Po wyborach połówkowych demokraci odzyskali kontrolę zarówno nad Izbą Reprezentantów, jak i Senatem, odbierając Republikanom władzę w Kongresie. Szczególnie dotkliwe dla partii Donalda Trumpa były porażki w stanach uchodzących za jej bastiony, takich jak Teksas, Kansas czy Karolina Południowa.
Zdaniem prof. Tomasza Płudowskiego wyborcy przypomnieli amerykańskim politykom zasadę, która od dekad należy do fundamentów amerykańskich kampanii wyborczych. Chodzi o słynne motto sztabu Billa Clintona z 1992 r. „It’s the economy, stupid” [„Gospodarka, głupcze” – red.], podkreślające, że o wyborczych sukcesach i porażkach w największym stopniu decydują kondycja gospodarki i poziom życia obywateli. To właśnie na tej logice opierała się kampania, która wyniosła Clintona do Białego Domu kosztem urzędującego prezydenta George’a H.W. Busha. Zdaniem eksperta zasada ta potwierdziła się również podczas tegorocznych wyborów połówkowych. Dla wielu Amerykanów najważniejsze okazały się rosnące koszty życia, wysokie ceny paliw i ogólna sytuacja ekonomiczna kraju.
Amerykanie przeciwko polityce Trumpa. Jak długo potrwa „niebieska fala”?
– Polityka zagraniczna nie ma większego znaczenia poza sytuacjami, w których wpływa na sytuację wewnętrzną, zwłaszcza w sposób ekonomiczny. Decyzja o rozpoczęciu wojny z Iranem w momencie, w którym Trump nie wiedział, jak ją zakończyć i nie miał gwarancji sukcesu, miała konsekwencje, które dały się przewidzieć wcześniej. Trump popełnił błąd, że nie wziął ich pod uwagę – podkreśla profesor nauk o polityce i administracji Uniwersytetu VIZJA w Warszawie.
Według „Wall Street Journal” polityczna era Trumpa zakończyła się wraz z rozpoczęciem wojny z Iranem. Największym sygnałem sprzeciwu wobec prezydenta USA była dotkliwa porażka Republikanów. Demokraci wywołali prawdziwe „niebieskie tsunami”, odnosząc serię zwycięstw kosztem republikanów, także w takich stanach jak Teksas i Kansas, od dziesięcioleci uważanych za republikańskie „bastiony”.
– Polityka totalnego chaosu i konfliktów się nie sprawdziła. Stany są czerwone albo niebieskie. To, co się teraz wydarzyło, jest niezwykłe. Porażka Trumpa okazała się tak głęboka, że nastąpiła historyczna zmiana. Grupy takie jak Afroamerykanie na południu, demokraci w stanach takich jak Kansas czy Teksas zdobyli stanowiska, które wcześniej były dla nich zupełnie niedostępne – przypomina prof. Płudowski.
Wybory środka kadencji w 2026 roku zapisały się w historii nie tylko ze względu na sukces Demokratów, ale również z powodu rekordowej liczby przełomowych zwycięstw kandydatów reprezentujących grupy dotąd nieobecne na najwyższych szczeblach władzy, o czym pisaliśmy na Gazeta.pl. Amerykanie wybrali m.in. pierwszą w historii USA czarnoskórą kobietę na stanowisko gubernatora, a do Senatu pierwszego muzułmanina oraz pierwszego otwarcie homoseksualnego mężczyznę. Zdaniem komentatorów wyniki te pokazują postępujące zmiany społeczne i demograficzne w Stanach Zjednoczonych, które coraz wyraźniej znajdują odzwierciedlenie również w polityce.
Zdaniem amerykanisty wyniki wyborów są „w dużym stopniu wyrazem protestu przeciwko Trumpowi, a niekoniecznie poparcia dla jakiejś idei demokratycznej”, a utrzymanie władzy przez Demokratów na dłużej będzie „bardzo trudne”. – Uważam, że w dużym stopniu to poparcie jest chwilowe, nie jest gwarantowane na dłużej. Zwłaszcza tam, gdzie historycznie wzorce poparcia sprzyjają Republikanom. Był to głos protestu przeciwko polityce prezydenta. Ten wynik nie gwarantuje też wygranej w wyborach prezydenckich w 2028 roku. Nie wiadomo, kto miałby zostać kandydatem demokratów poza Kamalą Harris, która jest raczej zdeterminowana do ponownego startu. Porażka, którą ma na koncie to jednak spore obciążenie – mówi politolog.
