
Ruch w cieśninie Ormuz praktycznie zamarł w niedzielę, w drugiej dobie wojny Izraela i USA z Iranem. Wystarczyła deklaracja Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) oraz atak na mały tankowiec stojący na kotwicy w rejonie cieśniny. Od tego czasu trzy inne statki w regionie zostały zaatakowane, ale tylko jeden odniósł istotniejsze uszkodzenia i stracił jednego członka załogi. Skala ataków jest więc mała, a Irańczycy tak naprawdę mają bardzo ograniczone możliwości działania na morzu. Problem zrobił się jednak poważny.
Podduszanie światowych rynków
Normalnie przez cieśninę Ormuz przechodzi dziennie około setki statków, w tym liczne tankowce oraz gazowce. Transportują one surowce wydobywane i przetwarzane w państwach Zatoki Perskiej, głównie w kierunku Azji. Około 20 procent światowego handlu ropą i gazem przechodzi właśnie przez ten szlak żeglugowy. Jego znaczenie dla globalnej gospodarki jest więc ogromne i zawirowania w tym miejscu od razu przekładają się na ceny surowców na światowych giełdach. Przełoży się to też na Polskę, bo istotna część sprowadzanej do naszego kraju ropy to ta z Arabii Saudyjskiej, a gazu skroplonego z Kataru.
Iran to wie, dlatego już od dekad przy różnych okresowych wzrostach napięć groził blokowaniem cieśniny Ormuz. Teraz pierwszy raz realizuje swoją groźbę. Ma to na celu wywrzeć presję na Izrael i USA bezpośrednio poprzez podnoszenie cen surowców na światowych rynkach (w czasie kiedy w USA inflacja i koszty życia są jednym z kluczowych tematów politycznych), a pośrednio poprzez zadawanie poważnych strat gospodarczych ich sojusznikom, głównie państwom arabskim Zatoki Perskiej. Te nie mogą teraz swobodnie eksportować, a jednocześnie są atakowane przez irańskie drony oraz rakiety. Wojna jest dla nich kosztowna. Kalkulacja Iranu jest więc taka, że blokując cieśninę, zwiększy skłonność USA i Izraela do zakończenia bombardowań.
Co istotne, to Irańczycy byli w stanie osiągać swój cel praktycznie bez użycia floty. Ta była od pierwszych momentów wojny jednym z priorytetowych celów Amerykanów. Główna baza irańskiej floty w Bandar-e Abbas, położona właściwie w cieśninie Ormuz, została ciężko zbombardowana. Zdjęcia satelitarne pokazują liczne pożary na okrętach i na lądzie. Zaatakowane zostały też mniejsze bazy położone na wschód, już nad Zatoką Omańska, gdzie zatopione miały zostać między innymi fregata oraz korweta. Już 2 marca Dowództwo Centralne USA (CENTCOM) oświadczyło, że z 11 irańskich okrętów znajdujących się w rejonie tejże zatoki, sprawnych zostało 0. Dodatkowo 4 marca nadeszły informacje, że irańska fregata znajdująca się na Morzu Bengalskim w pobliżu Sri Lanki, została zatopiona przez amerykański atomowy okręt podwodny z ciężkimi stratami w załodze.
Ogólnie rzecz biorąc, irańska flota była bardzo słaba jeszcze przed wojną. Składa się w większości ze starych lub małych i słabo uzbrojonych jednostek. Iran nie posiada odpowiedniego zaplecza przemysłowego, aby być w stanie samodzielnie zbudować wartościową flotę. Tym bardziej że nawet gdyby zainwestował w nią znaczne pieniądze, to nigdy by nie wystawił sił mogących rzucić wyzwanie potencjałowi US Navy w regionie. Los floty Iranu był właściwie przesądzony w momencie wybuchu wojny. Przed całkowitym zniszczeniem w pierwszej dobie ochronił ją najpewniej po prostu fakt, że Amerykanie mają znacznie więcej ważniejszych celów.
