzi.
Anna Nicz
Chcesz porozmawiać z autorką? Napisz: anna.nicz@firma.interia.pl













