Niepokój łatwo zrozumieć, kiedy spojrzy się na to, jak dowiedzieliśmy się o ruchach NATO. Stało się to za pośrednictwem entuzjastów lotnictwa, śledzących loty samolotów wojskowych za pośrednictwem portalu „ADS-B Exchange”. Jako jedyny pokazuje on też maszyny militarne, których nie widać na szerzej znanych stronach pozwalających obserwować samoloty cywilne. Kwestia innych transmisji z transponderów i tego, w jaki sposób można je wychwycić.

Kiedy w ciągu dnia nad północną Polską zaczęły kolejno zjawiać się coraz liczniejsze maszyny sojusznicze, emocje obserwatorów zaczęły adekwatnie rosnąć. Nikt niczego oficjalnie nie zapowiadał, a w rejonie Pomorza ustawiała się wyjątkowo silna formacja, jakby szykująca się do działania przeciw obwodowi królewieckiemu (ros. kaliningradzkiemu). Zestawiając to z częstymi zapowiedziami o możliwych prowokacjach lub ograniczonych atakach ze strony Rosji na NATO, nietrudno było o zaniepokojenie.

– Zajmując się tą tematyką zawodowo, człowiek z czasem zaczyna dostrzegać pewne schematy działania podczas ćwiczeń lotnictwa NATO. Jest w nich głęboko zakorzeniony porządek. W tym przypadku go nie było. Sytuacja była wyjątkowa – mówi Gazeta.pl Dawid Kamizela, dziennikarz portalu „Strefa Obrony”.

Duża formacja ze wszystkim, czego potrzeba

Emocje zaczęły się pojawiać przed południem, kiedy zdano sobie sprawę, ile maszyn sojuszniczych pojawiło się nad Polską. W rejonie mniej więcej od Poznania po Gdańsk ustawiło się pięć różnych latających cystern, latający radar i stanowisko dowodzenia E-3 Sentry, samolot walki elektronicznej EA-37B Compass Call II, a później jeszcze doleciał samolot zwiadu elektronicznego ARTEMIS (obleciał obwód królewiecki, być może rejestrując reakcję Rosjan na wydarzenia). Wszystkie ustawiły się na pozycjach i zaczęły krążyć rozrzucone po całym regionie. Tankowce na samym tyle, pośrodku E-3, a przed nim EA-37B i ARTEMIS podlatujący tuż pod granicę obwodu. – Pojedynczo i w mniejszych ilościach te maszyny nad Polską to nic nadzwyczajnego. Tylko Compass Call jest czymś wyjątkowym, bo to bardzo rzadka maszyna. Jednak kluczowe było to, że wszystkie te elementy pojawiły się nad Polską na raz. Wszystkie siły wsparcia niezbędne do prowadzenia całkiem dużej operacji powietrznej – mówi Kamizela.

Między większymi samolotami musiały poruszać się pozostające niewidoczne dla obserwatorów mniejsze samoloty bojowe, bo tego rodzaju strategicznie cennych maszyn jak te wymienione powyżej nie puszcza się samopas. Po pierwsze wymagają osłony, a po drugie co do zasady istnieją po to, aby wesprzeć swoich mniejszych towarzyszy w walce, zwielokrotniając ich siłę. – Nieoficjalnie można usłyszeć, że tych mniejszych maszyn była znaczna ilość. Największa od dawna albo wręcz kiedykolwiek w tego rodzaju wydarzeniach nad Polską. Czyli w zależności od źródła od 20 do 30 wzwyż – mówi Kamizela.

Ustawienie maszyn widocznych dla cywilnych obserwatorów nie pozostawia wątpliwości, że celem całego ugrupowania był obwód królewiecki. Choć oczywiście nie wiadomo, jaki konkretnie scenariusz działania realizowało. Mogło to być reagowanie kryzysowe na przykład na spodziewany większy atak dronów lub rakiet manewrujących, nieoznaczający jeszcze wojny na pełną skalę. Coś, co już w Polsce znamy, ale większe. Mogło to być jednak też ćwiczenie działań ofensywnych, czyli uderzenia na obwód królewiecki. – Moglibyśmy powiedzieć więcej, gdybyśmy wiedzieli, jakie konkretnie samoloty bojowe wchodziły w skład tego ugrupowania. Czy były tam na przykład takie, które specjalizują się w zwalczaniu wrogiej obrony przeciwlotniczej – mówi Kamizela. Tego jednak nie wiemy, a oficjalne komunikaty wydane po fakcie są nadzwyczaj skąpe. Mówią jedynie o „aktywności”.

