O pani Halinie Jusze usłyszałem całkiem przypadkiem w kwietniu, podczas organizowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego spotkania dla dziennikarzy poświęconego kulisom odzyskiwania dzieł sztuki.
Jeden z pracowników resortu napomknął o pani będącej na emeryturze, która pomaga urzędnikom w odnajdywaniu dzieł, zarówno tych ukradzionych w ostatnich latach, jak i utraconych w czasie wojny. I robi to niezwykle skutecznie, mając do dyspozycji tylko laptopa. Od razu wiedziałem, że muszę z panią Haliną porozmawiać. W końcu się udało.
Pani Halina ma 76 lat i mieszka w Tarnowie. W przeszłości pracowała jako księgowa, przez wiele lat była później zatrudniona w urzędzie statystycznym. Jak szuka się dzieł, które od dziesiątków lat były zaginione? O tym opowiedziała nam w wywiadzie.
Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Zawsze interesowała się Pani sztuką?
Halina Jucha: Oczywiście, że sztuka mnie interesowała, ale nie aż do tego stopnia, co teraz. Człowiek miał zawsze jakieś inne zajęcia. Jeśli nie praca, to dom, rodzina. Mój mąż zmarł. W tym czasie moja córka zachorowała i zmarła, Oprócz syna nie mam już nikogo. Ten czas, który obecnie mam, mogę więc poświęcić na poszukiwania.
Spędzam na tym dużo czasu. Może nawet za dużo. Ale muszę coś robić, żeby moja głowa się czymś zajęła, żeby nie rozmyślać.
Jak to się stało, że zaczęła się Pani zajmować poszukiwaniem dzieł sztuki?
Bardzo lubię rozwiązywać krzyżówki. Czasem trafiają się trudne słowa, jakieś nazwiska albo nazwy geograficzne. Człowiek przecież tego wszystkiego nie wie. Z dziesięć lat temu syn kupił mi więc laptopa, żebym mogła sobie tych słów szukać.
Syn zajmuje się fotografią, był taki moment, że robił dużo zdjęć o tematyce kulinarnej. Potrzebował do aranżacji różnych przedmiotów, np. łyżeczek. I ja mu wyszukiwałam te różne drobiazgi w internecie.
Przez przypadek natrafiłam na stronę Ministerstwa Kultury z listą skradzionych zabytków. Chodzi o „świeże” kradzieże, dokonane w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Pomyślałam sobie, że skoro już przeglądam te wszystkie strony z antykami, to może przy okazji rozpoznam obiekt skradziony. Zarejestrowałam się. Podczas buszowania w sieci zaczęłam zwracać większą uwagę na obrazy, rzeźby.
Aż tu nagle…
Zdarzyło się w końcu, że moją uwagę przykuł pewien obraz. Faktycznie, znajdował się w bazie skradzionych dzieł. To Madonna z Dzieciątkiem Jezus, dzieło skradzione ćwierć wieku wcześniej z jednego z kościołów woj. dolnośląskim.
Napisałam wtedy do ministerstwa, że znalazłam obraz na takiej i takiej stronie. Oni musieli to przekazać potem policji, a policja chwaliła się później w mediach, że sami to znaleźli.
Pojechałam potem do tego kościoła zobaczyć ten obraz na żywo. Trochę smutne było to, że jak go odzyskali, to po prostu powiesili go na ścianę i koniec. Żadnej renowacji, a był dość zniszczony.
Po tej historii z obrazem i policją rodzina się trochę ze mnie śmiała, więc postanowiłam, że już nie będę szukać. Ale to już jakoś wtedy we mnie zostało.
Jakiś czas później znalazłam skradzioną rzeźbę Madonny z dzieciątkiem. Była wystawiona na aukcji w Wiedniu. Z tego, co wiem, ze względu na kwestie prawne nie udało się jej do tej pory odzyskać. Szkoda, bo to piękna rzecz.
Skąd Pani wiedziała, że poszukiwane były akurat ten obraz i ta rzeźba? Przecież w bazie skradzionych dzieł znajdują się tysiące przedmiotów.
