Do tragicznego wypadku doszło wieczorem 19 grudnia 2020 r. w miejscowości Wizany w gminie Krzyż Wielkopolski w woj. wielkopolskim. Kierowca mercedesa stracił panowanie nad pojazdem na prostym odcinku drogi, uderzył w drzewo i dachował. Uszkodził przy tym ogrodzenie boiska do piłki nożnej oraz bramkę.
Autem jechało dwóch mężczyzn w wieku 23 i 24 lat. Obaj mężczyźni tego dnia pracowali przy wyrabianiu drzewa i wracali do domów. Żaden z nich nie miał zapiętych pasów. W trakcie zdarzenia wypadli z samochodu. Droga w tym miejscu była wąska, nawierzchnia tego dnia – mokra. W dodatku było ciemno.
Tragiczny wypadek w Wizanach. Kto siedział za kierownicą?
Młodszy z mężczyzn zginął na miejscu. Próbował go jeszcze reanimować kierowca innego auta, potem resuscytację bezskutecznie kontynuowali strażacy i ratownicy medyczni. Drugi z mężczyzn został poważnie ranny. Łącznie spędził w szpitalach po wypadku prawie dwa miesiące. Ze względu na poważne problemy zdrowotne przeszedł na rentę.
W organizmie 24-latka stwierdzono 0,17 promila alkoholu, a także amfetaminę. Obecność amfetaminy stwierdzono również u zmarłego 23-letniego mężczyzny. Biegły stwierdził, że stan techniczny auta nie miał wpływu na powstanie i przebieg wypadku. Wiadomo, że kierowca, ktokolwiek nim był, jechał z prędkością co najmniej 110 km/h, choć dozwolona prędkość wynosiła w tym miejscu 90 km/h.
Auto należało do matki rannego 24-latka, ale faktycznie to on z niego korzystał, choć nie miał prawa jazdy. Zdarzało się jednak, że udostępniał samochód swoim znajomym.
Na etapie śledztwa zostały wykonane trzy opinie z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych. W pierwszej opinii biegły ocenił, że kierującym „mógł być” ranny 24-latek. Drugi z biegłych przyznał, że nie można stwierdzić, kto był kierowcą. W trzeciej opinii biegli także wskazali, że nie jest możliwe ustalenie, kto siedział za kierownicą mercedesa.
Prokuratura dwukrotnie umarzała postępowanie w sprawie wypadku. 24-latkowi nigdy nie postawiono żadnego zarzutu. On sam twierdził, że ze względu na m.in. uraz czaszkowo-mózgowy i późniejszą śpiączkę wypadku nie pamięta.
W kurniku drukował pieniądze, ale w Boćkach mówią tylko o tragedii. Ojciec przejechał dwoje swoich dzieci – tak o głośnej sprawie z woj. podlaskiego pisze Agata Sawczenko na Wyborcza.pl.
Sąd: Kierowcą był oskarżony
Rodzina zmarłego mimo to skierowała do Sądu Rejonowego w Trzciance subsydiarny akt oskarżenia przeciwko 24-latkowi. Uznała, że to on feralnego wieczora kierował autem, a zmarły 23-latek siedział na miejscu pasażera.
W kwietniu 2024 r. Sąd Rejonowy w Trzciance skazał mężczyznę na pięć lat więzienia i dożywotni zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych. Nakazał też mu zapłacić rodzicom zmarłego po pięć tys. zł zadośćuczynienia oraz pokryć łącznie ok. 26 tys. zł kosztów związanych z procesem.
Sąd powołał się głównie na zeznania świadków. Jedna z kobiet, daleka kuzynka zmarłego, niedługo przed tragedią miała widzieć 23-letniego mężczyznę na przednim siedzeniu obok kierowcy. W zeznaniach przewijała się też informacja, że ranny 24-latek miał przed wypadkiem powiedzieć partnerce, żeby „szykowała kolację, bo on zaraz będzie, tylko odwiezie” swojego znajomego. Partnerka 24-latka zaprzeczała jednak, by taka rozmowa się odbyła.
Jeden ze świadków zeznał ponadto, że tego dnia pracował z mężczyznami przy obrabianiu drewna i 24-latek rozwoził ich do domu.
Sąd nie uznał za to za wiarygodne zeznań tych osób, które twierdziły, że w dniu wypadku 23 i 24-latek byli wieczorem w warsztacie, a gdy stamtąd odjeżdżali, to młodszy z mężczyzn usiadł za kierownicą.
„Zdaniem Sądu Rejonowego kierującym samochodem osobowym był oskarżony. W tym miejscu należy wskazać, że o ile rzeczowy materiał dowodowy nie pozwala zweryfikować umiejscowienia oskarżonego i pokrzywdzonego w pojeździe w chwili wypadku, to – zdaniem Sądu – wiarygodny materiał dowodowy pozwolił ustalić, że kierującym tym pojazdem bezpośrednio przed wypadkiem był oskarżony” – czytamy w uzasadnieniu.