Nietypowa cisza w eterze

– To też jest w tej sytuacji wymowne. Zazwyczaj służby prasowe, wiedząc z wyprzedzeniem o różnych ćwiczeniach, szykują sobie standardowe komunikaty na ich temat. Tym razem tego nie było, co widać po odpowiedziach na pytania dziennikarzy ze strony NATO, czy komunikacie naszego wojska – opisuje dziennikarz. Dowództwo Sił Powietrznych NATO w odpowiedzi na pytania autora profilu Coffe Report na portalu X (rutynowo relacjonującego aktywność lotnictwa Sojuszu) napisało:

NATO jest sojuszem obronnym i sojusznicy nieustannie doskonalą swoje zdolności do obrony. Sojusznicza aktywność dzisiaj w rejonie Bałtyku, w której biorą udział między innymi samoloty bojowe USA i Norwegii, polskie siły lądowe, samolot E-3A NATO i inne, prowadzona pod nadzorem USA, jest przykładem tegoż doskonalenia.

Polski komunikat zawarł się w zdawkowej odpowiedzi na pytania dziennikarza portalu Defense24.pl:

Aktywność ta jest planowana i nie ma związku z działalnością rosyjskich sił powietrznych. Ćwiczenie koordynowane jest przez NATO. Ćwiczenia takie odbywają się co jakiś czas i mają za zadanie zwiększać interoperacyjność lotnictwa w ramach Sojuszu, a także ćwiczyć różne warianty operacji powietrznych i operacji połączonych.

Oficjalnie ćwiczono więc obronę, a całe wydarzenie było planowane. Żadne pilne reagowanie czy pokazowe odstraszanie Rosjan. Nie zmienia to faktu, że nietypowo nie było wcześniej o tym żadnych informacji, a skala wydarzenia była bezprecedensowa.

Jednoznaczny sygnał

Podwyższona aktywność lotnictwa NATO we wtorek nie ograniczała się do powietrza nad Polską. Grupy maszyn Sojuszu działała też dalej na północ nad Morzem Norweskim, aż po rejon rosyjskiego półwyspu Kola i kluczowej bazy floty w Murmańsku. Były to zarówno patrolowy morski P-8 Posejdon, zwiadowczy RC-135, jak i tankowce prawdopodobnie wspierające niewidoczne na stronach śledzących maszyny bojowe. Choć nie były to wydarzenie o tak dużej skali, jak te nad Polską.

Niezależnie od oficjalnej komunikacji mówiącej o zaplanowanych ćwiczeniach, optyka wydarzeń jest jednoznaczna. Zwłaszcza kontekście regularnie pojawiających się sugestii o możliwości prowokacji ze strony Rosji przeciw NATO, czy wręcz ograniczonych uderzeń na państwa Sojuszu.

– To oczywiście dość wymowny sygnał. Demonstracja siły i konkretny komunikat sformułowany wobec Rosji przy pomocy tego jakie środki, gdzie, kiedy i jak szybko zgromadzono – uważa Kamizela. Obwód królewiecki w przypadku konfliktu NATO z Rosją na pewno byłby od pierwszych chwil jednym z priorytetowych celów lotnictwa sojuszniczego. W Polsce przyzwyczailiśmy się traktować eksklawę jako jakąś fortecę i zagrożenie wiszące nad nami, ale w praktyce Rosjanie nie mają tam wielkich sił i jej obrona przed kombinowanym atakiem Sojuszu byłaby dla nich wielkim wyzwaniem. Pierwsze skrzypce w nim na pewno miałyby siły powietrzne i polska artyleria. Być może do tego odnosi się stwierdzenie o „polskich siłach lądowych” w komunikacie NATO. – Choć oczywiście może też chodzić o nasze siły obrony przeciwlotniczej, które ćwiczyły współdziałanie z samolotami sojuszniczymi – mówi Kamizela.

Co też interesujące we wtorkowych wydarzeniach to fakt, że szeroko uczestniczyły w nim samoloty amerykańskie i to Amerykanie mieli prowadzić operację. Pokazuje to, że pomimo całej retoryki administracji Donalda Trumpa o zmniejszaniu obecności wojskowej w Europie i niechęci do europejskich sojuszników, to wojsko realnie ciągle ćwiczy poważne działania na tym teatrze. Ponadto angażuje się w wymowną sygnalizację strategiczną pod adresem Rosji.

Udział
Exit mobile version