
-
Wynik wyborów w Polsce zależy nie tylko od decyzji wyborców, lecz także od obowiązującej ordynacji wyborczej i liczby mandatów w okręgach, które nie były zmieniane od 2011 roku.
-
Państwowa Komisja Wyborcza wskazuje, że liczba mandatów w 23 okręgach sejmowych wymaga aktualizacji ze względu na zmiany demograficzne, ale obecne przepisy pozostają niezmienione.
-
W Senacie złożono projekt ustawy przewidujący automatyczną korektę liczby mandatów na podstawie danych demograficznych, jednak nie wiadomo, kiedy trafi on do Sejmu ani czy prezydent go podpisze.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Wszyscy znający politologiczny elementarz wiedzą, że wynik wyborów często zależy nie tylko od woli wyborców, ale i rodzaju ordynacji wyborczej, jaka podczas danej elekcji obowiązuje.
Jeden z najbardziej znanych polskich specjalistów od prawa wyborczego, prof. Jarosław Flis, opublikował ostatnio artykuł, w którym pokazuje, jak różny mógłby być wynik ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce (tych z 2023 r.) – przy tym samym poparciu dla poszczególnych partii – w zależności od zastosowanej ordynacji.
Dla przykładu, gdyby zastosowano w 2023 r. ordynację, jaka obecnie obowiązuje w Japonii, wówczas zwycięski PiS otrzymałby aż 229 zamiast 194 mandatów, czyli brakowałoby mu zaledwie dwóch głosów dla utrzymania się u władzy.
Jednak w przypadku przeliczenia tych samych głosów wedle ordynacji niemieckiej, prezes Kaczyński musiałby się zadowolić jedynie 172 posłami. Generalna zasada jest tu bardzo prosta: im ordynacja jest bliższa klasycznemu systemowi większościowemu, czyli opartemu na okręgach jednomandatowych (taki obowiązuje u nas w przypadku Senatu), tym skala sukcesu najsilniejszej partii będzie większa. Im zaś ordynacja jest bardziej proporcjonalna, tym większe szanse na mandaty mają mniej popularne formacje.
W Polsce już kilkakrotnie kształt ordynacji bardzo istotnie wpływał na wynik wyborów. Tak było już w czasie historycznych wyborów czerwcowych w 1989 r. Wprawdzie rządząca wówczas Polską od czterech dekad PZPR i jej sojusznicy zagwarantowali sobie 65 proc. mandatów do Sejmu, ale w przypadku reaktywowanego wówczas Senatu wybory miały być całkowicie demokratyczne.
Wybierając wówczas konkretną ordynację, ekipa gen. Wojciecha Jaruzelskiego zastawiła na opozycję pułapkę, w którą sama wpadła. Wyboru stu senatorów miano dokonać w 49 okręgach, których granice pokrywały się z obszarem istniejących wówczas województw. W 47 z nich można było zdobyć po dwa mandaty, zaś w dwóch (katowickim i warszawskim) po trzy.
Wybory wyglądały analogicznie jak w przypadku obecnej elekcji prezydenta. Jeśli w pierwszej turze (4 czerwca) żaden z kandydatów nie uzyskał ponad połowy wszystkich głosów, wówczas do drugiej (18 czerwca) przechodziło dwóch z największym poparciem.
W kierownictwie PZPR zakładano, że kandydaci „Solidarności” zwyciężą jedynie w kilkunastu województwach z dużymi miastami, gdzie funkcjonowało ponad 90 proc. struktur opozycji. Wierzono, że w ponad 30 tzw. rolniczych województwach kandydaci „Solidarności” nie zdołają w trakcie bardzo krótkiej, bo trwającej niespełna dwa miesiące kampanii, przekonać do siebie większości wyborców.
Za zlekceważenie faktu, że wybory czerwcowe okazały się ostatecznie rodzajem plebiscytu, PZPR i jej sojusznicy otrzymali wówczas bardzo surową karę, bowiem żaden z ich kandydatów nie zdobył mandatu senatora. Gdyby zaś wybrali wówczas ordynację proporcjonalną, wówczas mogliby zdobyć około 20 mandatów.
W kolejnych latach istnienia III RP kształt ordynacji wyborczej wielokrotnie wpływał na ostateczny kształt Sejmu. Wprowadzone po raz pierwszy w 1993 r. tzw. progi wyborcze (pięć proc. dla partii i osiem proc. dla ich koalicji) dosłownie zdziesiątkowały rozdrobnioną prawą stronę rodzącego się wówczas systemu partyjnego.