Przeglądam te dzieła, żeby sobie je utrwalić albo zobaczyć, czy coś nowego zostało wpisane na listę. Wtedy łatwiej coś rozpoznać.
Czasem nawet nie wiem, czy coś jest kradzione, ale wydaje mi się jakieś podejrzane. Bo jest np. bardzo stare, sprzed kilkuset lat. Wtedy sprawdzam, czy takie dzieło faktycznie jest poszukiwane.
Raz mi się tak zdarzyło, że był obraz, który właśnie wydawał mi się podejrzany. Sprawdziłam go, nie było go w bazie skradzionych dzieł. Dopiero później dowiedziałam się, że jest w osobnym katalogu ministerstwa, obejmującym polskie straty wojenne, a ja do tej bazy nie miałam wtedy dostępu. Mam nadzieję, że ktoś, kto go wtedy wystawił na sprzedaż, zrobi to ponownie. Wtedy nie będzie już problemu, żeby go odzyskać.
Trzeba oczywiście uważać, bo jest wystawianych bardzo dużo różnych kopii, falsyfikatów. Mimo że nie mam wykształcenia w kierunku sztuki, to już trochę potrafię odróżnić takie rzeczy. Napisałam kiedyś do galerii, która sprzedawała dwie kopie bez wyraźnej informacji, że to nie oryginały. Wycofali je. Chyba się przestraszyli, no bo w końcu jak tak można?
A jakie było pierwsze dzieło ze strat wojennych, na które Pani natrafiła?
To było ze trzy lata temu. Rzeźba Maryi z dzieciątkiem, znaleziona na aukcji w Niemczech. Zdjęcia w bazie strat były czarno-białe, niewyraźne, pochodziły jeszcze sprzed wojny. A rzeźby często są sprzedawane po renowacji, różnych zabiegach, trudno więc skojarzyć na pierwszy rzut oka, że to właśnie ten poszukiwany przedmiot.
Ale kiedy zobaczyłam ją na tej aukcji, w 100 procentach byłam przekonana, że to właśnie to. Zgłosiłam to ministerstwu, rzeźba została z aukcji wycofana.
W bazie strat wojennych jest dużo obiektów, które nie mają zdjęć, tylko same opisy. I tylko po opisie znalazłam utracony obraz z Muzeum Wojska Polskiego. Był wystawiony na aukcji w Polsce. W ten sam sposób znalazłam zaginione dzieło z Zamku Królewskiego na Wawelu, „Patrol 1. pułku ułanów” Rozwadowskiego. Też był na aukcji, ktoś chciał to sprzedać.
Proszę mi wyjaśnić, jak to możliwe, że trafiła Pani akurat na te strony, na których były wystawiane te dzieła. Próbuję to jakoś zrozumieć. Przecież to jak szukanie igły w stogu siana.
Proszę pana, niczego się nie znajdzie, jeżeli się nie szuka. Ja te aukcje przeglądam codziennie. To nie jest tak, że wystarczy godzina, dwie dziennie i potem wolne. Nigdy pan nie wie, kiedy dany obiekt pojawi się w internecie. Muszę być cały czas na bieżąco. Nawet nie liczę, ile stron odwiedzam każdego dnia.
Kiedy widzę, że nie doszło nic nowego, to nie poświęcam na daną stronę czasu. A niektóre trzeba obejrzeć głębiej. Kiedy trafię na jakiś ślad, muszę go sprawdzić do końca.
Czasem, gdy rano sprawdzam, czegoś nie ma, ale pokazuje się już po południu. Aukcje, wiadomo, są ustalane z wyprzedzeniem, ale na takim eBayu lub Allegro sytuacja zmienia się z godziny na godzinę. Zobaczyłam kiedyś obraz, który jest skradziony, a na drugi dzień już nie było go w ofercie. Niestety, nie zapisałam sobie informacji, kto go wystawiał.