„Gospodarka, głupcze”. Portfele Amerykanów za bardzo ucierpiały
Ekspert studzi jednocześnie emocje związane z pojawieniem się nowych gwiazd amerykańskiej polityki. Jak podkreśla, na tym etapie jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie, by przesądzać, którzy z nowych polityków mogą w przyszłości odegrać rolę pierwszoplanową na szczeblu krajowym. Przypomina jednak przykład Baracka Obamy, który jeszcze przed objęciem najwyższego urzędu w państwie był stosunkowo mało znanym politykiem. Przełomowym momentem okazało się jego wystąpienie podczas konwencji Partii Demokratycznej w 2004 roku, już po wyborze do Senatu. Cztery lata później Obama, mimo że początkowo był uznawany za outsidera, wygrał prawybory z faworyzowaną Hillary Clinton i ostatecznie sięgnął po prezydenturę.
– Ważne są bardzo dobre występy medialne i sprawność retoryczna. Myślę, że w wyborach prezydenckich nadal największe szanse ma charyzmatyczny biały mężczyzna, który dobrze wypada w mediach i jest człowiekiem środka – nie reprezentuje tylko lewego skrzydła partii demokratycznej. Joe Biden był wierzącym przedstawicielem klasy robotniczej i reprezentował centrum. Dlatego mógł wygrać z Trumpem. Teraz widzimy falę młodych ludzi, kobiet, mniejszości takich jak czarnoskórzy czy muzułmanie. Ale to się sprawdza lokalnie. Mam wątpliwości czy także w skali ogólnokrajowej. Każda z mniejszościowych cech odejmuje trochę punktów, a decyduje każdy głos – podkreśla prof. Płudowski.
Po wyborczej klęsce Republikanów sam Trump przyznał, że wojna z Iranem w dużej mierze była przyczyną porażki. Twierdzi jednak, że była tego warta. Dla Amerykanów kluczowe było jednak to, jak wojna uszczupliła ich domowe budżety. Główny ekonomista Moody’s Analytics Mark Zandi szacuje, że wojna kosztowała przeciętne amerykańskie gospodarstwo domowe równowartość niemal 2 tys. dolarów. W tej kwocie około 1100 dolarów przypada na wyższe ceny energii, 540 dolarów na wzrost kosztów kredytów i stóp procentowych, a 360 dolarów na wydatki związane z prowadzeniem działań wojennych. Jak podkreślił Zandi, przy obecnych cenach paliw sam wzrost kosztów energii zwiększa obciążenie przeciętnej rodziny o około 50 dolarów tygodniowo.
Przytłaczająca większość osób biorących udział w wyborach środka kadencji negatywnie oceniła stan amerykańskiej gospodarki. Z badania exit poll przeprowadzonego przez NBC News wynika, że ponad 80 proc. respondentów obawia się kosztów podstawowych wydatków, takich jak paliwo, żywność czy opieka zdrowotna.
Demokraci przed wyzwaniem spełnienia politycznych obietnic. Trump „kulawą kaczką”?
Liderzy Demokratów zapowiadali, że po wyborach podejmą działania, które mają ograniczyć dalszą eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie, zmniejszyć presję inflacyjną oraz obniżyć koszty życia amerykańskich rodzin. Hakeem Jeffries, który jest jednym z głównych kandydatów do objęcia funkcji przewodniczącego Izby Reprezentantów, zapowiedział, że jeśli Demokraci odzyskają kontrolę nad izbą, przywrócą ulgi podatkowe na ubezpieczenia zdrowotne w ramach programu Affordable Care Act, które wygasły w 2025 roku. Program potocznie nazywany „Obamacare” to reforma ochrony zdrowia wprowadzona w USA w 2010 roku przez prezydenta Baracka Obamę. Demokraci chcą również znieść część ograniczeń wprowadzonych przez republikanów w ustawie podatkowej z 2025 roku. Spełnienie tych obietnic wyborczych jest jednak trudniejsze, niż się wydaje.
