Dla mnie, jako kierowcy z ponad dwoma dekadami na polskich drogach, była to jedna z najbardziej uderzających lekcji po przeprowadzce do Szwajcarii. Delikatnie rzecz ujmując – stresujących. Przy czym zdecydowanie nie określiłbym siebie jako „lubiącego szybkość”.

Przez długie lata jazdy po polskich drogach dostałem słownie jeden mandat za przekroczenie prędkości. Pamiętam do dziś małą miejscowość gdzieś na Pomorzu. Wakacje, ładna pogoda, pusta droga, znak początku terenu zabudowanego i zupełnie zrelaksowany ja hamujący biegiem. Zbyt zrelaksowany, bo w krzakach, przy pierwszym domu w tej miejscowości stał fotoradar. Efekt: coś około 65 km/h przy ograniczeniu do 50 km/h. Nie ma co dyskutować, błąd. Od tej pory wcześniej zaczynam zwalniać.

Dzisiaj już takich kontroli nie ma, bo na fali głosów krytyki, że gminy przy ich pomocy bardziej dbają o dodatkowe dochody do budżetu niż bezpieczeństwo na drogach, w 2015 prawo zmieniono i odebrano im możliwość kontroli prędkości. Ja natomiast i tak lekcję odrobiłem. Następne dekady ani jednego mandatu za prędkość. Choć nie powiedziałbym, że religijnie przestrzegałem ograniczeń. Nie patrzyłem w każdej chwili pilnie na prędkościomierz, pilnując prędkości. Raczej „na czuja” płynąłem z ruchem i na pewno się zdarzało jechać w granicy +10 km/h nad ograniczeniem.

Potem przeprowadziłem się do Szwajcarii. No i ta „zrelaksowana” postawa szybko przerodziła się w uczucie dostania na odlew w twarz. Dwa mandaty z fotoradarów w kilka miesięcy. Nagle zacząłem znacznie pilniej patrzeć na prędkościomierz, bo o srogich karach szybko się od lokalnych znajomych nasłuchałem.

Zobacz wideo Odcinkowy pomiar prędkośc – nowa polska koncepcja fotoradarów

Pobłażania nie ma

W moim przypadku oba mandaty były na szczęście symboliczne. Najniższy możliwy wymiar kary w postaci 40 i 60 franków szwajcarskich za przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym o 1-5 km/h i 6-10 km/h na autostradzie. Przy czym, o ironio, ten pierwszy mandat był kopią historii z Polski opisaną powyżej. Mały przenośny fotoradar na wjeździe do wioski i wyluzowany ja, jadący na wycieczkę w góry, który nie zwolnił dość szybko przed znakiem. Drugi to już ja przyzwyczajony, że na polskich drogach szybkiego ruchu ograniczenie prędkości to w praktyce sugestia, jeśli się nie szaleje. Błysk w oczach szybko wyprowadził mnie ze złudzenia, że tutaj jest tak samo. Tutaj 120 km/h to 120 km/h. Bo taka jest maksymalna dopuszczalna prędkość na autostradach, a fotoradarów na nich sporo.

Przy czym tu nie ma polskich zwyczajów, że kierowca jest przed fotoradarem lojalnie ostrzegany o jego obecności. Wręcz przeciwnie. Wszystkie, które widziałem, są pomalowane na ciemne albo szare kolory, przez co trudno je dostrzec z oddali. Jak nie wiesz, że w danym miejscu jest stały fotoradar, albo miejsce na ustawiany okresowo, to zazwyczaj dostrzegasz urządzenie z małej odległości. Co więcej, wiele z nich jest za zakrętami i w innych lokalizacjach, utrudniających zobaczenie ich z daleka. No i nie ma tak, że kiedy jedziesz gdzieś do 10 km/h nad limitem, to zdjęcia ci nie zrobi. Zrobi, choć potem w procesie wystawiania mandatu od 3 do 5 km/h jest odejmowane na rzecz potencjalnego błędu pomiaru. Czyli na przykład za 57 km/h na terenie zabudowanym, dostaniesz mandat, jakbyś jechał 2-4 km/h ponad limit.

– Podstawową ideą tego systemu jest zwiększenie „świadomości możliwości kontroli”. Kierowcy powinni mieć poczucie, że mogą zostać skontrolowani w każdym momencie i w każdym miejscu. Takie rozwiązanie pomaga zapewnić ciągłe przestrzeganie ograniczeń prędkości. Nie tylko w miejscu spodziewanej kontroli –  powiedziała mi Judith Hebekeuser, rzeczniczka Beratungsstelle für Unfallverhütung (BFU), czyli prywatnej fundacji założonej przez firmy ubezpieczeniowe w 1938 roku, której celem jest ograniczanie liczby wypadków poprzez analizę i edukację społeczeństwa. Organizacja jest finansowana głównie poprzez wpływy z ubezpieczeń na okoliczność wypadku. Interes firm jest w tym oczywisty, ale fundacja cieszy się dużym szacunkiem i jej działanie jest częściowo regulowane przez państwo. Zapobieganie wypadkom na drogach jest jednym z najważniejszych obszarów działalności BFU.