W Polsce jest np. taka strona OneBid, na której widać zebrane oferty domów aukcyjnych. Ale czasem to nie wystarczy, bo nie ma tam rzeczy, które są w ofercie galerii, a nie są wystawione na aukcji. Więc muszę wchodzić też na strony galerii. W ten sposób znalazłam np. obraz, który zaginął w czasie wojny z Muzeum Wojska Polskiego. Był właśnie wystawiony na sprzedaż w polskiej galerii.
A jak już przejrzę wszystkie aukcje w Polsce i za granicą, to jeszcze przeglądam strony muzeów, które udostępniają zbiory online albo umożliwiają wirtualny spacer.
Zbiory muzeów? Po co?
Okazuje się, że te straty wojenne, które są na listach ministerstwa, często znajdują się właśnie w polskich muzeach, zupełnie gdzieś na drugim końcu kraju. W czasie wojny muzealnicy ukrywali dzieła przed Niemcami, często potem nie było wiadomo, skąd pochodziły.
Znalazłam np. obraz św. Anny Samotrzeciej, który, jak się okazało, był w zbiorach Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Ktoś go kiedyś do tych zbiorów podarował. Gdy muzeum dowiedziało się, że obraz jest kradziony, oczywiście zwrócili go.
Z kolei w muzeum w Poznaniu znalazłam obraz niemieckiego malarza Hansa Thoma. Dzieło było poszukiwane jako strata wojenna przez inne muzeum, ze Szczecina. A on sobie w cały czas wisiał w Poznaniu. Przynajmniej był bezpieczny.
Mało tego! Na niemieckiej stronie ktoś chwalił się zdjęciami z wizyty w polskim muzeum. Obejrzałam je sobie. I na zdjęciu, które opublikowała osoba zwiedzająca, zobaczyłam… rzeźbę, którą to muzeum poszukiwało jako stratę wojenną.
O rany.
Tego to już w ogóle nie rozumiem. Może niepoprawnie przeprowadzali inwentaryzację? Oczywiście zgłosiłam to ministerstwu.
Gdyby często robiono te inwentaryzacje, to pewnie dużo rzeczy by się znalazło. Albo znaleziono by rzeczy, które należą do innego muzeum. Ja w ogóle inaczej bym to wszystko rozwiązała, ale od tego są dyrektorzy i pracownicy muzeów, żeby tego pilnować.
Panuje powszechne przekonanie, że wszystko, co starty wojenne, to na pewno u Niemców albo u Rosjan. A większość tego, co znalazłam, była niestety w Polsce. Albo ktoś chciał to sprzedać, albo po prostu wisiało w innym muzeum, w innym miejscu. Z dzieł, które odnalazłam, tylko siedem pochodziło z zagranicy, w tym dwa z nich to były straty wojenne. Resztę znajdowałam w Polsce.
Patrzę też na to, co znajduje się w muzeach zagranicznych. Przejrzałam już, co się dało, w muzeach w Nowym Jorku, przejrzałam Luwr, Ermitaż Państwowy w Petersburgu.
W muzeach za granicą też są dzieła z Polski?
W rosyjskiej gazecie opisywali jakiś czas temu renowację rzeźby z muzeum w Moskwie. Rzeźba jest w polskim wykazie strat wojennych. Rosjanie pisali, że to niemiecka zdobycz wojenna, bo przecież kiedyś północne i zachodnie polskie ziemie były niemieckie. Więc twierdzą, że nie ukradli, tylko zabrali, i to nie Polakom, ale Niemcom.
Natrafiłam też na kradzioną rzeźbę z Polski w muzeum w Austrii. Było tak: organizowano wystawę czasową, kolekcjoner sztuki udostępnił swoje zbiory. Patrzę na zdjęcia z otwarcia wystawy, stoi kustosz, stoi kolekcjoner, ktoś z władz. I obok nich stoi rzeźba na postumencie, ta, którą ktoś ukradł kilkadziesiąt lat temu. Z tego, co wiem, kolekcjoner wcześniej ją od kogoś kupił.
