
Pogłębiające się kłopoty z deficytem budżetowym Polski wydarzyły się w fatalnym momencie, ponieważ politycy, od których zależą losy największych gospodarek świata, uwierzyli w zbawczą moc państwowych subwencji.
To napędza nowy rodzaj globalnego wyścigu. Jego kołem zamachowym jest przeznaczanie coraz większych środków na dotacje, mogące zwiększyć konkurencyjność własnych gospodarek.
Wielkie koncerny szprycowane są zastrzykami dopingującymi w postaci publicznych funduszy, byle tylko stawiły skutecznie czoła konkurentom. Tymczasem środki, jakimi dysponuje III RP, są śmiesznie małe, jeśli porówna się je choćby z niemieckimi.
Polska musi więc szukać innych sposobów, aby odnaleźć się w subwencyjnym wyścigu, który przyspiesza, co już widać po drugiej stronie Odry.
„Łączna wartość dotacji rządowych wyniesie 321,3 mld euro w 2026 r. (306,6 mld euro w 2025 r.), przy czym pomoc finansowa będzie stanowić dominującą część polityki wsparcia, stanowiąc prawie trzy czwarte tej kwoty” – zapisano w raporcie pt. „Der Freiburger Subventionsbericht 2025/2026” ekonomicznego think tanku z Fryburga – Walter Eucken Institut.
Obok wypłat gotówki wykorzystane zostaną ulgi podatkowe, które instytut także uznaje za rodzaj subwencji, wspomagających wybrane podmioty gospodarcze. Podkreślono też, że w porównaniu z rokiem 2016 ogólna suma rocznych subsydiów wzrosła już w Niemczech 3,5 razy i będzie nadal rosła.
„Stopa dotacji w 2026 r. wyniesie około 7 proc. produktu krajowego brutto (PKB)” – dodawano w raporcie.
Jego autorzy nie ukrywali, że ten gwałtowny wzrost transferu publicznych funduszy bardzo im się nie podoba.
– Subsydia są problematyczne, gdyż przynoszą korzyści przede wszystkim poszczególnym grupom interesu, promują poszukiwanie renty i zakłócanie konkurencji, utrwalają nieefektywne struktury i są trudne do odebrania ze względu na zależności polityczne – wyliczali analitycy z Walter Eucken Institut.
Ich uwagę przykuł fakt, że głównymi beneficjantami transferu gigantycznych sum, ponad dwukrotnie większych niż zaplanowane na rok 2026 przychody budżetowe Polski (te wyniosą ok. 647 mld zł), będą trzy rodzaje firm.
-
Pierwsze to stare korporacje, przegrywające coraz boleśniej konkurencję na międzynarodowych rynkach, przede wszystkim z koncernami chińskimi.
-
Obok nich publiczny grosz wspiera na stałe niemieckie firmy zaangażowane wtransformację energetyczną i rozwój„zielonych technologii”.
-
Wreszcie trzecim rodzajem preferowanych biorców są podmioty zajmujące się zaawansowanymi technologiami na czele z producentami mikroelektroniki oraz półprzewodników. Do tego grona dorzucono w tym roku producentówenergii elektrycznej, objętych specjalnym programem dotacji, mającym obniżyć ceny prądu. Co jest kolejnym, tym razem pośrednim, rodzajem subsydiowania innych gałęzi gospodarki.
Poza tym rząd musi coraz mocniej wspierać podmioty zajmujące się zdrowiem oraz opiekujące się coraz starszymi obywatelami.
Wreszcie nie może odmówić ratowania, znajdującego się w fatalnej kondycji finansowej, kluczowego przewoźnika w kraju – federalnej grupy przedsiębiorstw skupionych pod szyldem Deutsche Bahn. Grupa w 2026 r. będzie kosztować niemiecki budżet ok 27,6 mld euro.
Ale szczególnie zabolało autorów raportu coś innego:
– Wielkie przedsiębiorstwa korzystają ze znacznie większej pomocy finansowej niż MŚP (Małe i Średnie Przedsiębiorstwa – przyp. aut.). Podczas gdy spółki notowane na indeksie DAX otrzymały ponad 34 mld euro w okresie od 2016 do 2023 roku, to pomoc finansowa dla MŚP w 2026 roku wyniesie zaledwie 1,4 mld euro – podkreślono.
Uwypuklenie tej różnicy nie powinno zdziwić, jeśli zauważy się, że raport w Walter Eucken Institut zamówiła Stiftung Familienunternehmen, czyli Fundacja Firm Rodzinnych. Oto miliardy euro podatków, płaconych przez ok 3,5 mln małych i średnich przedsiębiorstw w Niemczech, przepływają następnie z rąk rządu do 40 największych spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych we Frankfurcie, ujętych w indeksie DAX.
Gwałtownemu wzrostowi wydatków na wszelkiego rodzaju dotacje nie chce towarzyszyć powrót Niemiec na ścieżkę gospodarczego wzrostu. Redystrybuowane przez rząd pieniądze są większe i większe, ale wciąż, niczym przysłowiowa krew, wsiąkają w piach. Po czym efektów w Niemczech nie widać. Natomiast gdzie indziej i owszem, są.
Niemcy otwierają nowe zakłady. Nie w Niemczech
Perła w koronie niemieckiego przemysłu chemicznego koncern BASF w ostatnich latach był beneficjentem rozlicznych subsydiów rządowych. Ciekawsze pozycje z ich listy to 134 mln euro zaakceptowane w 2022 r. przez Komisję Europejską na wsparcie budowy w Ludwigshafen, elektrolizera, który ma produkować „zielony wodór”.