Bez swoich reprezentantów w Sejmie zostało wówczas 4,7 mln wyborców, czyli ponad 34 proc. wszystkich, którzy oddali ważne głosy. Największym tego beneficjentem okazał się zwycięski w tamtych wyborach SLD, na którego głosowało jedynie 2,8 mln Polaków (20,4 proc.), ale i tak zamieniły się one w aż 171 mandatów poselskich, czyli ponad 37 proc. wszystkich.
Ten sam SLD padł jednak w niespełna dekadę później ofiarą zmienionej na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi w 2001 r. ordynacji wyborczej, w której zmieniono metodę przeliczania głosów na mandaty.
Zamiast obowiązującej i wcześniej, i później formuły matematycznej d’Hondta, dającej silną premię zwycięzcy wyborów, zastosowano korzystną dla słabszych ugrupowań metodę Sainte-Laguë.
Ordynację zmieniły dominujące w Sejmie III kadencji ugrupowania centroprawicowe, reagując na sondażową dominację koalicji SLD-UP, a prezydent Aleksander Kwaśniewski nie zdecydował się na weto w obawie, że utrzymanie starych przepisów wyborczych może doprowadzić do unieważnienia wyników z uwagi na nowy podział administracyjny kraju wprowadzony w 1999 r.
W rezultacie tej zmiany SLD-UP utraciła ponad 30 mandatów i mimo uzyskania ponad 41 proc. głosów musiała się zadowolić jedynie 216 mandatami. 14 lat później PiS otrzymało jedynie 37,5 proc. głosów, ale zamieniły się one w dające samodzielną władzę 235 mandatów poselskich. Stało się tak nie tylko za sprawą powrotu do metody d’Hondta, ale i tego, że koalicja Zjednoczona Lewica Millera i Palikota uzyskała 7,6 proc. głosów, a partia KORWiN 4,76 proc., co sprawiło, że żadna z nich nie weszła do Sejmu.
Jednak to nie tylko metoda przeliczania głosów na mandaty czy wynik poszczególnych formacji (powyżej i poniżej progów) przesądzają o ostatecznymi rezultacie. Ważne są także granice poszczególnych okręgów wyborczych, które można zmieniać tak, aby sprzyjały formacjom, które mają w danym momencie większość wystarczającą do zmiany ordynacji.
Ojczyzną tej manipulacji są USA, gdzie już w XIX w. zaczęto stosować tzw. gerrymandering. Pojęcie to pochodzi od nazwiska amerykańskiego polityka Elbridge’a Gerry’ego, który jako gubernator stanu Massachusetts zasłynął z takiego kreślenia okręgów wyborczych, by zwiększyć szanse kandydatów własnej partii.
Tego rodzaju praktyki były stosowane później w wielu państwach, w tym także europejskich m.in. we Francji, a ostatnio na orbanowskich Węgrzech, gdzie kilkakrotnie pomogło to Fideszowi w zdobyciu większości konstytucyjnej, choć w tegorocznych wyborach nie zapobiegło ostatecznej klęsce.
W Polsce tego rodzaju manipulacje się na szczęście nie udawały. Ostatnią podjęli politycy PiS przed wyborami samorządowymi w 2018 r., gdy próbowali znacząco, bo aż o 18 gmin, rozszerzyć granice Warszawy, tak aby zwiększyć szanse swojego kandydata na prezydenta. Ostatecznie do realizacji tego projektu nie doszło.
Granice obecnych 41 okręgów, w jakich wybieramy posłów na Sejm, zostały wytyczone w 2011 r., gdy uchwalono obowiązujący kodeks wyborczy. Ich zmiana nam nie grozi, bo nawet gdyby rządząca koalicja podjęła taką próbę, to prezydent Karol Nawrocki z całą pewności użyłby prawa weta do jej zablokowania.
Czy znaczy to, że przyszłoroczne wybory odbędą się na identycznych zasadach co te sprzed 25 lat, czyli w zgodzie z konstytucyjną zasadą równości? Nie do końca.