Zanim znalazłam polską bazę z dziełami utraconymi, trafiłam na podobną stronę czeską, a potem niemiecką. Pewne rzeczy u nich i u nas są te same, bo np. właścicielami byli Niemcy, którzy mieszkali na terenie Polski. Znalazłam kilka rzeczy, które poszukiwali Czesi, wysłałam im informację. W rosyjskim Ermitażu znalazłam z kolei obraz, który Niemcy poszukują do muzeum w Berlinie. W obecnej sytuacji politycznej i wojennej to już chyba nie do odzyskania.
I co się dzieje, kiedy znajduje Pani na coś kradzionego albo utraconego w czasie wojny?
Najpierw jestem w szoku. Ale muszę panu powiedzieć, że trochę się już do tego przyzwyczaiłam. Cieszę się oczywiście, że coś znalazłam i mogę mieć swój udział w tym, że coś zostanie komuś zwrócone. Daje mi to przyjemność, radość. Jestem z tego dumna.
A potem?
A potem piszę e-maila do pana Tomasza z Wydziału ds. Restytucji Dóbr Kultury w ministerstwie. Opisuję dokładnie, co znalazłam, wysyłam zdjęcie z aukcji. A reszta to już należy do urzędników. Bo ja nie zawsze jestem pewna, czy to na 100 procent właśnie to. Jestem osobą prywatną, nie mam dostępu do wszystkich informacji, które dotyczą danego obiektu. Nawet nie wiem, gdzie to było skradzione, komu, kiedy. Może być to jakaś kopia bardzo dobra, doskonała. Tym bardziej że zdjęcia w bazie dzieł utraconych często są bardzo niewyraźne.
W ministerstwie nie byli zdziwieni, że kobieta na emeryturze zajmuje się wyszukiwaniem zaginionych dzieł?
Na początku, lata temu, kiedy wysłałam im pierwsze informacje, to nie dostawałam żadnej odpowiedzi. W takiej sytuacji człowiek ma wątpliwości, czy w ogóle powinien się tym zajmować.
Kilka miesięcy temu został zaprezentowany publicznie skradziony z Muzeum Sztuki w Łodzi w latach 90. obraz „Atak kozaków na kirasjerów napoleońskich”. A ja pisałam do ministerstwa w sprawie tego samego dzieła z dziesięć lat temu. Napisałam więc w tym roku ponownie. Resort tym razem potwierdził, że faktycznie obraz odzyskano dzięki mojej pomocy. Podobnie potwierdzono, że dzięki mnie odnaleziono rzeźbę z Wiednia.
Teraz już kontakt z ministerstwem jest na bieżąco, jest dużo lepiej. Dostałam odznakę „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, zostałam też laureatką Dorocznej Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Za odnalezienie skradzionego w latach 90. „Portretu młodej kobiety” Wilhelma Volkharta przyznano mi dyplom.
Jak często udaje się Pani coś wychwycić?
Czasem zdarza się, że w ciągu tygodnia znajduję dwa zaginione przedmioty.
Złodzieje mają taki komfort, że po 10 latach od kradzieży policja nic im nie zrobi, poza tym, że może zabrać dzieło sztuki. Więc po latach trochę rzeczy się pojawia, bo nikt nie boi się już konsekwencji.
Czy może mi Pani wyjaśnić, jak działa Pani mózg? Przecież zaginionych obiektów są tysiące, jak potrafi je Pani wyłapać z tych tysięcy, które Pani przegląda?
Zdjęcia w bazie strat wojennych są czarno-białe, złej jakości…
No więc jest jeszcze trudniej.
Wystarczy mi więc jakiś drobny szczegół, żebym to skojarzyła. Nieraz nie staram się zapamiętać całego obrazu, co on tam przedstawia, tylko jakiś drobny element. Autor dzieła też jest ważny.
Muszę panu powiedzieć, że jak się naoglądałam takich różnych pięknych obrazów, to aż sama zaczęłam malować.
O!
Chciałam poczuć to samo, co czuje artysta, kiedy tworzy obraz, sprawdzić, jak to wpływa na człowieka.
Niestety nie da się pogodzić poszukiwań i malowania, bo te dwie rzeczy zajmują bardzo dużo czasu. Jak zacznie się robić jedną rzecz, to zapomina się o tej drugiej.