Flota na dnie, ale są alternatywy
Irańczycy nie mają więc regularnej floty, ale mają dwa inne argumenty. Po pierwsze rakiety i drony odpalane z lądu. W 2024 i 2025 roku wspierany przez nich ruch Hutich w Jemenie zdołał przy ich użyciu znacznie zakłócić ruch w drugiej kluczowej cieśninie regionu – Bab al-Mandab. Przy czym Iran ma znacznie większy arsenał tego rodzaju broni. Wszystkie dotychczas zarejestrowane ataki na statki w rejonie cieśniny Ormuz to właśnie niesprecyzowane latające „obiekty”. Amerykanie na pewno intensywnie polują z powietrza na ich wyrzutnie, ale zniszczenie wszystkich, zanim odpalą swoje pociski, to bardzo duże wyzwanie. Pokazują to dobrze zmagania z ruchem Hutich. Opanowanie sytuacji w ten sposób może zająć tygodnie.
Dodatkowo Irańczycy utrzymują znaczną flotę nieregularną, głównie pod sztandarem IRGC. To mrowie niewielkich motorówek i innych małych szybkich jednostek, uzbrojonych w najprostszą broń. Żadne zagrożenie dla okrętów, ale dla statków handlowych już tak. Cieśnina Ormuz nie jest szeroka. Od irańskiego wybrzeża do głównego szlaku żeglugowego w jej środku jest miejscami nieco ponad 20 kilometrów. Dla szybkich łodzi to wszystko dystansy do pokonania w mniej niż godzinę. Poważnym ryzykiem jest też nie to, że będą w stylu piratów ostrzeliwać statki, ale że pod osłoną nocy mogą zrzucać miny, stanowiące śmiertelne zagrożenie dla nawet dużych jednostek. Usunięcie ich z morza wymaga żmudnej pracy wyspecjalizowanych okrętów (niszczycieli min i odpowiednio wyposażonych korwet LCS), których Amerykanie mają bardzo mało. Chcąc zapobiec temu problemowi, wojsko USA musiałoby stale patrolować cieśninę z powietrza i wody.
Sprowadza się to do tego, że Iran nie jest w stanie ustanowić klasycznej blokady cieśniny Ormuz przy pomocy floty. Może jedynie istotnie podnieść ryzyko korzystania z niej. I na razie tyle wystarcza. Tak działa bowiem biznes transportu morskiego. Każdy statek wymaga ubezpieczenia. Jego koszt to wypadkowa ryzyka i wartości ładunku oraz samego statku. Dodatkowo jednostki chcące pływać w rejonach zagrożonych konfliktami, mają dodatkowe ubezpieczenie „wojenne”. Kiedy tylko Irańczycy ogłosili blokadę cieśniny i w niejasnych okolicznościach stanął w ogniu pierwszy statek, główne międzynarodowe stowarzyszenie ubezpieczycieli ogłosiło znaczącą podwyżkę stawek ubezpieczeń dla jednostek chcących pokonać cieśninę Ormuz i wstrzymało wystawianie polis „wojennych” do momentu wejścia podwyżek w życie. Armatorzy natychmiast zamrozili więc ruch, do czasu wyklarowania się sytuacji z ubezpieczeniami i być może licząc, że wojna skończy się szybko.
Jednocześnie biznes miał badać gotowość USA do zorganizowania ochrony statków lub wręcz konwojów. W poniedziałek branżowy portal „Lloyd’s List” pisał, że US Navy zdecydowanie odmówiła. Miała to argumentować brakiem dostępnych sił w regionie. Faktycznie nie są one wielkie i na Morzu Arabskim jest 9 niszczycieli rakietowych, z czego trzy stanowią osłonę lotniskowca USS Abraham Lincoln. Pozostałe najpewniej intensywnie atakują rakietami Tomahawk Iran. Do tego trzy niewielkie korwety LCS na Zatoce Perskiej. We wtorek do sprawy odniósł się jednak zdecydowanie prezydent Donald Trump, pisząc w mediach społecznościowych, że „ze skutkiem natychmiastowym” nakazał kontrolowanej przez państwo instytucji finansowej Development Finance Corporation zorganizować system udzielania ubezpieczeń dla statków na preferencyjnych warunkach. Do tego zadeklarował, że US Navy „jeśli będzie to konieczne” i „tak szybko, jak możliwe”, zacznie eskortować ruch w cieśninie Ormuz.