Przestrzelone szyby w oknach, dziura po pocisku w samochodzie – takie niespodzianki odkryli mieszkańcy krakowskiego bloku. Policja szuka sprawcy – pisze na Wyborcza.pl Jarosław Sidorowicz
Miał trafić do więzienia, został uniewinniony
Obrońca oskarżonego złożył apelację. Sąd Okręgowy w Poznaniu po kilku miesiącach, w listopadzie 2024 r., uniewinnił mężczyznę. Sąd podkreślił jednocześnie, że to wcale nie oznacza na pewno, że oskarżony mężczyzna nie spowodował wypadku.
„Uniewinnienie oskarżonego wynika wyłącznie z faktu, że materiał dowodowy nie pozwolił w sposób jednoznaczny i kategoryczny na przyjęcie, że to on kierował pojazdem” – czytamy w uzasadnieniu.
Sąd drugiej instancji podkreślił m.in., że „nie było naocznych świadków przedmiotowego wypadku”, „monitoring w pobliżu miejsca wypadku nie pozwala na ustalenie, który z mężczyzn kierował pojazdem”, a „ślady biologiczne zebrane z wnętrza pojazdu (kierownica, główka lewarka dźwigni zmiany biegów, siedzenie kierowcy) nie pozwoliły na wyizolowanie DNA kierowcy”.
Poza tym obaj mężczyźni nie mieli zapiętych pasów, więc nie mieli na ciałach obrażeń lub otarć, które mogłyby wskazywać, jak przez ich tułowia przebiegały pasy i które miejsca zajmowali w pojeździe.
Sąd drugiej instancji zarzucił też Sądowi Rejonowemu, że „dokonał w istocie pobieżnej i niewątpliwie wybiórczej oceny dowodów” i „całkowicie zbagatelizował dowody przemawiające niewątpliwie na korzyść oskarżonego”.
Sąd zwrócił uwagę m.in. na fakt, że kobieta, która rzekomo miała widzieć zmarłego na fotelu pasażera w dniu tragedii, zeznała o tym dopiero po niemal trzech latach. Poza tym twierdziła ona, że „po godzinie, może po półtorej zaczęły wyć syreny straży”, choć do wypadku doszło kilkaset metrów od jej domu. Tego, według Sądu Okręgowego, Sąd Rejonowy również nie wziął pod uwagę.
Sąd Okręgowy zarzucił też sądowi pierwszej instancji, że „bez jakiejkolwiek racjonalnej przyczyny odmówił wiarygodności” zeznaniom tych świadków, którzy twierdzili, że to zmarły 23-latek odwoził 24-latka w dniu tragedii wieczorem z warsztatu.
Sąd drugiej instancji: Nie można ustalić, kto kierował
Według Sądu Okręgowego nie było także dowodów na to, by jeden z kluczowych świadków, który miał pracować z 23 i 24-latkiem w dniu tragedii przy obrabianiu drewna, rzeczywiście tego dnia z nimi pracował i że został odwieziony do domu przez oskarżonego 24-latka. Sąd Okręgowy na podstawie całego materiału ocenił, że ów świadek „nie spędził felernego dnia z oskarżonym i pokrzywdzonym i jego wersja wydarzeń o tym, że oskarżony odwiózł go do domu, a następnie miał odwieźć pokrzywdzonego, nie została kategorycznie udowodniona”.
Sąd zaznaczył też, że w trakcie śledztwa doszło do zaniedbań. Nie przeprowadzono np. tuż po zdarzeniu wizji lokalnej z udziałem osób, które były na miejscu wypadku, by możliwie precyzyjnie wskazać miejsce ułożenia ciała oskarżonego 24-latka. Samochód, który uczestniczył w wypadku, zwrócono matce mężczyzny już po kilku dniach, a po następnych kilkunastu został rozebrany, co „uniemożliwiło biegłym poszerzenie zakresu informacji na temat uszkodzeń pojazdu”.
„Biorąc powyższe pod uwagę, należy stwierdzić, że w świetle zebranego w przedmiotowej sprawie materiału dowodowego ustalenie z całą stanowczością, czy w chwili zdarzenia kierującym był oskarżony, czy jednak pokrzywdzony – nie jest możliwe” – zaznaczył Sąd Okręgowy. Dodał, że „nie jest wykluczone, że to pokrzywdzony był kierowcą”.
W marcu ubiegłego roku rodzina zmarłego złożyła do Sądu Najwyższego kasację od wyroku Sądu Okręgowego. Pod koniec kwietnia tego roku Sąd Najwyższy oddalił ją jako „oczywiście bezzasadną”.