Malowanie jeszcze można odłożyć, wrócić do tego, kiedy ma się czas i chęci, a z poszukiwaniami jest trudniej. Tego odłożyć nie można, bo cały czas trzeba na bieżąco śledzić te wszystkie strony. Jestem w rozterce.
A jak rodzina reaguje na Pani pasję związaną z poszukiwaniami?
Najpierw się ze mnie śmiali, po tej historii z pierwszym obrazem i policją.
Teraz bardzo dopinguje mnie mój syn, który też zajmuje się sztuką.
Nie przepracowuje się Pani?
Zdarzało się niekiedy, że siedziałam po nocach przy komputerze, kiedy nie mogłam spać. Oczywiście robię sobie przerwy, bo muszę przecież zrobić zakupy, muszę trochę poćwiczyć.
Mój syn dba o to, żebym ćwiczyła, trzymała odpowiednią dietę. No mówię panu, jestem pod presją, więc muszę się stosować. I jestem mu za to bardzo wdzięczna, bo dużo rzeczy się zmieniło na lepsze. Lepiej się teraz czuję. Nie można cały czas siedzieć, trzeba przewietrzyć też głowę.
Marzy Pani szczególnie o odnalezieniu jakiegoś dzieła?
Chciałabym znaleźć straty wojenne z mojego miasta, ale jest trudno, brakuje zdjęć, opisów. Widuję czasem różne obrazy, które odpowiadałyby tej tematyce, ale ktoś, kto kiedyś zgłosił stratę, nie napisał, co dokładnie zaginiony obraz przedstawiał.
Podejrzewam, że np. dwie zaginione rzeźby z lokalnego muzeum na pewno są gdzieś w Polsce. Albo zostały lata temu wysłane do innej placówki w kraju, albo po prostu ktoś je sobie przywłaszczył.
Postanowiłam, że muszę przynajmniej postarać się odnaleźć te rzeźby. Może mi się uda.
*****
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego potwierdziło w przesłanym Gazeta.pl oświadczeniu, że pani Halina Jucha współpracuje z ministerstwem od 2016 r.
„Z własnej inicjatywy zaangażowała się w poszukiwanie utraconych dóbr kultury. Swoje działania prowadzi hobbystycznie i nie jest zatrudniona w strukturach resortu. Nie pełni też funkcji zewnętrznego eksperta. Ze względu na szczególną wartość oraz skalę przekazywanych przez nią informacji otrzymała dostęp do krajowego wykazu zabytków skradzionych lub wywiezionych za granicę niezgodnie z prawem, a także do zasobu bazy strat wojennych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego” – informuje nas biuro prasowe resortu.
Resort zaznacza, że dzięki współpracy z panią Haliną odnaleziono lub zidentyfikowano już ok. 50 obiektów. Wśród nich są m.in.:
- dwa obrazy Władysława Chmielińskiego „Sala wawelska” i „U Fukiera”, skradzione osobie prywatnej;
- obraz „Atak kozaków na kirasjerów napoleońskich”, skradziony z Muzeum Sztuki w Łodzi;
- epitafium gen. Ottona Karola Krokowskiego oraz tarcza (kartusz) herbowa rodu Krokowskich utracone z kościoła w Roszczycach (woj. pomorskie);
- obraz „Portret Młodej Kobiety” Wilhelma Volkharta, skradziony z Muzeum Narodowego we Wrocławiu;
- obraz „Św. Anna Samotrzeć”, skradziony z kościoła w Brodni (woj. łódzkie);
- XV-wieczny obraz „Ostatnia wieczerza”, skradziony z kościoła w miejscowości Stolec, odnaleziony i zabezpieczony przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego na terenie Niemiec;
- obraz „Portret kanonika Adama Oporowicza”, skradziony z Bazyliki Katedralnej w Łowiczu.
„Obecnie, na podstawie informacji uzyskanych od pani Haliny, prowadzonych jest 10 spraw restytucyjnych [dotyczących zwrotu dzieł – red.] na terenie Niemiec, Austrii, Czech i Polski” – informuje nas ministerstwo.