Wprawdzie granice okręgów nie ulegną zmianie i każdy wyborca będzie miał do dyspozycji tylko jeden głos, ale to nie znaczy, że każdy z tych głosów będzie miał identyczne znaczenie. Bowiem tak jak od 2011r. nie zmieniły się granice okręgów, tak modyfikacji nie uległa też liczba obsadzanych w nich mandatów. Tymczasem w tym okresie nastąpiły bardzo znaczące zmiany w liczbie osób uprawnionych do głosowania w poszczególnych okręgach.
Państwowa Komisja Wyborcza wielokrotnie, a ostatnio przed wyborami z 2023 r., zwracała uwagę, że w konsekwencji tego zmianie powinna ulec liczba mandatów w aż 21, czyli ponad połowie wszystkich okręgów.
Zważywszy na to, że stale postępuje proces wyludniania się niektórych regionów, a zarazem zwiększania liczby mieszkańców niektórych z największych miast oraz otaczających ich aglomeracji obecnie liczba okręgów wymagających aktualizacji liczby mandatów jeszcze się zwiększyła i wynosi już 23.
Najbardziej skrajnym przypadkiem jest okręg Warszawa II, czyli tzw. „obwarzanek” podwarszawski, który powinien otrzymać aż trzy dodatkowe mandaty poselskie. Co najmniej zaś po jednym zyskać powinny m.in. okręgi numer 19 (Warszawa I), 13 (Kraków), 25 (Gdańsk), 3 (Wrocław) oraz 39 (Poznań). Oddać mandaty powinny im m.in. wyludniające się okręgi numer 34 (Elbląg), 24 (Białystok), 6 (Lublin) i 33 (Kielce).
Ten ostatni jest rekordzistą, bo powinien stracić aż dwa mandaty poselskie. Nietrudno zauważyć, że na aktualizacji takiego podziału zyskałby wielkie miasta oraz generalnie bardziej zachodnia niż wschodnia część Polski, której mieszkańcy tradycyjnie częściej głosują na prawicę.
To dlatego politycy PiS przez osiem lat swoich rządów pozostawali głusi na kolejne apele, aby dokonać stosownych zmian w kodeksie wyborczym. Zdumiewać musi jednak nieudolność obecnej koalicji rządowej, która w oczywisty sposób mogłaby na takiej aktualizacji skorzystać. I to nawet ponad 20 mandatów, czyli więcej niż wynosi obecnie jej przewaga w Sejmie.
Dopiero w lutym tego roku, a zatem w ponad dwa lata po przejęciu władzy, senatorowie Koalicji Obywatelskiej złożyli projekt ustawy przewidujący kompleksową przebudowę systemu wyborczego, w tym m.in. wprowadzenie mechanizmu automatycznej korekty liczby mandatów w okręgach w oparciu o aktualne dane demograficzne.
Dokonywać tego miałaby co roku Państwowa Komisja Wyborcza, która wydaje się najwłaściwszą instytucją. Na początku kwietnia senackie komisje przyjęły projekt ustawy nowelizującej kodeks wyborczy, ale nie wiadomo, kiedy izba wyższa będzie go głosowała, a tym bardziej kiedy zajmie się nią Sejm.
Na końcu oczywiście i tak zdecyduje prezydent, jednak im później otrzyma nowelizację do podpisu, tym łatwiej będzie mu ją zawetować pod pretekstem, że nie powinno się zmieniać prawa wyborczego „tuż przed wyborami”.
Wprawdzie Trybunał Konstytucyjny wskazał, że istotne zmiany w prawie wyborczym powinny być wprowadzane co najmniej sześć miesięcy przed wyborami, ale było to w wyroku wydanym jeszcze w 2009 r., a zatem w czasach, gdy polscy politycy traktowali poważnie nasz sąd konstytucyjny, a jego orzeczenia były przez nich honorowane.
Zresztą prezydent Nawrocki, który kilka miesięcy temu zawetował inną racjonalną nowelizację kodeksu wyborczego (dotyczącą m.in. głosowania korespondencyjnego) dowiódł w jego uzasadnieniu, że bliska mu jest dewiza: jeśli chcesz uderzyć psa, to kij się zawsze znajdzie.
![Nawrocki proponuje system prezydencki. Niemal połowa Polaków przeciw [SONDAŻ] Nawrocki proponuje system prezydencki. Niemal połowa Polaków przeciw [SONDAŻ]](https://bi.im-g.pl/im/66/3b/1f/z32747878IER,Karol-Nawrocki.jpg)