– Politykę zagraniczną prowadzi prezydent. I to on podejmuje ostateczne decyzje. Kongres może jedynie prowadzić prace w komisjach i ograniczyć fundusze, choć z co najmniej rocznym opóźnieniem – mówi profesor nauk o polityce i administracji. Mówiąc o „rocznym opóźnieniu”, ekspert ma na myśli fakt, że Kongres nie może z dnia na dzień odciąć finansowania działań prowadzonych przez administrację. Środki na wojsko i politykę zagraniczną są planowane w ramach wielomiliardowych ustaw budżetowych na kolejne lata fiskalne. Nawet jeśli Demokraci zdecydują się ograniczać wydatki związane z wojną z Iranem, skutki takich decyzji byłyby widoczne dopiero po uchwaleniu nowych budżetów, a nie natychmiast po wyborach.
Ekspert zwraca uwagę, że po tak dotkliwej porażce wyborczej pozycja prezydenta uległa wyraźnemu osłabieniu. W amerykańskiej polityce mówi się w takiej sytuacji o tzw. kulawej kaczce (ang. lame duck), czyli przywódcy, którego zdolność do narzucania własnej agendy stopniowo maleje ze względu na ograniczone poparcie polityczne i zbliżający się koniec kadencji. Zdaniem rozmówcy skala przegranej Republikanów sprawia, że Trump będzie miał coraz większe trudności z przedstawianiem swojej polityki jako odzwierciedlenia dominujących nastrojów społecznych. Jak podkreśla, wyniki wyborów można interpretować jako sygnał, że obecnie reprezentuje on raczej głos mniejszości niż większości amerykańskich wyborców.
Jako prezydent Donald Trump zachowuje prawo weta wobec ustaw uchwalanych przez Kongres. Mimo przejęcia kontroli nad Izbą Reprezentantów i Senatem Demokraci nie będą mieli większości dwóch trzecich głosów w obu izbach, która pozwalałaby odrzucić prezydenckie weto. Po sukcesach Demokratów w wyborach środka kadencji Trump zasygnalizował gotowość do współpracy z opozycją, jednak jeszcze przed głosowaniem stwierdził, że w przypadku podobnego scenariusza zostanie „panem weto”.
– Trudno przewidzieć jego działania. Trump często manewruje – próbuje osiągnąć dany cel i często wmówić społeczeństwu, że osiągnął sukces. Ma narzędzia, żeby wpływać na politykę, takie jak weto i będzie z tego korzystał. Częściowo może się później ze swoich decyzji wycofać. Wydaje mi się, że nie będzie wetował aż tak bezwzględnie, jak prezydent Karol Nawrocki. Nie będzie wetował wszystkiego, ale dużą część i myślę, że nie tylko dlatego, że ustawa pochodzi z demokratycznego Kongresu – ocenia amerykanista.
Podczas gdy kampania demokratów skupiała się na problemach Amerykanów, w wiecach republikańskich polityków często udział brał Donald Trump, który według prof. Płudowskiego poruszał głównie na „trzeciorzędnych kwestiach”.
– Trump w trakcie kampanii zachowywał się dziwacznie, mówił o kwestiach trzeciorządnych takich jak zmiany nazw oceanów czy budowa sali balowej, której poświęcał wiele czasu. W dobie problemów ekonomicznych i wzrostu cen obywatelom jest wszystko jedno, jak nazywa się jezioro – podkreśla i dodaje, że urzędujący prezydent „nie miał wyborcom zbyt wiele do zaoferowania”. Według „WSJ” doradcy Trumpa twierdzili, że nie ma sensu namawiać prezydenta, by przestał mówić o sali balowej. Trump organizował bowiem kilka długich spotkań tygodniowo poświęconych temu projektowi i z przyjemnością oprowadzał gości po powstającym obiekcie.
Młodzi i Latynosi uciekają od republikanów. „Trump posunął się za daleko”
Jednym z filarów demokratycznego zwycięstwa okazali się młodzi wyborcy. Z badania AP Voter Poll wynika, że około siedmiu na dziesięciu Amerykanów poniżej 30. roku życia oddało głos na kandydatów Partii Demokratycznej. To wyraźna zmiana względem wyborów prezydenckich z 2024 r., gdy najmłodszy elektorat był podzielony niemal po równo między Demokratów i Republikanów. W stronę Demokratów przesunęli się również wyborcy latynoscy. Z badania AP Voter Poll wynika, że jedynie około jedna trzecia Latynosów poparła republikańskich kandydatów w wyborach do Izby Reprezentantów. Dwa lata wcześniej około 40 proc. wyborców latynoskich głosowało na Trumpa. W tegorocznych wyborach aż około 60 proc. przedstawicieli tej grupy oddało głos na kandydatów demokratów.