Fotoradar to zło? Czy jednak nie?

W Szwajcarii także toczy się podobna dyskusja jak w Polsce o tym, że fotoradary to nie narzędzie dbania o bezpieczeństwo, ale możliwość ściągania dodatkowego podatku z kierowców. Ostatnią najgłośniejszą inicjatywą w tej sprawie było referendum w kantonie Argowia w marcu 2026 roku. Jej inicjatorzy nazwali ją w wolnym tłumaczeniu „Zatrzymajmy łupienie fotoradarami!” (niem. – „Blitzerabzocke stoppen”). Głównym punktem zapalnym był lokalnie niesławny stały fotoradar na centralnym skrzyżowaniu w niewielkim mieście Baden. Za jego sprawą wystawiane są rocznie mandaty na około 1,5 miliona franków. Choć co istotne, jest jedynym stałym fotoradarem w całym kantonie. Pozostałe są półstałe, czyli przenoszone pomiędzy przygotowanymi stanowiskami.

Inicjatywa przeszła większością 55 procent głosów. Od teraz wszystkie kolejne stałe fotoradary mają wymagać specjalnego pozwolenia władz kantonu i wyłącznie po wykazaniu, że w danym miejscu nie ma innej możliwości poprawy bezpieczeństwa na drodze. Przenośne urządzenia mogą natomiast stać w danym miejscu maksymalnie trzy doby. Inicjatywa zakładała też likwidację wspomnianego fotoradaru w Baden, ale jak podkreślają lokalne władze, to nie takie proste, bo zgodę na jego ustawienie wydano lata temu, a prawo nie działa wstecz. Co więcej, nie chcą go usuwać, bo ustawiono go tam z powodu licznych wypadków na skrzyżowaniu. Będą więc starały się udowodnić, że musi tam stać też zgodnie z nowymi przepisami.

Argowia jest jednak jedynym z 26 kantonów, który realizował tego rodzaju inicjatywę. W Szwajcarii w kwestii fotoradarów najwięcej do powiedzenia mają bowiem władze kantonalne i gminne. W zdecydowanej większości tego rodzaju pomysłów nie ma. Jedynie 6 kantonów w ogóle publikuje oficjalnie w sieci informacje o lokalizacjach urządzeń (przy czym niektóre wszystkich, a inne tylko stacjonarnych). Trzeba jednak wiedzieć, że tak jest i gdzie szukać. Kraj jest natomiast mały i jadąc do marketu budowlanego odległego o 20 minut drogi, przejeżdżam przez 3 różne kantony. Znacznie prościej zakładać, że mogą być wszędzie.

Co więcej, prawo federalne oficjalnie zakazuje ostrzegania się nawzajem o lokalizacji kontroli drogowych i fotoradarów. Można to robić jedynie prywatnie, co jest interpretowane jako na przykład wiadomość do członka rodziny. Natomiast aplikacje z taką opcją czy nawet zamknięte grupy dyskusyjne z nieznajomymi ostrzegającymi się nawzajem są traktowane jako pomoc w unikaniu prawa. Wiąże się to z ryzykiem wysokich kar, nawet rzędu 10 tysięcy franków w przypadku większych zorganizowanych akcji.

– W naszej ocenie publiczne informowanie czy wyraźne oznaczanie miejsc kontroli przy pomocy fotoradarów nie ma wartości dodanej z punktu widzenia bezpieczeństwa. Kluczowe jest utrzymanie wśród kierowców świadomości, że kontrola może nastąpić w każdym momencie – mówi Hebekeuser. – Z perspektywy bezpieczeństwa na drogach konieczne są kontrole przy pomocy fotoradarów stałych i półstałych, które pozwalają zapewnić przestrzeganie ograniczeń w określonych problematycznych miejscach. Do tego niespodziewane kontrole przy pomocy mobilnych urządzeń są potrzebne, aby kierowcy nie ograniczali się do przestrzegania przepisów w określonych miejscach – dodaje.

