
Emisja reportażu przygotowanego przez dziennikarza Roberta Jałochę została wstrzymana. Materiał dotyczył aktu oskarżenia prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka w sprawie afery Collegium Humanum. Reporter za zgodą sądu jako pierwszy uzyskał do niego dostęp.
W reportażu szczegółowo przedstawiono wyjaśnienia, jakie przed prokuraturą składał Sutryk. Dotychczas polityk unikał publicznego omawiania szczegółów sprawy – podkreślał jedynie, że nie zgadza się z zarzutami i będzie przed sądem dowodził swojej niewinności. Jak jednak uważają śledczy, sprawa ma znacznie bardziej poważny charakter, niż się dotychczas wydawało – chodzi bowiem o bezpodstawne uzyskanie dyplomu MBA przez prezydenta Wrocławia. Sutryk miał za łapówkę uzyskać dokument, a potem wykorzystać go po to, by móc zasiadać w spółkach miejskich w Tychach, Gliwicach czy Kolejach Dolnośląskich. Zarobił tam ponad 490 tysięcy złotych.
Jałocha zdecydował się zrezygnować z pracy po tym, gdy stacja nie wyemitowała reportażu. O sprawie jako pierwszy informował dziennikarz Marcin Torz i portal Press.
Z kolei dziennikarze Gazety Wyborczej i portalu OKO.press wskazali, co konkretnie zawierał zablokowany przez TVP Wrocław materiał. Okazało się, że w reportażu Jałocha ujawnił między innymi to, że w trakcie prokuratorskiego przesłuchania Sutryk jako dowód studiowania na Collegium Humanum przedstawił materiały poświadczające, że wypełnił dwa quizy.
W materiale reportera dodatkowo miała znaleźć się wypowiedź byłego rektora Collegium Humanum, Pawła Cz., który zdecydował się na współpracę ze śledczymi. Były rektor miał wyjaśniać, że studiowanie Sutryka na uczelni było fikcją. Prezydent Wrocławia miał być dogadany z Collegium Humanum, że otrzyma dyplom bez konieczności zdawania egzaminu i że fikcyjne zatrudnienie Pawła Cz. we Wrocławskim Parku Technologicznym będzie łapówką za ten dyplom.
Niezależność dziennikarska. Gdzie są jej granice?
W reakcji na sytuację pięcioro z sześciorga wydawców skierowało list do kierownictwa stacji – do Elżbiety Sobali oraz dyrektor ośrodka, Ewy Wolniewicz. W wiadomości padły pytania dotyczące standardów pracy i niezależności redakcji.
„Zastanawiamy się wspólnie, wydawcy i reporterzy, np. czy robić i pytać o aferę dotyczącą pedofilii i zoofilii, za co skazana została działaczka Platformy Obywatelskiej z Kłodzka? Czy nie? Czy pytać o to w rozmowie polityka Koalicji Obywatelskiej? Czy nie?”, „Do tej pory słyszeliśmy, że możemy robić wszystko, tylko »z głową«. Tymczasem temat o prezydencie jest chyba najrzetelniej zrobionym w historii tej redakcji i nie jest emitowany”, „Chcemy wiedzieć dlaczego?” – pytali.
W dalszej części listu pojawiły się również zarzuty dotyczące autocenzury. „Reporterzy nie zgłaszają tematów, które choćby w najmniejszym stopniu zagrażałyby miastu, bo »Agata« zadzwoni, trzeba będzie się tłumaczyć. Autocenzura wyłącza podstawową powinność, jaką mamy, czyli patrzenia politykom na ręce” – stwierdzali wydawcy.
W redakcyjnym środowisku wiadomo, że chodzi o Agatę Dzikowską, dyrektorkę Wydziału Komunikacji Społecznej we wrocławskim ratuszu. Kobieta wcześniej była związaną z TVP Wrocław.
Wkrótce po wysłaniu listu dwoje z piątki jego sygnatariuszy – Halina Łabędzka i Albert Bystroński – zostało zawieszonych. Pozostali autorzy pisma mają dostać w maju informację, czy zostaną w grafiku.
Onet rozmawiał z dziennikarzami z redakcji wrocławskich „Faktów”. – Wszyscy żyjemy na tykającej bombie, mamy już dość. Powinniśmy coś zrobić, zaprotestować, ale każdy boi się konsekwencji. A w pojedynkę nikt nic nie zdziała. Nasze morale spadają. Ten temat pojawia się codziennie. Dziś nikt nie mówi o tym, co Sutryk powiedział prokuratorowi, tylko wszyscy mówią o nas. O cenzurze. Czujemy się skompromitowani jako zespół – mówi jeden z rozmówców.
Drugi z kolei stwierdza, że „kary dla dwojga wydawców są za nic”. – Nie zrobili nic złego. My to w zespole odczytujemy tak: „Oni wrócą do pracy, jeśli z redakcji przestaną wychodzić wiadomości, że dzieje się wam krzywda” – stwierdza i dodaje, że dziennikarze żyją w niepewności, bo sytuacja dawno wymknęła się spod kontroli. Nie wiedzą bowiem, co mogą, a co nie, „gdzie są granice”.
Jeszcze inny dodaje, że „atmosfera w redakcji jest fatalna”, a wszyscy dziennikarze mają poczucie niesprawiedliwości.
„Dzwoniła Agata”
W relacjach dziennikarzy często pojawia się wątek kontaktów z urzędem miasta. – Na porządku dziennym są teksty w stylu: „Dzwoniła Agata, trzeba zrobić to” – słyszą dziennikarze Onetu.
Według ich rozmówców standardem mają być telefony z uwagami dotyczącymi pytań zadawanych przez reporterów lub doboru wypowiedzi do materiałów. Pojawiają się też sugestie, żeby przy wywiadach z prezydentem dziennikarze unikali trudnych pytań.
Agata Dzikowska stanowczo odrzuca te zarzuty. Podkreśla, że nie widziała materiału Roberta Jałochy i nie podejmowała działań, które mogłyby zablokować jego emisję.
„W ostatnich dwóch latach tylko raz złożyłam formalną skargę do kierowniczki redakcji i dyrektorki TVP Wrocław w związku z wątpliwościami dotyczącymi rzetelności wyemitowanego materiału” – podkreśla.
Jej zdaniem nie jest prawdą, że sama wpływa na dobór pytań zadawanych Sutrykowi podczas wywiadów czy wskazuje dziennikarza, który te pytania ma zadać. – Nigdy nie było takiej sytuacji – zapewnia.