To już było
Flota US już raz stanęła przed takim zadaniem. Podczas tak zwanej „wojny tankowców” w latach 80. Był to jeden z epizodów wojny iracko-irańskiej w latach 1980-88. Nie mogąc osiągnąć sukcesu w walkach na lądzie, obie strony zaczęły prowadzić narastające ataki na statki służące do eksportu ropy przeciwnika. Czyli główne źródło finansowania wojny w obu państwach. Pierwsze trzy lata upłynęły pod znakiem sporadycznych ataków ze strony Iraku, głównie przy pomocy rakiet przeciwokrętowych Exocet. W 1984 roku doszło do eskalacji i ataki rozpoczął też Iran. Obustronna wymiana ciosów narastała i regularnie celami stawały się statki pod banderami neutralnymi. W 1987 roku z inicjatywy wspierającego Irak Kuwejtu, w sprawę zaangażowali się Amerykanie. Jeszcze zanim na dobre ruszyły konwoje, Irakijczycy omyłkowo ostrzelali jedną z amerykańskich fregat. USS Stark trafiły dwie rakiety Exocet, zabijając 37 marynarzy i ciężko uszkadzając okręt. Rok później fregata tego samego typu, USS Samuel B. Roberts weszła na irańską minę, której eksplozja zadała jej ciężkie uszkodzenia, choć nikogo nie zabiła.
W międzyczasie przez prawie rok od połowy 1987 roku, amerykańskie okręty eskortowały konwoje tankowców i innych statków. Głównie na trasie Kuwejt – cieśnina Ormuz. Głównym zagrożeniem okazały się irańskie miny, do których zwalczania Amerykanie początkowo nie byli przygotowani. Z czasem zaczęli jednak coraz skuteczniej zwalczać niewielkie irańskie łodzie i statki minujące szlaki żeglugowe nocami. Przybrało to formę głównie niewielkich starć z udziałem sił specjalnych, śmigłowców oraz samolotów. Niezależnie od tego głównie jesienią 1987 roku i zimą 1988, każdego miesiąca uszkodzenia odnosiło po około 20 statków. Przy czym tylko 6 zatonęło. Wojna na morzu skończyła się na dobre dopiero wraz z końcem wojny iracko-irańskiej w sierpniu 1988 roku.
Tamte wydarzenia mogą mieć wiele wspólnego z tym, co będzie się działo teraz. Ataki małych łodzi, minowanie, okazyjne uderzenia rakietami i dronami odpalanymi z lądu. Zapewnienie całkowicie skutecznej ochrony przed takim zagrożeniem będzie bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Wtedy nie odstraszyło to jednak armatorów od Zatoki Perskiej, taki i teraz najpewniej też nie odstraszy. To nie jest Bab al-Mandab, którą można względnie niewielkim kosztem omijać płynąc dookoła Afryki. Tutaj nie ma alternatywy. Kwestia znalezienia satysfakcjonującej równowagi kosztów ryzyka pomiędzy armatorami, ubezpieczycielami i właścicielami ładunków. Plus postępów wojny na lądzie. Choć na razie wszyscy zaangażowani mogą mieć nadzieję, że konflikt skończy się, zanim na dobre trzeba będzie zacząć pokonywać niebezpieczną cieśninę.
Troska o utrzymanie bezpiecznej żeglugi przez Cieśninę Ormuz połączyła USA z Chinami. Domaga się tego Pekin, a Donald Trump zadeklarował, że może wysłać okręty do eksportowania tankowców w tej cieśninie i ich obrony przed ewentualnymi atakami Iranu – przeczytaj artykuł Andrzeja Kublika „Rywale grają do jednej bramki. Cieśnina Ormuz jednoczy USA i Chiny”