Kara może być bardzo bolesna

Do zwracania uwagi na ograniczenia zachęca też potencjalnie wysoka kary. Ja dostałem minimalne mandaty, będące czymś w rodzaju pogrożenia palcem. Muszę przyznać, że zadziałało. Po nich nerwowo patrzyłem na prędkościomierz, co wywoływało poczucie, że za mało patrzę na samą drogę. Czyniło też z jazdy znacznie bardziej stresujące doświadczenie niż w Polsce. Z czasem się jednak przyzwyczaiłem i idzie sprawniej, bezmandatowo. Oby tak zostało, bo szwajcarski taryfikator jest zupełnie inny niż w Polsce. Największy mandat o ustalonej wartości to 260 franków, czyli odpowiednik 1-2 rodzinnych wypraw na zakupy do supermarketu, albo około 110 litrów diesla. Tyle można dostać za 21-25 km/h ponad limit na autostradzie. Powyżej tego oraz powyżej 15 km/h na ternie zabudowanym lub 20 km/h na zwykłej drodze, zaczyna się znacznie mniej przyjemna historia.

Sprawa trafia bowiem wtedy automatycznie do prokuratury i sądu. Kary zaczynają się od około 400 franków, ale mogą być znacznie wyższe. Kwestia indywidualnej oceny twojej przewiny i twojej sytuacji majątkowej. Dodatkowo zaczyna się problem z samym prawem jazdy. Za pierwszym razem zazwyczaj to ostrzeżenie, ale już za przekroczenie ponad 20 km/h w terenie zabudowanym, od razu następuje zawieszenie prawa jazdy minimum na miesiąc. Powyżej 25 km/h to już minimum 3 miesiące. Recydywa w ciągu 2 lat to jeszcze dłuższe zawieszenia. W praktyce to wygląda tak, że nasz znajomy nagle zaczyna regularnie korzystać z komunikacji publicznej i jest markotny. Potem okazuje się, że ma przymusowy odwyk od samochodu na kwartał i jeszcze musiał zapłacić kilka procent swojego rocznego dochodu. Jego przewiną było na przykład to, że wracając późno z pracy, drugi raz w ciągu roku zapomniał się na wjeździe do swojej miejscowości i jechał 70 km/h.

Jest jeszcze dodatkowa, bardziej sroga kategoria dla osób, które jechały z „niebezpieczną” czy „bardzo nadmierną” prędkością. Chodzi na przykład o ponad 40 km/h nad limitem w mieście czy 80 km/h na autostradzie. Według przepisów oznacza to, że „świadomie zgadzasz się, iż twoje zachowanie może doprowadzić do śmierci innych osób”. Natychmiastowa utrata prawa jazdy na co najmniej 2 lata i nieokreślone „wysokie kary finansowe”, ale co najważniejsze 1-4 lata więzienia i potencjalna konfiskata samochodu. Do tego konieczność przejścia badań psychologicznych przed ewentualnym ponownym wydaniem prawa jazdy. Szczegóły mogą się znacznie różnić, bo wiele zależy od podejścia kantonów do przepisów i indywidualnej oceny sytuacji, ale ogólnie jest to traktowane bardzo poważnie.

Pomimo takiej perspektywy, to szczerze mówiąc, wolę szwajcarskie zwyczaje niż polskie. Zaliczam się do raczej spokojnych kierowców i z zasady dostrzegam wartość w przestrzeganiu prawa. Na szwajcarskich drogach, po początkowym „okresie przejściowym” na przystosowanie się, czuję się w efekcie znacznie bezpieczniej i spokojniej. Praktycznie nie spotyka się ludzi jadących ryzykownie szybko albo wyprzedzających w dziwnych miejscach. Na autostradach nie trzeba nerwowo patrzeć w tylne lusterko, bo jakiś „mistrz” kierownicy jeżdżący „szybko, ale bezpiecznie” siada ci na bagażnik i popędza światłami. Choć oczywiście trafiają się wyjątki – mam wrażenie, że najczęściej na górskich drogach, gdzie lokalsi, znający każdy zakręt na pamięć, chcieliby jechać te dopuszczalne 80 km/h. Podczas gdy tobie wydaje się, że 60 km/h to już naprawdę wystarczy a rodzina i tak narzeka, że „rzucasz” i jej niedobrze. To wiąże się z inną kwestią: wydaje mi się, że tutaj znacznie oszczędniej stawiane są znaki z ograniczeniami prędkości i mają one większy sens. Choć nie w miastach, gdzie powszechne są strefy ograniczenia prędkości do 30, a nawet 20 km/h.

– Z dostępnych badań opinii publicznej wynika, że co najmniej 75 procent szwajcarskich kierowców uznaje system kontroli prędkości oraz jazdy pod wpływem używek lub używania podczas jazdy telefonu za wystarczający – mówi mi Hebekeuser. Choć co do prowadzenia po alkoholu Szwajcarzy są zaskakująco liberalni. Zwłaszcza dla osoby wychowanej w koncepcji „piłeś cokolwiek, nie prowadzisz”. Ale to inna historia.

Udział
Exit mobile version