Kilkanaście miesięcy później niemieckie Ministerstwo Gospodarki i Ochrony Klimatu dorzuciło 310 mln euro za wejście BASF do programu „Climate Protection Contracts”. Ma on pomóc w przejściu korporacji na zeroemisyjną energię.
Rząd Merza dorzucił w 2025 r. jeszcze ulgi podatkowe w wysokości 50 mln euro. Zatem posiadając więcej wolnych środków własnych, BASF w ekspresowym tempie dokończył budowę najnowocześniejszej w świecie wytwórni materiałów symetrycznych – acz nie w Niemczech.
„BASF otwiera swój nowy megazakład w Zhanjiang w Chinach. Rekordowa inwestycja w wysokości prawie dziewięciu miliardów euro wiąże się z pewnym ryzykiem” – donosił 26 marca 2026 r. portal telewizji informacyjnej „Tagesschau24”.
Owym ryzykiem okazywało się zwolnienie tysiąca pracowników w Niemczech.
„W generującym straty zakładzie głównym w Ludwigshafen zamykane są oddziały, a w całej firmie wdrożono szereg programów oszczędnościowych” – podawał „Tagesschau24”.
Zagadnięty w tej kwestii dyrektor generalny BASF, Markus Kamieth odparł:
– Mogę tylko powiedzieć, że BASF, który nie inwestuje w Chinach, jest słabszym BASF-em, a słabszy BASF nie jest również korzystny dla Niemiec.
Choć bez fabryk koncernu w Niemczech mieszkańcy tego kraju mają mniejsze szanse na dobrze płatną pracę i pakiety socjalne. Spadają też wpływy z podatków ogólnokrajowych i lokalnych, bankrutują miejscowi poddostawcy, znika potrzeba kształcenia specjalistów przez uczelnie, centra badawcze wędrują za zakładami na Daleki Wschód, itd., itd. Nic dziwnego, że Walter Eucken Institut czy Stiftung Familienunternehmen biją na alarm.
Ale rząd Merza, podobnie jak poprzednie, znajduje się w pułapce, z której niełatwo się wydostać. Niemieckie korporacje utrzymujące nadal fabryki w RFN tracą stopniowo swą konkurencyjność wobec koncernów z Chin z powodu wysokich cen energii i innych kosztów.
Tym szybciej i łatwiej, że Pekin nie grał fair. Od wielu już lat niemieckie instytuty badawcze jak np. Kiel Institute for the World Economy (IfW Kiel) alarmowały, że Państwo Środka subsydiuje swoich producentów. Szacując ogólną kwotę przekazanych w 2022 r. dotacji na 221 mld euro. Acz ile jest to w rzeczywistości, nikt nie potrafi dokładnie wyliczyć. Chiny odmawiają ujawniania takich informacji, a dotacje są wydzielane firmom na poziomie władz lokalnych.
Co innego w USA. Tam administracja Joe Bidena w 2022 r., na fali nowej polityki przemysłowej ustanowionej ustawami CHIPS and Science Act oraz Inflation Reduction Act, zabezpieczyła wieloletnie programy subsydiowania rozwoju najbardziej pożądanych branż przemysłowych, transformacji energetycznej oraz ochrony klimatu.
Wedle szacunków Cato Institute z marca 2025 r. przyniesie to w ciągu najbliższej dekady transfer gotówki z budżetu federalnego do prywatnych przedsiębiorstw w wysokości ponad biliona dolarów.
Zatem Berlin podjął wyzwanie i przyłączył się do subsydialnego „wyścigu zbrojeń”. Choć w każdym z wymienionych przypadków wygląda to inaczej, bo dostosowano go do lokalnych potrzeb.
Chiny zdają się odnosić dzięki niemu sukcesy, w przypadku USA za wcześnie, aby wysnuwać daleko idące wnioski, natomiast RFN mimo wydatków nie potrafi odwrócić fatalnego trendu.
Wielkie koncerny biorą pieniądze, żądają jeszcze więcej, po czym i tak przenoszą produkcję do Chin lub innych regionów globu. Informując, że to dla dobra Niemiec, acz kosztem niemieckiego podatnika.
Jednak likwidacja subsydiów oznaczałaby groźbę gwałtownego przyśpieszenia tego procesu. Dopóki rząd płaci, może używać dotacji w negocjacjach z korporacjami jak kija i marchewki. Alternatywą byłyby głębokie reformy, zmieniające reguły gry w całej niemieckiej gospodarce. Tą drogą przywracając jej konkurencyjność.
Jednak do rewolucji ekonomicznej, która musiałaby zaboleć wyborców oraz korporacje, koalicja CDU/CSU-SPD nie jest zdolna. Poza tym łatwiej jest znajdować większe środki na subwencje, licząc, że w końcu nadejdzie cud i trend się odwróci.
Ubocznym skutkiem znalezienia się Niemiec w subwencyjnej pułapce jest to, że Komisja Europejska nie zaryzykuje próby wymuszenia na Berlinie trzymania się zasad uczciwej konkurencji, zagwarantowanych w Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE). Poza tym unijne plany dotyczące polityki przemysłowej idą dokładnie w tę samą stronę.
To oznacza, że polskie firmy będą zmuszone na rynku UE konkurować z niemieckimi podmiotami, wspomaganymi przez coraz bardziej złożone sposoby transferu pieniądza z budżetu RFN do ich kieszeni.
Polski nie stać na to, by zaoferować im takie samo wsparcie. Jednak zważywszy, jakie efekty przynosi subsydialny „wyścig zbrojeń” niemieckiej gospodarce, być może nie jest to wcale taka zła wiadomość.