– Zadecydował czynnik wieku. Najpierw młodzi ludzie zwrócili się ku Trumpowi, dlatego że Joe Biden był od niego starszy i to było widać. Teraz następuje schyłek kognitywny Trumpa – widać, że ma on dość luźny kontakt z rzeczywistością. Dla młodzieży był on postacią dziwaczną, z zupełnie innego świata. Jego kampania była niezwykle pusta pod względem merytorycznym. Do tego był bardzo krytyczny wobec wolności indywidualnej. Deklarował bezgraniczne poparcie dla Izraela, który z kolei był mocno krytykowany na kampusach za politykę w Gazie. Trump zatrzymał tylko tradycyjny elektorat republikanów: białych i starszych – analizuje prof. Płudowski.
Zdaniem analityków odzyskanie części elektoratu latynoskiego było jednym z kluczowych czynników sukcesu demokratów w tegorocznych wyborach środka kadencji. W połączeniu z wysokim poparciem młodych wyborców, czarnych Amerykanów i umiarkowanego centrum pozwoliło partii odzyskać przewagę w wielu strategicznych stanach.
Duży wpływ na zmianę nastrojów wyborczych mogła mieć polityka migracyjna prowadzona przez Trumpa. Zaostrzona polityka migracyjna administracji doprowadziła wprawdzie do spadku liczby nielegalnych przekroczeń granicy do najniższego poziomu od dekad, jednocześnie jednak wywołała napięcia i protesty w wielu amerykańskich miastach. W trakcie towarzyszących im zamieszek od strzałów zginęło dwoje obywateli USA. Według gazety polityczne konsekwencje tych wydarzeń były szczególnie widoczne w regionach zamieszkanych przez społeczność latynoską. W hrabstwach, gdzie Latynosi stanowią co najmniej 80 proc. mieszkańców, Demokraci uzyskali w wyborach do Kongresu przewagę sięgającą 40 punktów procentowych.
– Przesadne działania ICE [Immigration and Customs Enforcement – red.] pociągnęły za sobą niewinne ofiary. Urządzali „polowania” na ulicach za osobami, które nie wyglądały na Amerykanów. Nie widać tego, czy ktoś ma czy nie ma obywatelstwa, czy ktoś został w USA dłużej, niż pozwalała mu wiza, ale widać rasę. Nastąpił proces zatrzymywania kogoś dlatego, że jest innej rasy niż biała. W przypadku wykroczeń drogowych jest to nazywane z przekąsem „prowadzenie samochodu w stanie bycia czarnoskórym”. Trump prowadził w dużej mierze politykę ksenofobiczną, więc wahadło przechyliło się w drugą stronę – podkreśla amerykanista i zwraca uwagę na zmieniającą się strukturę społeczną Stanów Zjednoczonych. – Przykładem jest Kalifornia. Biali stanowią tam największą mniejszość. Trump próbował zatrzymać proces zmiany struktury społecznej i czasami działało to na niekorzyść Stanów Zjednoczonych – stwierdza.
Ekspert wskazuje także na politykę wobec szkolnictwa wyższego i zagranicznych specjalistów. Według niego restrykcje wizowe, dodatkowe opłaty oraz niepewność związana z przepisami migracyjnymi sprawiły, że część studentów, naukowców i wysoko wykwalifikowanych pracowników z innych państw mniej chętnie wybierała Stany Zjednoczone jako miejsce studiów lub kariery zawodowej.
W ocenie rozmówcy amerykańscy wyborcy opowiedzieli się za rozwiązaniem pośrednim. Nie oczekują powrotu do kosztownych globalnych interwencji, ale jednocześnie nie chcą polityki, która wprowadza niepewność i odbija się na sytuacji ekonomicznej zwykłych obywateli. Wyborcy nie zaakceptowali kursu obranego przez administrację Donalda Trumpa, który opierał się na gwałtownych zwrotach w polityce zagranicznej i gospodarczej, częstych zmianach taryf celnych oraz konfrontacyjnym stylu prowadzenia sporów z innymi państwami. – Amerykanie uznali, że Trump posunął się zbyt daleko. Ta polityka uderzyła w Amerykanów rykoszetem. W związku z tym najprawdopodobniej Ameryka pójdzie drogą pośrednią – ocenia politolog.


